*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 1 lipca 2014

Mamy lipiec - można więc zacząć się dzielić*

Kiedy ktoś pytał mnie/nas, czy planujemy mieć dzieci odpowiadałam, że nie. Ale od razu musiałam sprostować, że to wcale nie oznacza, że ich nie chcemy. Bo dla mnie planowanie a chcenie to jednak różne sprawy i nigdy nie miałam żadnych konkretnych planów dotyczących dzieci. Owszem, zakładałam, że będę je miała, bo tak właśnie wyobrażałam sobie moją rodzinę. Ale to nigdy nie było wyobrażenie konkretne - nie myślałam o tym ile, kiedy ani jak to będzie konkretnie wyglądało.
To, że będziemy mieli z Frankiem dzieci było dla nas dość oczywiste i przejawiało się w naszych rzucanych luźno tekstach - czasami żartobliwych, a czasami całkiem na serio - "nasze dzieci to..." albo "a jak będziemy mieli dzieci to...". Na początku tego rodzaju rozmowy, czy też przemyślenia nie wzbudzały we mnie głębszych emocji. Podobnie, jak nie podchodziłam emocjonalnie do dzieci, które były w moim otoczeniu.
Później, kiedy byłam już po studiach, z planami ślubnymi a potem nawet z obrączką na palcu, takie myśli mnie przerażały, bo uświadamiałam sobie, jak bardzo nie jestem gotowa na dzieci! Chciałam ich, ale w jakiejś zupełnie nieokreślonej przyszłości - cały czas czułam, że to nie jest ten czas i że na pewno nie jestem na to gotowa. Tymczasem coraz więcej naszych znajomych i krewnych zaczęło się rozmnażać. Nadal nie obudziło to we mnie tak zwanego instynktu macierzyńskiego - owszem, zauważyłam, że wbrew temu, co myślałam, jednak potrafię się dziećmi zająć i o dziwo, one chyba nawet mnie lubią (moja teściowa oraz kilka innych osób w rodzinie Franka, które najczęściej miały okazję obserwować mnie w akcji, wręcz twierdzą, że do mnie lgną), ale nie zaczęłam się rozpływać nad każdym dzieckiem i nie rozmyślałam o tym, jak to będzie, kiedy będę miała swoje.

Niemal dokładnie rok temu - tak w połowie czerwca - pamiętam to dokładnie - siedziałyśmy sobie z Dorotą, która przyjechała odwiedzić mnie na weekend i popijając piwko rozmawiałyśmy o życiu. Wtedy powiedziałam jej, że po raz pierwszy stwierdzam, że w zasadzie teraz, to ja nawet na to dziecko miałabym czas :) Oczywiście to było gadanie czysto teoretyczne, bo przecież ja byłam tu, a Franek nadal w Poznaniu. Nie wiedzieliśmy co będzie dalej i staliśmy na bardzo niepewnym gruncie. Ale faktem jest, że właśnie po tej przeprowadzce z Poznania pojawiły się u mnie myśli, że być może właśnie teraz, kiedy nie mam tylu spraw na głowie, kiedy żyję nieco wolniej (choć nie spokojniej) zaczynam się czuć gotowa na macierzyństwo (co nie było wcale jednoznaczne z tym, że nagle zapragnęłam dziecka).
Dwa miesiące później przyjechał Franek i zaczęliśmy sobie układać jakoś życie, co, jak zapewne pamiętacie, bo to przecież całkiem świeża sprawa, łatwe wcale nie było i los ciągle rzucał nam kłody pod nogi. Rozmawialiśmy oczywiście o możliwości założenia rodziny i stwierdziliśmy, że w zasadzie mentalnie czujemy się na to gotowi, ale zawirowania w naszym życiu nie sprzyjały stabilizacji. I tak naprawdę wcale nie wiem, czy teraz już sprzyjają. W każdym razem zostało postanowione - dzieci będziemy mieć. Nie wiadomo jak i kiedy, ale będziemy je mieć i nie będziemy za wiele o tym myśleć. 
Instynkt rodzicielski nadal nam się nie włączył :) To nie chodzi o to, że dzieci nie lubimy, ani, że mamy coś przeciwko nim. Po prostu na ich widok nie odczuwaliśmy żadnej tęsknoty, nie rozmyślaliśmy o tym, że może już najwyższy czas. Myślę, że gdybyśmy zaczęli za wiele rozmyślać, to stwierdzilibyśmy, że nie ma szans na dziecko jeszcze przez jakieś kolejne 10 lat. A tymczasem, na ile to było możliwe, wyłączyliśmy myślenie i cóż, wygląda na to, że będziemy musieli popracować nad włączeniem tego instynktu rodzicielskiego (tylko na czym on do jasnej anielki polega?:)), bo tak się składa, że może nam się za jakiś czas przydać.

Pisałam Wam, że czekam na lipiec prawda? Lipiec to mój miesiąc - w lipcu się urodziłam, w tym miesiącu poznałam Franka i w tym miesiącu mi się oświadczył. W tym miesiącu zawsze spotykało mnie bardzo dużo dobrych rzeczy. W tym roku czekałam na lipiec, ponieważ według jednego z kalendarzy, z których korzystałam na początku, właśnie 1 lipca, a więc dziś, mija największe ryzyko utraty ciąży. W tym czasie doczytałam trochę dokładniej i wiem, że to ryzyko mija przede wszystkim wraz z końcem I trymestru, ale ta pierwsza data jakoś w głowie mi została.
Jutro zaczynam dwunasty tydzień ciąży.
Powodów, dla których dopiero dziś o tym tutaj piszę jest naprawdę wiele, ale jednym z tych najistotniejszych jest to, że dotychczas o tym, że spodziewamy się dziecka wiedziała tylko garstka osób w realu - moi rodzice, siostra i Dorota. Później musiałam powiedzieć jeszcze w pracy. Dopiero w ostatnich dniach poczuliśmy, że chcemy i możemy się tą nowiną podzielić także z innymi i dowiedziały się inne bliskie nam osoby. Nadal nie wiedzą jeszcze teściowie, bo Franek chce im powiedzieć osobiście, ale ja poczułam, że nadszedł czas, kiedy czuję się gotowa, aby tą wiadomością podzielić się także tutaj z Wami.

Mamy więc lipiec. Wiem, że tak naprawdę ten rodzaj niepokoju pewnie będzie towarzyszył mi już zawsze, ale tak długo czekałam na ten dwunasty tydzień, że mimo wszystko mam wrażenie, że przekraczam jakąś ważną granicę.

*dobrą nowiną rzecz jasna :P

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Niech żyją wakacje - nawet jeśli ich nie ma :)

No i doczekały się dzieciaki wakacji :) Pewnie bym tego nawet nie zauważyła, gdyby nie paradujące po ulicach w piątkowy poranek ubrane na galowo nastolatki, zakończenie mojego sezonu korepetycyjnego oraz fakt, że kilka osób z mojego bliskiego otoczenia to nauczyciele.
Trochę im -to znaczy tym dzieciakom - zazdroszczę. Ale nie tyle samych wakacji - bo to, że są wakacje oznacza, że we wrześniu trzeba by pójść do szkoły, a do tego etapu zdecydowanie bym się nie cofnęła :) Ale doskonale pamiętam, jak się czułam w momencie, kiedy już trzymałam w ręce świadectwo (zawsze z czerwonym paskiem :)) i zmierzałam w kierunku domu! Przede wszystkim czułam ogromną ulgę, że to już! Że będę miała teraz dwa miesiące luzu i przez ten czas nie będę musiała się stresować żadną kartkówką i żadną odpytką. Że będę miała czas na relaks, na ukochane książki, na porządki w szafkach. Że odsapnę, zmienię otoczenie, wyjadę. Czułam też dużą satysfakcję, że znowu udało mi się zrealizować pewne moje cele, że mam dobre oceny i wysoką średnią - czasami pozostawał jakiś niesmak po trudniejszej przeprawie z jakimś przedmiotem albo po prostu po gorszej ocenie, niż bym sobie życzyła, ale w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej, więc szybko o tym zapominałam. Cieszyłam się, że mogę zamknąć ten rozdział - ten rok a w przyszłym roku będę mogła zacząć od nowa i skorygować ewentualne błędy.

Za tym trochę tęsknię - za takim poczuciem laby absolutnej :) I tego właśnie trochę zazdroszczę. Ale niezbyt mocno, bo teraz jest mi całkiem wygodnie. Szkoda mi tylko, że raczej sobie w tym roku porządnie nie wypocznę. Bo niestety wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będziemy musieli sobie jednak odpuścić. Pewnie wezmę sobie jakieś pojedyncze dni wolnego, być może uda mi się nawet gdzieś wybyć na chwilę, ale raczej nie ma co liczyć na jakiś długi, wspólny wyjazd gdzieś daleko razem z Frankiem tak, żebyśmy przez chwilę mogli zapomnieć o całym świecie :) Ale czasami tak trzeba. Franek zresztą sam mówi, że on sobie w domu już posiedział i na razie za tym nie tęskni. Jeszcze nie zdążył się zmęczyć, więc woli sobie ten urlop, który mu zaproponowali na październik zostawić na później, gdy będzie bardzie potrzebny - bo faktem jest, że mnie jego październikowy urlop nie bardzo urządza, bo swój będę musiała wykorzystać prawdopodobnie wcześniej.

Wiem, że się powtarzam, ale ta pogoda mnie naprawdę dobija. Mam już dość tego zachmurzonego nieba, mokrych ulic i przenikliwego chłodu, który wymusza na mnie, żebym u progu lipca wkładała na siebie podkoszulkę, sweter z długim rękawem i kurtkę! To już nie jest anomalia - to jest po prostu skandal! 
A w ogóle to dzisiaj chyba wstałam lewą nogą - choć właściwie zły nastrój miałam od razu jak otworzyłam oczy, zanim jeszcze zdążyłam wstać :) Być może to właśnie ten brak słońca i mokre szyby, które dojrzałam przez przymknięte powieki mnie tak zdemotywowały na cały dzień? A dzień dziś istotny, bo za chwilę się zbieram i wychodzę pełnić zaszczytną funkcję przewodniczącej komisji inwentaryzacyjnej. Zamykamy rok i trzeba sprawdzić, czy aby żaden alkohol nam niepostrzeżenie nie wyparował ;)

A z odpowiedziami do komentarzy pod poprzednią notką wrócę później, bo już nie zdążyłam.