*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 1 lipca 2015

Tata i ja

Było ostatnio o mamie, to teraz czas na tatę :) Choć trochę się spóźniłam z tą notką, ale nic to, co się odwlecze... :)
Na wstępie muszę zaznaczyć, że absolutnie nie występuje u nas w rodzinie instytucja "córeczki tatusia" i wręcz wkurza mnie, kiedy ktoś mówi o tym, że córeczki to zawsze tatusiowe są. U nas zawsze było tak, że to z mamą miałam lepszy kontakt i do mamy ze wszystkim leciałam. Co wcale nie znaczy, że w ogóle relacje z mamą miałam lepsze, bo z tatą zawsze miałam i mam równie dobre.
Rzecz w tym, że mój tata to zupełnie inny typ charakterologiczny niż ja :) Jest małomówny, spokojny, dość flegmatyczny, bardzo, ale to bardzo wyważony (jeśli pisałam o tym, że moja mama jest stoikiem, to mój tata bije ją w tym na głowę :)) Chociaż potrafi się też wkurzyć i robi się wtedy bardzo nieprzyjemny, widziałam go parę razy w akcji (nie w stosunku do mnie), więc lepiej mu nie podpadać :) Ale nie dzieje się to zbyt często. Może właśnie dlatego te wybuchy, jeśli już następują, są bardzo gwałtowne.

Gdybym miała określić mojego tatę jednym słowem, to powiedziałabym, że jest bardzo mądry. No dobra, to dwa słowa. Ale faktem jest, że mój tata jest naprawdę piekielnie inteligentny i ma analityczny umysł. Tata nie ma w zwyczaju gadać dla samego gadania. Ale kiedy się już odezwie, to naprawdę daje do myślenia. Swoje zdanie wygłasza prawie zawsze tylko wtedy, kiedy jest o nie pytany. Bardzo często zasięgam opinii taty i bardzo się liczę z jego zdaniem.
Z takimi codziennymi sprawami zawsze dzwonię do mamy. Żeby się wyżalić, wygadać, wyżyć emocjonalnie, poradzić też. Ale kiedy mam jakiś poważny dylemat życiowy, po radę zawsze zwracam się do taty i bardzo ważne jest dla mnie to, co powie. Jego rada jest zawsze bardzo logiczna i praktyczna... To właśnie z tatą rozmawiam o finansach, inwestycjach, czy polityce. I nie są to żadne burzliwe dyskusje, po prostu lubię wiedzieć, co mój tata myśli na dany temat, a że on się z tym nie obnosi, to zawsze najlepiej zapytać :)

Kiedy chodziłam do szkoły, tata godzinami odrabiał ze mną lekcje :) Głównie w liceum, bo chodziłam do klasy matematyczno-fizycznej i te przedmioty stały u nas na bardzo wysokim poziomie. A że mój tata to prawdziwy umysł ścisły, często siedział ze mną i rozwiązywał ze mną zadania. To dzięki niemu miałam z tych przedmiotów piątki (a nawet szóstki), bo przerobił ze mną tyle zadań (ze mną, nie za mnie :)), że nauczyłam się je rozwiązywać. Odkąd obie z siostrą skończyłyśmy szkołę, tata ratuje się różnego rodzaju zagadkami logicznymi ;) Cały czas gimnastykuje umysł, co zresztą procentuje, bo dzięki temu właśnie awansował, kiedy już był po pięćdziesiątce. Dzięki temu mamy okazję się nieco częściej widywać, bo regularnie przyjeżdża do Ministerstwa Finansów i czasami wpada również wtedy do nas.

Być może nigdy nie byłam typową córeczką tatusia. Ale tata zawsze był dla mnie bardzo ważną osobą. Kiedy byłam dzieckiem, to właśnie z nim zabawy pamiętam. Gdy byłam starsza, to tata potrafił postawić mnie do pionu. Kiedy dorosłam, to właśnie z jego zdaniem liczyłam się najbardziej (co wcale nie znaczy, że nie słuchałam mamy :P - o tym pisałam ostatnio, ale rzecz w tym, że moja mama też często się radzi taty). Wiem, że zawsze, ale to absolutnie zawsze mogę liczyć na pomoc z jego strony.

Właściwie trudno mi opisać relacje między nami - bo na pozór są one trochę z dystansem, a w rzeczywistości jesteśmy sobie przecież bliscy. Myślę, że to wszystko znowu wynika z tego, że w ogóle w rodzinie nie jesteśmy wylewni - to stwierdzenie powraca w moich notkach jak bumerang, bo jest istotą rzeczy :)
Wiele jest rzeczy, które wiążą się z moim tatą i których nigdy nie zapomnę. Ale są dwie takie, które bardzo odcisnęły się w mojej pamięci i myślę, że właśnie wiele mówią o tym, jaki tata jest dla mnie.
Być może pamiętacie taki program w telewizji, chyba sprzed piętnastu lat pt. "Wybacz mi". Kiedy leciał, miałam chyba jakieś 16 lat. Pewnego razu siedzieliśmy oboje, a w tle leciał odcinek, w którym jakiś facet przepraszał swoją narzeczoną za to, że ją uderzył. Błagał o wybaczenie i przysięgał, że to się nigdy nie powtórzy. Nagle mój tata ni z tego ni z owego powiedział do mnie: "Pamiętaj, jeśli kiedykolwiek jakiś chłopak cię uderzy, od razu uciekaj i nie wierz, że się zmieni! Nie zmieni się! Absolutnie się z nim nie zadawaj."
Druga sytuacja miała miejsce tuż po moim ślubie z Frankiem. Kiedy tata podszedł do niego, pogroził mu palcem i pół żartem, pół serio powiedział: "No, to teraz masz być dobrym mężem, bo jak nie, to będziesz miał ze mną do czynienia".
To się może wydawać zupełnie normalnie i przypuszczam, że wiele ojców w ten sposób się zachowuje w stosunku do swoich córek. Rzecz w tym, że ze względu na charakter mojego taty, takie zachowania wydają się zupełnie nie w jego stylu. Pozornie wycofany, żyjący w swoim świecie (zazwyczaj cyferek i historii ;)) - ale to właśnie tylko pozory. Tak naprawdę tata bacznie obserwuje, tyle tylko, że na co dzień daje nam, kobietom pole do popisu i wkracza do akcji tylko wtedy, gdy uważa, że tak trzeba :)

Mój tata ma w sobie coś takiego, że wiele osób szuka u niego aprobaty. Myślę, że wynika to z tego, że wydaje się on (znowu - to tylko pozory)... groźny, ale także właśnie dlatego, że ta mądrość - również życiowa od niego bije :) Franek właśnie na początku mojego taty trochę się bał - nie bardzo wiedział, co sobie tata o nim myśli i nie potrafił zinterpretować tego pozornego wycofania. Ale z biegiem czasu wszystko się zmieniło. Wystarczyło, że Franek spędził trochę więcej czasu z moją rodziną, żeby poznać wszystkich lepiej i już wiedział, co mojego tatę śmieszy, co interesuje, co złości. A kiedy spotykamy się we czwórkę, często woli sobie posiedzieć w milczeniu z moim tatą niż ze mną i mamą, które ciągle trajkoczemy ;) W ogóle to myślę, że odkąd jest moim mężem, zbliżyła ich do siebie bardzo jedna rzecz - jako, że jestem bardzo podobna do mojej mamy pod niemal każdym względem, obaj wiedzą, jak trudno czasami jest mieć taką żonę :D

wtorek, 30 czerwca 2015

Plany na wakacje po raz... trzeci! :D z wyjaśnieniem

No dobrze, skoro się już namieszało, to niech będzie... :) 
Przenoszę archiwum, robię to już od dłuższego czasu (choć z przerwami), ale bardzo powoli, bo dziennie przenoszę jedną, dwie notki. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ta notka wyświetliła się Wam jako aktualna. To znaczy wczoraj mogłam się rzeczywiście pomylić - bo w dodatku tak się złożyło, że ma taki sam tytuł, jak notka napisana przeze mnie wczoraj (czego wcześniej nie zauważyłam ;)), ale szybko naprawiłam swój błąd i upewniłam się, że data publikacji wyznaczona jest na czerwiec przed sześcioma laty. Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiaj nadal niektóre z Was trafiają na ten stary post, a inne na nowy :)

Ale skoro już pojawiły się pod tą notką komentarze, postanowiłam, że ją opublikuję normalnie i dodam jeszcze na koniec swój komentarz :)
 
 ***
 16.06.2009
 

Tak właśnie wyglądają moje plany wakacyjne. A właściwie duża ich część :)Właściwie ja do czytania wakacji nie potrzebuję, ale jak mam wolne, to przynajmniej mogę się pogrążać w lekturze bez wyrzutów sumienia. Generalnie czytam w każdej sytuacji. Czytam od samego rana, bo już na przystanku tramwajowym, kiedy jadę do pracy. Czytam w tramwaju, w poczekalniach różnego rodzaju, w podróży, na ławce, w ogródku, w przerwie na reklamy podczas oglądania filmu, przed snem itd. Ciągle chodzę po bibliotekach i wypożyczam nowe pozycje, mimo, że poprzednich jeszcze nie przeczytałam. Mam też kilka swoich książek, które zawsze odkładam na później. Staram się za dużo nie kupować, bo wtedy własne książki zawsze spycham na koniec kolejki. Można powiedzieć  „na wieczne nieprzeczytanie” :) Poza tym czytam zawsze kilka książek naraz. Nie wiem dlaczego, po prostu nie mogę się na żadną zdecydować. Czasem żałuję, że nie da się czytać dosłownie jednocześnie kilku książek ;) I zawsze mam książkę przy sobie, przez co wszyscy posądzają mnie o noszenie kamieni w torebce. Nigdy nie wiem kiedy może mi się przydać. Zdarzało mi się nawet czytać w samochodzie, kiedy stałam w korku:) Kiedy z jakiegoś dziwnego powodu nie mam przy sobie nic do czytania, to na bank będę tego żałować, bo okaże się, że miałam okazję do zagłębienia się w lekturze. Co się dzieje, kiedy książki nie mam w takiej sytuacji wiadomo – wystarczy przeczytać notkę „Burza” :) Co ciekawe, jak byłam mała myślałam, że czytanie jest tylko dla dzieci. Jakoś sobie nie mogłam wyobrazić, co niby ciekawego może być w książkach dla dorosłych, bo przecież na bajki są za starzy:) Myślałam, że dorośli do czytania mają tylko lektury szkolne. A moja przygoda z książkami zaczęła się bardzo szybko. Kiedy miałam jakieś trzy lata moi rodzice już mieli dość czytania mi w kółko tych samych bajek i rzucili „nauczyłabyś się czytać”. No to się nauczyłam. W przedszkolu panie wykorzystywały mnie żebym czytała pozostałym dzieciakom, a one szły na kawę. Pamiętam też jak odkryłam bibliotekę. Kiedy miałam pięć lat śmigałam sobie dookoła bloku na moim rowerku. I zginęłam. Rodzice zaniepokojeni, że nie widać mnie przez okno zaczęli mnie szukać. I zobaczyli rowerek pod biblioteką, która znajduje się u nas na podwórku. A ja sobie jakby nigdy nic siedziałam w czytelni i czytałam:) Nie mieli wyjścia, musieli mnie zapisać. A właściwie tata musiał się zapisać do oddziału dziecięcego, bo byłam jeszcze za mała:) I tak czytam do dziś. Tyle, że zapisana jestem do tylu różnych bibliotek, że teraz to tata na moją kartę wypożycza sobie lektury:)Wiem, że nie które z Was nie lubią czytać. Macie do tego prawo oczywiście, ale wybaczcie, nie rozumiem:) No nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić czytać. Może któraś z Was nielubiących mnie oświeci :) Jakie są Wasze powody? No, to koniec notki i bomba, kto nie czytał, ten trąba*:)


***
Od tamtego czasu niewiele się zmieniło ;) Nadal uwielbiam czytać! I nawet pojawienie się Wikinga na świecie mi w tym nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - na początku czytałam bardzo dużo podczas karmienia lub usypiania go. Teraz jest trochę gorzej, bo zarówno je, jak i zasypia szybko, ale i tak zawsze znajdę czas na czytanie pomiędzy jedną a drugą czynnością. Czytanie jest po prostu dobre na każdy "międzyczas" :)
Ale zmieniło się to, że już praktycznie nie mam zaległości w czytaniu swoich własnych książek. W którymś momencie się zawzięłam i postanowiłam omijać biblioteki szerokim łukiem, dopóki nie przeczytam tego, co jest na moich półkach. I wreszcie mi się to udało. W maju już nawet zaliczyłam jedną wizytę w bibliotece, wypożyczyłam pięć książek i się z nimi rozprawiłam. Teraz mam do przeczytania jeszcze cztery, które przywiozłam sobie z Miasteczka. Więc moje czytelnicze plany na te wakacje prezentują się tak:


Zdecydowanie bardziej ubogo, ale to dlatego, że ten plan obejmuje raptem najbliższy czas. Po cichu liczę na jakąś nową lekturę w prezencie urodzinowym.  A jeśli będę utrzymywać dotychczasowe tempo czytania jednej książki na tydzień, to akurat, jak znowu pojadę do Miasteczka będę mogła coś ciekawego wypożyczyć :)

*W tym momencie czuję się w obowiązku przypomnieć tę notkę, którą wzbudziłam sporo emocji (jeszcze jej nie przeniosłam tutaj) ;) Ale zdania nie zmieniłam!