*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 13 sierpnia 2015

Woda, czyli notka zawierająca lokowanie produktu ;)

Kilka lat temu, nie do pomyślenia było dla mnie, żeby ugasić pragnienie wodą. Blee. Przecież, żeby się napić, trzeba poczuć smak, a taka woda, to co?? Nie piłam więc wody prawie wcale, mimo, że u mnie w domu już od jakiegoś czasu była stałym elementem.

Co więc piłam? Uwierzycie, że nie bardzo pamiętam? :) Na pewno jakieś kompoty gotowane przez moją mamę,ale to chyba tylko w weekendy. Przypuszczam, że wodę z sokiem w niej rozcieńczanym, soki owocowe, wodę z witaminkami typu Pluszzz. Bardzo możliwe, że jeśli nie było do picia nic poza wodą, nie piłam wcale :) 
Kiedy byłam na studiach, kupowałam "po taniości" w Biedronce jakieś kolorowe, gazowane, słodkie coś. I tak sobie piłam. Bo picie nie kojarzyło mi się z gaszeniem pragnienia, chyba raczej z chwilowym jego zaspokajaniem. A inna sprawa, że moje zapotrzebowanie na picie nigdy nie było jakieś szczególnie duże, zwłaszcza latem (chyba limity wypełniałam alkoholem :P), bo gdy było zimno, to jeszcze pijałam sporo herbat.

Nie jestem pewna kiedy to się zmieniło, ale możliwe, że jakieś siedem lat temu, kiedy postanowiłam się odchudzać z głową, przeszłam na dietę niskokaloryczną i najłatwiejszym sposobem było wyeliminowanie tych artykułów spożywczych, które mają dużo cukru i puste kalorie. Powoli przyzwyczajałam się do wody. Gdy zamieszkaliśmy z Frankiem razem, coraz mniej było u nas w domu kolorowych napojów, bo nawet Franek zaczynał się przekonywać, że woda bywa lepsza. Bardzo możliwe, że taki prawdziwy przełom nastąpił, kiedy byliśmy w podróży poślubnej na Fuerteventurze - najedliśmy się, naopalaliśmy, cały dzień spędziliśmy obijając się i popijając słodkie drinki. Kiedy wieczorem poszliśmy na kolację, zdarzyło się coś niebywałego (naprawdę!) - nie mieliśmy ochoty na nic innego do picia, tylko na wodę! Niegazowaną w dodatku! Wtedy przekonaliśmy się chyba tak naprawdę na własnej skórze, że tylko woda potrafi ugasić pragnienie skutecznie.

Od jakiegoś czasu słodkie, gazowane napoje oraz soki owocowe już naprawdę rzadko są przez nas spożywane. Jest to raczej na zasadzie jakiejś dziwnej zachcianki od czasu do czasu i traktujemy coś takiego bardziej jako przekąskę niż napój. Nie licząc herbat, pijamy tylko wodę. W tym roku w wyjątkowo dużych ilościach, bo o ile Franek zawsze pił dość dużo, mnie trzeba było w tej kwestii pilnować, bo naprawdę rzadko odczuwałam pragnienie. Starałam się pić bardziej świadomie w ciąży, ale tak naprawdę dopiero kiedy zaczęłam karmić piersią poczułam co to znaczy, że organizm naprawdę potrzebuje wody! Przez pierwsze trzy miesiące piłam naprawdę dużo (jak na mnie) - 3-4 szklanki z Ikei dziennie. Potem już przy karmieniu nie odczuwałam aż takiego pragnienia, ale jednak zwyczaj mi pozostał. Teraz wypijamy z Frankiem 1,5-2 butelek półtoralitrowych dziennie.

Jest jednak jedno ale. To nie jest tak, że woda to woda i pijemy każdą :) O, nie, nie, jesteśmy wybredni. Poza sytuacjami naprawdę wyjątkowymi, nie pijamy wód niegazowanych (źródlanych) - które smakują jak kranówa, a tej nie toleruję (Franek jeszcze jako tako, ale z kolei jak nie ma bąbelków, to on się nie napije - w sensie, że pije, ale tak jakby nie pił :D) ani gazowanych z dużą ilością CO2, które sprawiają wrażenie, jakby chciały urwać łeb :) 
Kompromisem w tej kwestii są - zwykle oznaczone jako niegazowane - wody mineralne wysoko lub średniomineralizowane, ewentualnie (gdy nie ma innego wyboru) lekko nasycone CO2 lub lekko gazowane.

Woda, która jest dla mnie absolutnie numerem jeden i która jest u nas w domu prawie zawsze to Staropolanka 2000. Smakuje mi najbardziej i pijam jej najwięcej. Problemem jest często jej dostępność, bo nie w każdym sklepie można ją kupić. Dlatego jeśli się już pojawia, np. u nas w Tesco, to Franek kupuje nawet sześć zgrzewek i potem mamy całą baterię w domu :P

Z kolei dla Franka, chociaż pije też Staropolankę, najlepszą wodą jest Muszynianka. Ja też ją lubię, ale jest dla mnie troszkę za bardzo gazowana w stosunku do tej pierwszej. Niemniej jednak jest dobrym zamiennikiem a bywa częściej dostępna, więc łatwiej na nią trafić, kiedy na przykład jestem na mieście i nagle zachce mi się pić.

Czasami kupujemy również Muszynę, która też jest dość mocno gazowana (oczywiście w porównaniu do innych wód niegazowanych, bo tych naprawdę gazowanych w ogóle nie biorę pod uwagę ;)). Zaletą jest to, że czasami można dostać ją w małych butelkach 0,33l, co jest dla mnie pojemnością idealną, kiedy jestem poza domem. Ale wcale nie tak łatwo ją znaleźć.
Mniej więcej od półtora roku pijamy także Kingę Pienińską, która dla mnie jest najlepszą alternatywą dla Staropolanki 2000. Zaczęło się od tego, że dostawałam tę wodę w pracy w nieograniczonych ilościach, później zobaczyliśmy, że od czasu do czasu bywa do kupienia w Tesco. Dla Franka jest ona trochę zbyt gorzka, ale przyznam, że ja tej goryczy nie odczuwam. 
Znalezione obrazy dla zapytania kinga pienińska
Gdy już nie ma absolutnie żadnej z wyżej wymienionych wód w sklepie (choć staramy się nie dopuścić do tego, aby całkowicie wyczerpały nam się zapasy :)), posiłkujemy się na zasadzie "no ewentualnie" Cisowianką lekko gazowaną (chociaż to już nie ten smak, czuć ewidentnie dwutlenek węgla) albo Kryniczanką. Pozostałych wód w zasadzie nie pijamy.

Mnie denerwuje tylko to, że wody, które lubię, są stosunkowo łatwo dostępne (ale nie we wszystkich sklepach) w butelkach półtora lub dwulitrowych (to Muszyna), natomiast bardzo trudno kupić je w mniejszych pojemnościach w pierwszym lepszym sklepie lub kiosku. Wtedy niestety jestem zmuszona wypić jakąś wodę niegazowaną, która w ogóle mi nie smakuje. Najczęściej jest to Cisowianka lub Nałęczowianka, jeśli nie ma żadnej z tych dwóch to już jest mi wszystko jedno, choć Kropla Beskidu to już naprawdę ostateczna ostateczność :)
Jednak jestem zdania, ze nic nie zastąpi mojej Staropolanki 2000, którą pijam od lat (i która paradoksalnie w Miasteczku jest łatwo dostępna, był czas, kiedy woziłam ją do Poznania :)

Dzisiejsza notka sponsorowana jest oczywiście przez panujące upały ;)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Siódemka, czyli dziecko w ruchu.

W piątek nadszedł kolejny siódmy dzień miesiąca, a co za tym idzie, Wiking skończył kolejny miesiąc życia. Już siódmy. W naszym przypadku moment, gdy dziecko ukończyło osławiony trzeci miesiąc rzeczywiście przyniósł ze sobą jakieś konkretne zmiany na lepsze, ale to czwarty miesiąc był tym naprawdę przełomowym. Teraz było podobnie. Więcej się wydarzyło tuż po tym, jak Wikuś skończył pół roku, a więc już w siódmym miesiącu jego życia. Teraz zaczynamy ósmy, który też mi się jakoś dobrze kojarzy. Może dlatego, że kiedy w marcu zaczęłam z Wikingiem jeździć na zajęcia dla niemowlaków, on miał wtedy raptem dwa miesiące, a średnia wieku pozostałych dzieci, to było jakieś 7-8 miesięcy skończonych. Przy czym ze szczególnym zachwytem patrzyłam na te ośmiomiesięczne - widziałam, że już siedzą, przemieszczają się, obserwują uważnie, nie są bierne, tylko jakieś takie bardziej kumate... Już wtedy myślałam o tym, że nie mogę się doczekać aż Wiking będzie miał osiem miesięcy.

A tymczasem kochany synek nie zawiódł matki i nie lenił się czekając na ósmy miesiąc, tylko już teraz potrafi to, o czym wtedy patrząc na tamte maluchy mogłam tylko pomarzyć :) Pisałam już ostatnio, że siedzenie jest dla niego pozycją tak naturalną, że o istnieniu brzuszka przypomina sobie jedynie podczas spania. Raczkuje coraz śmielej, bo choć umiejętność tę opanował już jakieś trzy tygodnie temu, to mniej więcej od tygodnia jest już świadomy tego, że kiedy mama wychodzi z pokoju, on również może to zrobić. I o ile to jest całkiem fajne, bo przynajmniej kiedy idę do kibelka, to mam go mniej więcej nadal na oku, to gorzej jest, kiedy chcę sobie w spokoju posiedzieć w jednym miejscu, gdyż dziecię me bynajmniej mojego pragnienia nie podziela. I tak łażę za nim od pokoju do pokoju. Po dziesięć razy w ciągu dwóch minut powtarzam "nie wolno" i przenoszę go klękającego przy gniazdku elektrycznym z powrotem na matę, po to, by za dziesięć sekund zrobić to po raz jedenasty... Wiking zwiedza całe mieszkanie, a ja razem z nim, odkrywając raz po raz jakiś zapomniany kąt, na przykład za fotelem ;)

Niemniej jednak raczkowanie i tak nie jest dla Wikinga aż tak pociągającą rozrywką jak wspinanie się, którego początki widziałyście już trzy tygodnie temu na zdjęciu. Całkiem fajnie jest, gdy na przykład siedzę sobie na podłodze i czytam, a on wspina się po mnie - mam wtedy nad nim jakąś kontrolę. Ale częściej jednak Wiking staje przy fotelu, szafce albo wersalce i wtedy trzeba być bardzo czujnym, bo nigdy nie wiadomo, czy akurat nie straci równowagi i nie fiknie w kierunku, którego się trudno spodziewać. Kilka razy już się walnął głową o podłogę, bo ani czujność ani poduszki profilaktycznie porozkładane wokół dziecka nie pomogły. Ale Wiking szybko się uczy, bo mniej więcej po trzech dniach już pamiętał o tym, że kiedy leci, trzeba zgiąć nóżki i w ten sposób wyląduje mniej boleśnie na pupie :)
Przyznam, że się przez chwilę zastanawialiśmy, czy to aby nie za wcześnie dla niego - i czy 6,5 miesięczne dziecko może już stawać na nóżki. Ale naprawdę nie sposób mu tego zabronić, bo o ile początkowo zdarzało się to incydentalnie, to teraz jest to już norma, w dodatku idzie mu to zupełnie sprawnie. Nie potrzebuje niczyjej pomocy do tego, aby wstać, więc nie ma mowy o sztucznym przyspieszaniu czegokolwiek ani ciągnięciu za rączki. Dlatego też pomyślałam sobie, że widocznie takie właśnie ma tempo rozwoju - zresztą już na kontroli u neurologa miesiąc temu pani doktor powiedziała, że Wikingowi zanikł już atawistyczny odruch zawijania palców u nóg i że stawia całe stópki na ziemi, co sygnalizuje gotowość do tego, by stawać. Widocznie mały podsłuchał i zrobił z tego użytek :P A dzisiaj na wizycie kontrolnej u rehabilitantki dostaliśmy potwierdzenie, że wszystko jest w porządku.

Muszę przyznać, że opieka nad takim dzieckiem jest zdecydowanie bardziej absorbująca, bo dotychczas Wiking potrafił zająć się sam sobą przez godzinę, a ja w tym czasie mogłam robić "swoje" - cokolwiek to oznaczało. Teraz zajmuje się sobą nawet i przez trzy godziny, tyle, że trzeba być przy nim przez większość tego czasu. Z drugiej strony jednak ten rodzaj opieki jest zdecydowanie przyjemniejszy, bo i ja mam czasami z tego jakąś rozrywkę :) Na przykład jak się ścigamy :P Tzn - stawiam Wikinga w pozycji startowej (czyli na czworakach), po czym mówię "start" i biegnę do przodu. No tak, ja wiem, że to nie fair i Dzieciak jest z góry skazany na porażkę, ale jemu to nie przeszkadza - wręcz przeciwnie, tym chętniej "biegnie" do mnie po swojemu na czterech kończynach, z uśmiechem na buźce i aż piszczy z uciechy!
Albo inna zabawa - Wiking w łóżeczku, czasem siedzi, czasem leży, ale najczęściej stoi, tyle, że oczami jeszcze nie sięga powyżej jego krawędź. Ja siedzę obok i zbliżam i oddalam swoją twarz do jego, całuję go w rączki albo chowam się i po chwili nagle pokazuję. Czasami przy tym robię jakieś "a kuku" "apsik" albo "hahaha" - a on dosłownie rży z uciechy! Nie sądziłam, że takie małe dziecko może się zanosić ze śmiechu - a jednak może. Czasami tak się śmieje, że aż się nie umie na nogach utrzymać i leci do tyłu - dobrze, że w łóżeczku. Potrafimy się tak bawić nawet przez godzinę. Co ma swoje plusy, bo czasami pomiędzy jednym a drugim  "a kuku" coś tam sobie przeczytam albo nawet odpowiem na jakiś komentarz ;)
Kiedy nie bardzo chce mi się biegać i "kukać" wymyślam jakieś bardziej prozaiczne zajęcie, które Wikingowi zdaje się czymś niezmiernie interesującym. Na przykład efektem moich ostatnich porządków była cała sterta dokumentów do zniszczenia. Usiadłam więc sobie wczoraj przy niszczarce z Wikingiem na kolanach (w bezpiecznej odległości rzecz jasna) i przez 20 minut dziecko było zafascynowane tym burczeniem oraz faktem, że kartka nagle znika. A tymczasem ja drugim okiem zerkałam sobie na "Historię świata w 10 i pół rozdziałach" Barnesa :) Zawsze to coś!

Ale odkąd wróciliśmy do Podwarszawia Wiking potrafi się znowu zająć sobą w bezpieczny sposób na dłużej :) Może to kwestia mniejszej przestrzeni? W każdym razie np. dzisiaj przez dwie godziny eksplorował sobie dwie ściany naszego pokoju wraz z przyległościami :P I dopiero kiedy przeszedł do trzeciej i dorwał się do idącego wzdłuż niej kabla, musiałam interweniować :)
 Najlepsze zabawki? Oczywiście podłogowy włącznik od lampki, kontakty, ładowarka do laptopa, waga łazienkowa, uchwyty od szafek, stare kasety magnetofonowe i kable wszelkiej maści. To w Miasteczku. W w Podwarszawi upodobał sobie również kable, a ponadto małe świeczniki, moje notatki, suszarkę na pranie, a nade wszystko fotelik samochodowy lub leżaczek. Na leżaczku uprawia surfing. To znaczy włazi na niego, po czym staje na oparciu i próbuje utrzymać równowagę. Serio. Widok jest przekomiczny. W dodatku zorientował się, że oparcie tak fajnie sprężynuje i świadomie próbuje wywołać ten ruch.

No dobrze, kończę już, bo i tak notka miała mieć trochę inną formę, bo wydawało mi się że "cóż ja właściwie mogę jeszcze napisać"? A wyszło jak wyszło, trochę niechcący. Chodziło o to, żeby przekazać, że całkiem fajne się to dziecko robi :)
Na szczepienie idziemy dopiero za tydzień dni i wtedy będzie dopiero Wiking zmierzony i zważony, ale na moje to on rośnie bardziej wzdłuż niż wszerz. Pomiarów dokonałam w domu z pomocą siostry - Wiking mierzył wtedy jakieś 68-69cm (od razu precyzuję, że to nie po krzywiznach, bo ostatnio się dowiedziałam, że to nie takie oczywiste jak mi się wydawało - bo Wikinga tylko tuż po urodzeniu mierzono właśnie po krzywiznach). Tydzień temu ważył około 6400 - posadziłam go po prostu na wadze domowej, oczywiście pomiar nie jest aż tak precyzyjny jak ten na wadze w przychodni, ale jednak wygląda na to, że Wiking nadal do tych 6,5 kg nie dobił. Co mnie wcale nie dziwi, bo chociaż wcina tak, że uszy mu się trzęsą i nie mam w tej materii z nim żadnych problemów, to on jest tak ruchliwy, że wcale nie dziwi mnie, że większość z tego spala. (Ale z drugiej strony może przez ten tydzień jednak udało się jeszcze te 100 gramów nadrobić) A je nadal mniej więcej co dwie/trzy godziny. Cały czas bazą jest karmienie piersią, ale raz dziennie dostaje mleko modyfikowane i dwa razy dziennie pokarm stały - jakiś owoc bądź sok owocowy rozcieńczony wodą oraz obiadek ze słoiczka lub zrobiony przez nas. No dobra, kończę już, bo i tak o jedzeniu pewnie jeszcze napiszę, więc się więcej nie rozpisuję.

Jeszcze tylko jedno - w poniedziałek czytałam sobie, na jakim etapie rozwoju jest siedmiomiesięczne dziecko. Jeśli chodzi o postępy ruchowe, to umiejętności opisywane w tym "rozdziale" Wikuś nabył mniej więcej półtora miesiąca temu. Ale stwierdziłam, że jeśli chodzi o rozwój mowy (trochę za dużo powiedziane, ale wiadomo o co chodzi) to jest trochę do tyłu, bo nie zauważyłam, zeby sylabizował. Nie martwiłam się tym, bo słyszałam, że dzieci, które są bardzo ruchliwe nie tracą czasu na gadanie, tak jak gadułom nie chce się tracić energii na ruch :) Wiadomo, w której grupie jest Wiking. Może jednak jakiś frasunek dostrzeżony przez Wikinga na mej twarzy się odmalował, bo parę godzin później usłyszałam po raz pierwszy z jego ust: baba, abała, ałała ababababa - i tak sobie babuje teraz.