*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 9 października 2015

Towarzyskie mamy.

Wczoraj wyszliśmy z Wikingiem z domu o 10:00 i przepadliśmy prawie na cały dzień :P Do domu wróciliśmy, kiedy Teleexpress już dawno trwał :) 

Pojechaliśmy na spotkanie klubu - w ostatniej chwili, bo Wikuś obudził się dosłownie pół godziny przed odjazdem kolejki :) Ale szybko się zebraliśmy i dojechaliśmy. Wczoraj wyjątkowo na spotkaniu oprócz mnie były tylko dwie dziewczyny, które przyjechały po raz pierwszy - mama Poli (z 20 stycznia) i mama Adasia (z 1 kwietnia). Pola tak samo drobna jak Wiking i tak samo sprawna! Dokazywali sobie oboje na całego i tylko biedny Adaś nie mógł się za bardzo ruszyć, wszystko przed nim... :)

Tak nam się świetnie rozmawiało, że zostałyśmy jeszcze po spotkaniu. Ale około 13:00 dzieciaki zaczęły już jęczeć ze zmęczenia, choć przyznać muszę, że Wiking był wytrzymały a ogniki w jego oczach wskazywały na to, że chętnie by jeszcze pobrykał (wszak wyspał się rano :)). Kiedy wyszłyśmy na spacer do pobliskiego parku Adaś i Pola zasnęli błyskawicznie, ale i Wikusia sen zmorzył po jednym kółeczku wokół placu zabaw. Spały nam dzieciaki bite dwie godziny! A my cały czas spacerowałyśmy i nie mogłyśmy się nagadać. Dziewczyny miały bardzo podobne podejście do mnie, więc naprawdę znalazłyśmy wspólny język.
Wróciliśmy do domu późnym popołudniem - oboje bardzo zadowoleni. Wiking dzięki długiej drzemce bawił się pełen energii do 19:00, ale o dziwo tuż po kąpieli padł o 19:25. To był bardzo przyjemny dzień. I myślę, że to dobra okazja do tego, żeby napisać trochę o dziewczynach, z którymi spotykam się na zajęciach, na które jeździmy.

Ponieważ na spotkania uczęszczamy od marca, miałam okazję poznać naprawdę wiele bardzo różnych dziewczyn. Niektóre podobnie jak my, przyjeżdżają regularnie - przy czym jest rotacja, bo na przykład te mamy, które spotykałam co tydzień na samym początku mają już dzieci, które dawno skończyły roczek i przeniosły się do innych grup albo po prostu nie mogą dłużej przychodzić, za to pojawiły się nowe. Inne zjawiają się tylko raz i więcej nie wracają, jeszcze inne wpadają od czasu do czasu. 
I jak to w życiu - są dziewczyny z którymi w mig łapię kontakt i świetnie się dogadujemy, są też takie, z którymi nie nadaję na tych samych falach, ale skutkuje to tylko tym, że nasze relacje są po prostu oszczędne i grzecznościowe. Nie ma żadnych napięć itp. -ot, po prostu nieznajome spotkane przypadkiem ;) Najważniejsze jest, że relacje ze wszystkimi dziewczynami są po prostu bardzo uprzejme i życzliwe. Zawsze sobie to bardzo cenię. Tylko raz miałam nieco dziwną sytuację, to było już dawno, ale kiedyś o tym napiszę.
Jednak tak, jak wspomniałam jest parę mam, z którymi lubimy się szczególnie i poznajemy coraz lepiej, bo zawsze się przy okazji rozmowy jakieś szczegóły na temat swojego życia przemyca. 

Wiecie, co mnie najbardziej denerwuje w innych - chęć udzielania dobrych rad na siłę oraz idealizowanie swojej sytuacji i stawianie się ponad innymi. Nie lubię też niepotrzebnych porównań, które prowadzą do rywalizacji (nie chodzi mi o zwykłą wymianę doświadczeń, bo to przecież tylko zbliża). Odnosi się to do wszystkich dziedzin życia, w tym do wychowania dzieci. I najbardziej lubię w tych dziewczynach właśnie to, że nie mają tendencji do takich zachowań. Dzięki temu czuję się wśród nich swobodnie, jestem sobą i nie mam oporów przed przyznawaniem się do chwil słabości, co często wychodzi mi na dobre, bo okazuje się, że nie jestem jedyna na przykład albo, że wcale nie jest tak źle, jak mi się wydawało. To prawdziwa grupa wsparcia ;)

Jasne, że rad sobie udzielamy - ale zawsze na wyraźną prośbę lub zapytanie, bo mamy zasadę, że nie wtrącamy się w sposób postępowania innych mam. To jest wręcz fajne, kiedy mam jakąś wątpliwość lub problem i mogę pogadać o tym z dziewczynami, które potrafią czasami coś doradzić, ale nie robią tego na siłę. Powstrzymujemy się od wszelkich komentarzy na temat sposobu podejścia do dziecka, bo wiemy, jak to irytuje. To, co mi się podoba w naszych relacjach i powoduje, że czuję się tak dobrze, to fakt, że dziewczyny nie próbują uchodzić za matki idealne i nie mówią o swoich dzieciach, jak o idealnych, dzięki czemu nie mam poczucia, że jestem gorsza albo coś jest ze mną nie tak. Skarżą się na drobne lub poważniejsze niedogodności, opowiadają o swoich wpadkach. Zdecydowanie mają dystans do siebie i swoich dzieci, choć przecież wiadomo, że gdyby przyszło co do czego, to każda (łącznie ze mną) walczyłaby o honor swojego dziecka jak lwica :) Ale po prostu nie ma takiej potrzeby, bo inne mamy nie prowokują takich zachowań. Każde dziecko jest traktowane jak odrębna istotka, którą przecież jest, a więc nie ma porównań i absolutnie żadnej rywalizacji, chociaż oczywiście wymieniamy się doświadczeniami, mówimy o postępach dzieci, chwalimy się mniejszymi i większymi sukcesami. Fajne jest to, że sobie nawzajem kibicujemy - i naszym dzieciakom również :) Nikt nie ma problemu z tym, żeby pochwalić czyjeś dziecko lub zachwycić się jakimś zachowaniem czy umiejętnością i to jest pozytywne, bo pomaga spojrzeć na własne dziecko z dystansu. Coś co dla mnie mogło być oczywistością, u innych wzbudza podziw. W dużej mierze właśnie dzięki tym kontaktom (ale również dzięki komentarzom niektórych z Was tutaj :)) dotarło do mnie, że często tylko się mi wydaje, że Wiking jest aż tak wymagającym dzieckiem. Teraz wiem, że to raczej ja jestem wymagająca i mój perfekcjonizm nie pozwala mi czasami dostrzec, że naprawdę jest dobrze i Wikuś też jest złotym dzieckiem w pewnych obszarach ;) 
Paradoskalnie, w tym wypadku właśnie przydały się te nielubiane przeze mnie porównania, bo kiedy rozmawiamy na przykład o usypianiu, karmieniu, zabawach itp. to okazuje się, że w porównaniu do innych dzieci Wikuś wcale nie odbiega od jakiejś normy a czasami jest wręcz łatwiejszy w obsłudze.
Miło jest posłuchać życzliwych słów kierowanych pod naszym adresem np. odnośnie tego, jak się zmieniliśmy na plus w porównaniu do pierwszych spotkań albo jakichś komplementów. Przy czym nie jest to jakieś puste słodzenie sobie nawzajem - ot, jakaś luźna uwaga wypowiedziana pod wpływem chwili bądź okoliczności :) To wszystko bardzo podbudowuje.

Jasne, że zdarzają się mamy przejawiające cechy niepożądane, które wymieniłam powyżej, ale nie mam z tym problemu, bo po prostu zazwyczaj unikam bliższych znajomości z osobami, których jakieś zachowania mogłyby na mnie źle oddziaływać. A skoro nie mam dużej z nimi styczności to i nie mam się czym przejmować. Po prostu szanuję innych tak, jak chcę by i mnie szanowano, ale nie próbuję na siłę się z nikim zaprzyjaźniać, jeśli widzę, że nam zwyczajnie nie po drodze :) Skupiam się na tych znajomościach, które są dla mnie w jakiś sposób budujące i owocne. A zawarłam ich już całkiem sporo. Nie mam oczywiście złudzeń, że oto tworzą się jakieś wielkie i głębokie przyjaźnie :) Nawet mi na tym szczególnie nie zależy. Jestem świadoma tego, że teraz łączą nas przede wszystkim rozmowy o dzieciach i naszych odczuciach odnośnie macierzyństwa. Po prostu umilamy sobie czas swoją obecnością w tym nieco dziwnym okresie (no trochę dziwny jest, czas jakby się zatrzymuje, mimo, że paradoksalnie widać jak pędzi po postępach dziecka), jakim jest urlop rodzicielski. Ale to jest nam w tym momencie bardzo potrzebne, widać, że w większości przyszłyśmy tam w tym samym celu i z takim samym nastawieniem. Chyba właśnie dlatego mimo wszystko łatwiej jest spotkać tam kogoś z kim się można dogadać niż kogoś, kto się diametralnie od nas różni. Po prostu te inne osoby spotykają się gdzieś indziej ;) 

Na spotkaniach poruszamy bardzo różne tematy, czasami mocno odbiegające od kwestii dziecięco-matkowych. Bywa, że zaczynamy o jednym a kończymy na czymś zupełnie innym. I kiedyś właśnie tak od słowa do słowa zeszło nam na paznokcie u nóg. Okazało się, że każda z nas miała je pomalowane ;) Śmiałyśmy się, że to w jakiś sposób pokazuje jednak nasze podejście i to, że chociaż różnie bywa, staramy się w tym wszystkim nie zapominać o sobie, swoich potrzebach i o tym, że w tej nowej sytuacji chcemy odnajdować choć kawałek siebie w starym wydaniu. 
Myślę, że to jest coś, co najbardziej nas łączy. Osoby które przychodziły na spotkania (piszę o różnych spotkaniach, w których brałam udział) w jakimś konkretnym celu (nauczyć się jakiegoś chustowego wiązania, nauczyć się piosenki, wypić kawę itp.) raczej nie przychodziły ponownie, lub znikały po paru spotkaniach. Te, których celem jest mało konkretny kontakt z drugim człowiekiem i szeroko pojmowane wyjście z domu zostają, i traktują to o czym wspomniałam w nawiasie jako dodatkową korzyść. Ja zdecydowanie należę do tych drugich. Prawda jest taka, że w większości przypadków te spotkania są głównie dla nas, ale dzięki tej naszej potrzebie spotykania się, nasze dzieciaki mają dodatkowe korzyści, a więc grunt, że nikt na tym nie cierpi a wszyscy zyskują :D

czwartek, 8 października 2015

Dziewięć miesięcy we trójkę.

Ostatnio znowu przechodzę przez okres uwielbienia dla Wikinga, które przejawia się u mnie tym, że mam ochotę go ciągle całować i przytulać ;) Chyba zresztą się w tym zgraliśmy, bo z Wikusia też taka mała przylepka. Odkąd nauczył się wstawać nie tylko przy meblach, bardzo często staje przy naszych nogach i mocno się do nich tuli, wyciągając rączki, co jest dla nas znakiem, że mamy go wziąć na ręce :)
Wczoraj miałam taki moment, że wieczorem po kąpieli i jedzeniu, zamiast normalnie położyć Wikinga do łóżeczka, położyłam się z nim na łóżku, mocno go przytulałam, głaskałam i śpiewałam. Znosił to dzielnie i wcale się nie wiercił, co dla niego nie jest wcale typowe :) Ale chyba był już zmęczony. Dopiero po kilku minutach zdecydowanie dał znać, że już chce spać i mam go położyć normalnie spać ;)

Dziewiąty miesiąc skończony i nadal bez przełomu. Wiking zaszalał po ukończeniu pół roczku i od tamtej pory powoli i systematycznie szlifuje swoje umiejętności. Ostatnio chodził przy meblach, teraz doskonali stawanie. Już nie podciąga się przy meblach, ale potrafi stanąć przy każdej powierzchni, a także bez niej :) Jeszcze dwa tygodnie temu było tak, że np. stał przy odkurzaczu, a kiedy delikatnie odsunęłam odkurzacz, bo był mi potrzebny, Wiking został w pozycji stojącej. To był pierwszy raz. Potem zdarzało mu się coraz częściej, że stawał przy czymś a potem się puszczał albo trzymał w rączce zabawkę i zdawało mu się, że to o nią się opiera :) Ale od tygodnia potrafi już stanąć bez niczego w rączce, w dodatku nie podpierając się o nic. Stoi na szeroko rozstawionych nóżkach przez kilka sekund, robi to bez wysiłku i często. Bardzo jestem ciekawa, jak daleko jeszcze jesteśmy od tego, aż wykona pierwszy krok :) Na razie chodzi przy meblach lub ewentualnie podtrzymywany za rączki. Z odkurzacza (co my byśmy zrobili bez odkurzacza?? :)) i z krzesła zrobił sobie chodzik i w tym wydaniu potrafi już przejść przez całe mieszkanie. Czasami chodzikiem są też moje nogi, których ostatnio naprawdę często się czepia. Ja krok do tyłu, Wiking krok do przodu... :)

Wikuś od początku był towarzyski, ale teraz jest jeszcze dodatkowo bardzo pogodny i stanowi to doskonałe połączenie z tą towarzyskością :) Uśmiecha się prawie cały czas - do obcych, do znajomych, do małych dzieci. O nas nawet nie wspominam. Wcześniej też to robił, ale teraz jest to zdecydowanie bardziej świadome. Po prostu widzę, że uśmiecha się dlatego, że jest tak po ludzku zadowolony :) Łazi sobie po mieszkaniu za nami, z tym swoim uśmieszkiem i papapa na ustach... Gada dużo, sylabizuje, ale zdecydowanie najbardziej upodobał sobie dźwięki ebłabła, ebww khikhi i brrrr.

Ostatnio Wiking sypia w ciągu dnia coraz mniej. Bywa, że jest to tylko jedna godzinna drzemka. Z tego powodu mam zdecydowanie mniej czasu na blogowanie, bo zawsze, kiedy spał, pisałam notki albo zaglądałam do Was :) Ale za to na inne rzeczy ma więcej czasu, bo jak Wiking nie śpi, to zwykle przez dłuższy czas zajmuje się sobą i bawi się sam, a ja go tylko doglądam i mogę zajmować się też swoimi sprawami. Poza właśnie pracą na komputerze, bo laptop za bardzo go kusi :) Ten brak drzemek jednak mnie nie martwi, bo widocznie nie są one Wikingowi potrzebne - nie marudzi i jest w dobrym humorze. Cóż, szkoda mu czasu na spanie - skąd ja to znam? :) Też wolę się zajmować innymi sprawami zamiast spać w dzień ;)

Nadal jest drobniutki :) Dwa tygodnie temu ważył 6795 kg i chociaż to naprawdę mało jak na dziewięciomiesięczne dziecko, to lekarze nie mają zastrzeżeń, bo przyrost w stosunku do wcześniejszego ważenia miesiąc wcześniej był duży. Ubranka nosi w rozmiarze 68. Je coraz chętniej i coraz bardziej interesuje się jedzeniem. Karmimy go chyba na wszystkie możliwe sposoby ;) Ostatnio nastąpił swego rodzaju przełom i widać, że bardziej polubił metodę BLW (no w zasadzie u nas to jest coś a'la BLW, bo nie stosujemy się do wszystkich reguł, kiedyś napiszę notkę na ten temat, jak mi starczy czasu :P) Dużo chętniej bierze do buzi kawałki jedzenia i świetnie sobie z nimi radzi, coraz więcej ląduje u niego w żołądku ;) Mimo, że ciągle nie ma zębów! Ale byliśmy jakiś czas temu u ortodonty (z innego powodu- i tym samym skończyliśmy chyba nasz rajd po lekarzach, Wiking jest zdrów jak ryba ;)) i przy okazji zapytałam o brak zębów. Pani doktor potwierdziła, że Wiking ma jeszcze czas i powiedziała, że naprawdę jest tak, że im później dzieciom rosną zęby tym lepiej, bo są bardziej zmineralizowane, a tym samym mocniejsze. Myślałam, że to tylko plotki lub niesprawdzone teorie, a jednak okazało się, że naprawdę tak jest. No byle by mu do lutego te zęby jednak wyrosły, bo jeśli nie, to będziemy się musieli zacząć martwić.

Już ostatnio to pisałam, ale Wiking naprawdę jest kochany ;) Z miesiąca na miesiąc jest coraz lepszy i zawsze myślę sobie, że już jest dobrze, że już taki może zostać. Zresztą wydaje mi się, że już lepszy być nie może, a okazuje się, że jednak może :P Teraz śpi sobie słodziak w łóżeczku (jakby na przekór temu, co napisałam o drzemkach :P) i zastanawiam się, czy zdążymy na nasze spotkanie klubu kangura... :)
 W każdym razie teraz nawet jak marudzi, to można go szybko czymś zainteresować, pobawić się z nim, a on ma frajdę z drobiazgów. Czasami oczywiście muszę się trochę poświęcić i na przykład pozwolić mu wywalić całą zawartość szuflady na podłogę, co skutkuje bałaganem totalnym... Ale nie mam serca mu tego zabraniać, bo tak słodko wygląda, kiedy tak wyciąga pojedynczo każdą rzecz i ogląda ją ze wszystkich stron :) A jeszcze słodszy widok to ten, kiedy jakaś zabawka mu wpadnie pod fotel. Jest na tyle sprawny i sprytny, że potrafi ją sobie sam wyciągnąć. Wygląda jak taka miniaturka człowieka, kiedy się kładzie z buzią na podłodze i wyciąga rączkę pod fotel. Rośnie nam maluch, rośnie i potrafi już naprawdę coraz więcej.
***
Ostatnio gotowałam kompot i ponieważ za chwilę potrzebowałam garnka, przelałam napój od razu do szklanek. I tak rozczulił mnie ten widok, bo uświadomiłam sobie, że teraz już wszystko będziemy dzielić nie na dwa, a trzy...