*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 23 grudnia 2015

Refleksja o umiejętności zwalniania i o zarządzaniu czasem :)

Chyba trochę zwalniam. A jeszcze wczoraj wydawało mi się to niemożliwe!  Od prawie miesiąca piszę Wam ciągle o tym, jak to grudzień u mnie zabiegany. Ano piszę, bo tak właśnie jest :) Ciągle coś robię, próbuję coś dogonić, zajmuję się jedną sprawą, a w głowie już mam kilka innych, które czekają na załatwienie. Bo już taka jestem, że wraz z końcem roku lubię sobie pozamykać wszystko, co się da. Sama siebie potrafię zmobilizować i konsekwentnie dążę do celu. To bywa trochę denerwujące, bo nie odpuszczam, ale w gruncie rzeczy lubię w sobie tę cechę, zwłaszcza, kiedy widzę efekty.

Wczoraj rano myślałam, że jestem ostatnio w wiecznym niedoczasie i że na ten świąteczny czas powinnam trochę zwolnić, zatrzymać się i odsapnąć, a ja nie potrafię! Bo jak tu siedzieć spokojnie, kiedy tyle rzeczy do zrobienia (i bynajmniej nie miałam na myśli spraw typowo związanych ze świętowaniem)? Ale wyszłam na spacer, włączyłam tryb intensywnego myślenia i planowania w głowie, i chyba mi się udało. Wieczorem część spraw sobie nadrobiłam, resztę uporządkowałam i kładłam się już z poczuciem kontroli nad swoim czasem. Zostało mi to do dziś.Od razu mi lepiej. Bo jednak czas świąteczny nie powinien wiązać się z wieczną gonitwą i nadrabianiem tego, na co wcześniej czasu ciągle nie było. Owszem, postanowiłam sobie, że do końca tego roku uporam się z kilkoma drobiazgami, ale nie może się to odbywać kosztem świątecznej atmosfery.

Być może znowu Wam się wyda, że piszę enigmatycznie i unikami, ale wierzcie mi, że żadna tajemnica się za tym nie kryje :) Po prostu nie chce mi się wchodzić w szczegóły tego wszystkiego, czym ostatnio się zajmuję :) Chodzi o drobiazgi i o to, że robię porządki w życiu i w swojej głowie - na tyle, na ile się da. Lubię po prostu wraz z końcem roku pokusić się o taki mały remanent. Pewnie gdybym zaczęła szczegółowo wymieniać, na co mi tak ciągle czasu brakuje, to byście mnie wyśmiały, że się w ogóle tym zajmuję :P Ale właśnie o to chodzi, że zazwyczaj jeśli chodzi o sprawy fundamentalne to sobie z nimi radzę, czasu brakuje mi na zajęcie się wszystkimi wypełniaczami, którymi bym chciała - ale może jeśli uda mi się zrealizować większą część zamierzeń, to się z Wami podzielę tą radością.

Wiecie, że kiedy teraz czytam jakieś notki sprzed paru lat to przecieram oczy ze zdumienia - bo na przykład czytam, że wróciłam z pracy i mam labę - kładę się na kanapie z książką i czytam. Albo zakopuję się pod kocem z czasopismami językowymi i uczę się słówek. Albo siedzę przed komputerem i oglądam jakiś serial, szydełkując. I że cały weekend spędziłam na robieniu tego, co sprawia mi przyjemność. Niby to wszystko teraz też robię, ale w głowie mi się nie mieści, że ja kiedyś mogłam na to poświęcić niemal tyle czasu, ile chciałam! :) Jednak życie po dziecku się zmienia (na szczęście nigdy nie twierdziłam, że jest inaczej :P bo musiałabym teraz odszczekiwać) i jednak przy dziecku człowiek uczy się jeszcze lepiej gospodarować czasem. Aż się sobie dziwię, że kiedyś wydawało mi się, że to działa u mnie bez zarzutu :D Niemniej jednak żal trochę tego, co było. Kiedy czytam te wspomniane wcześniej wpisy, to czuję czasami ukłucie tęsknoty za tym, co było- takie to było oczywiste dla mnie, że jesteśmy tylko we dwoje i swobodnie dysponujemy swoim czasem. Trudno mi w to teraz uwierzyć, bo prawie nie pamiętam tamtego życia :P Nie umiem sobie teraz wyobrazić innego funkcjonowania - tego wplatania przyjemności między jeden a drugi obowiązek, godzenia wszystkich czynności ze sobą. Bez Wikinga byłoby dziwnie, nie chciałabym już tego, może nawet nie umiałaby... Chociaż pewnie nie pogniewałabym się, gdybym tak dostała jeden taki dzień do swojej dyspozycji - rzecz jasna z adnotacją, że to tylko chwilowe ;)
Ale nie narzekam, ja i tak jestem zadowolona z siebie i swoich działań. Myślę, że całkiem nieźle idzie mi łączenie przyjemnego z pożytecznym. Jasne, że nie na wszystko mi wystarcza czasu, ale zawsze tak było. Taka to już przypadłość osób, które się nie potrafią nudzić, myślę, że większość z Was wie, co mam na myśli :)

I tym sposobem popłynęłam sobie dygresją o tym, jak to czasy się zmieniają i jak się człowiek do nich doskonale dostosowuje. I tylko natura świata ciągle niezmienna, i znowu mamy święta, i znowu koniec roku a nowy za pasem.

Właściwie to nie wiem, czy to już czas na życzenia świąteczne? Może tu jeszcze wrócę jutro chociaż na chwilę, żeby się podzielić z Wami wirtualnym opłatkiem w tę pierwszą Wigilię, która w naszym domu będzie już czteropokoleniowa... Ale gdyby mi się to nie udało:

Życzę Wam zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Brzmi banalnie, ale pomyślcie, jak źle byłoby, gdyby zabrakło tego zdrowia, spokoju i radości. Więc niech sobie będzie banalnie, grunt, że ze szczerego serca Wam tego życzę. Niech te dni będą spędzone w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Życzę Wam, abyście umiały właśnie zwolnić i skupić się na tym czasie, który teraz został nam dany.

wtorek, 22 grudnia 2015

Teoretycznie o pracy.

Święta tuż, tuż, a ja mam tyle tematów nieświątecznych. Wolę jednak pisać o tym póki mam jeszcze (w miarę czas), bo obawiam się, że później będzie z tym dużo gorzej.
O niani już było, teraz jeszcze może trochę o pracy, chociaż póki co, wszystko będzie raczej teoretyzowaniem.
Wiecie, że poza tą jedną firmą, nikt więcej się do mnie nie odezwał, a CV trochę w ciągu tamtego tygodnia między 2 a 10 grudnia wysłałam. I teraz się zastanawiam, czy ja jestem taka - przepraszam za wyrażenie - zajebista, że za pierwszym podejściem mi się udało, czy wręcz przeciwnie - taka beznadziejna, że nikt nie ma ochoty nawet zaprosić mnie na rozmowę. Nie żebym zaraz korzystała, ale jednak :) Cała sytuacja pokazuje absurdy związane z szukaniem pracy, bo wyobraźcie sobie, że oferta z mojej przyszłej firmy pojawiła się 3 grudnia. Tak wyszło, że od razu wysłałam aplikację, już tydzień później przeprowadzili rozmowę kwalifikacyjną z ostatnim kandydatem na stanowisko, czyli ze mną, a już po weekendzie poinformowali mnie, że chcą mnie zatrudnić. Tymczasem ogłoszenie na portalu nadal wisi z adnotacją, że ważne będzie jeszcze przez 11 dni... Przypuszczam, że po prostu musieli się na początku zadeklarować, ile czasu będzie trwała rekrutacja, a może nie spodziewali się, że tak szybko im pójdzie... W każdym razie, zastanawiam się wobec tego, na ile ofert, które są już dawno nieaktualne powysyłałam aplikację?? Zważywszy na fakt, że odpowiadałam często na ogłoszenia, które miały jeszcze tylko kilka dni do upływu terminu ważności (zakładając, że dopiero wtedy rozpocznie się właściwa rekrutacja), pewnie na sporo...

Cóż, w tej chwili myślę sobie, że tak po prostu widocznie miało być, bo jak niby to wszystko inaczej wytłumaczyć? :) Tydzień i po wszystkim. Kiedy wybierałam się na tamtą rozmowę, czułam się trochę podekscytowana, ale przyznam Wam uczciwie, że przede wszystkim myślałam sobie o tym, że fajnie będzie, że pojadę komunikacją miejską, bo przynajmniej sobie książkę poczytam :P I bardziej całe to przedsięwzięcie traktowałam jako takie swoje wychodne niż poważną sprawę. Jasne, że odczuwałam powagę sytuacji, nawet sobie specjalnie nową koszulę kupiłam, bo dzień wcześniej zrobiłam przegląd garderoby i okazało się, że większość eleganckich ciuchów na mnie wisi albo jest już zniszczona. :) Ale raczej podchodziłam do tego tak, że jeszcze sobie na te rozmowy pochodzę, więc od czegoś trzeba zacząć, żeby trochę się rozkręcić.
W ogóle to zaczęłam od wtopy :/ Weszłam do biurowca, a tu recepcja. I to nie recepcja tej firmy, tylko taka ogólna, bo firm w wieżowcu sporo. Żeby wejść musiałam pokazać dokument ze zdjęciem i co się okazało?? Zostawiłam portfel z dokumentami w torbie przy wózku! Normalnie wtopa na całego i doskonale obrazuje to jaka jestem, czyli roztrzepana jak jajecznica... Musiałam dzwonić do kobiety, która się ze mną na rozmowę umawiała i prosić ją, żeby dzwoniła do recepcji i się za mną wstawiała... Głupio mi było, ale stwierdziłam, że skoro już się stało, to po prostu przeproszę i ani nie będę udawać, że to nie miało miejsca, ani za bardzo tego nie będę przeżywać. Cóż, chyba obrałam dobrą strategię, okazało się, że brak dokumentów na wstępie mnie nie zdyskwalifikował :)

Cała rozmowa była dość przyjemna. O dziwo, w ogóle się nie stresowałam, gładko odpowiadałam na pytania, nawet dotyczące hipotetycznych sytuacji. Jedyne z czym miałam problem to odpowiedź na pytanie czego nie lubiłam w poprzedniej pracy! Musiałam coś wymyślić, bo na pewno by mi nie uwierzyli, gdybym powiedziała, że niczego :P Ze spotkania wyszłam w całkiem dobrym nastroju, prawdę mówiąc wiedziałam, że poszło mi całkiem nieźle, ale nie nastawiłam się na nic, bo chociaż czułam, że w dużej mierze zrobiłam dobre wrażenie i moje doświadczenie i umiejętności zostały zauważone, to doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że czasami decydują niuanse. Mogło się im nie spodobać nawet to, że trzymałam nogę na nogę na przykład albo odgarniałam włosy prawą ręką :) Ale skłamałabym, gdybym tak zupełnie nadziei nie miała... Prawdę mówiąc, to wydaje mi się, że miałam jakieś przeczucia - zwłaszcza, że powiedzieli, że odezwą się we wtorek, a ja w poniedziałek cały dzień czekałam na informację. Uciekałam od tych swoich myśli i nadziei, bo bałam się rozczarowania i nie chciałam się nastawiać. Kiedy w poniedziałkowy wieczór zobaczyłam, kto do mnie dzwoni, serce mi stanęło. A kiedy usłyszałam, że pani z kadr i szefowa działu bardzo chciałyby ze mną współpracować, podskoczyło z radości :) To są takie chwile, kiedy człowiek jest naprawdę z siebie zadowolony. Byłam dumna, że udało mi się to osiągnąć bez niczyjej pomocy.

Jak już wspominałam, zaczynam 11 stycznia. To będzie nowe stanowisko i jestem go bardzo ciekawa. Opis w ogłoszeniu i to, co usłyszałam na rozmowie brzmiało całkiem ciekawie. To będzie w dużej mierze coś innego, niż dotychczas robiłam, zupełnie inna branża. Ale z drugiej strony będzie to takie połączenie tego wszystkiego, czym się dotychczas zajmowałam. Cieszę się, że znowu się czegoś nowego nauczę i prawdę mówiąc obawiam się, czy sobie poradzę. Najpierw będę miała trzymiesięczny okres próbny i bardzo się boję, czy temu sprostam... 
Jestem teraz pozytywnie nastawiona, cieszę się, że tak sprawnie mi poszło ze znalezieniem tej pracy i że będę miała spokojne święta, bez martwienia się o brak zatrudnienia. Cieszę się też, że przede mną otwierają się nowe perspektywy. Ale jednocześnie boję się tego nowego - wiem, że moja poprzednia praca to była praca idealna i takiej już nigdy nie będę miała :) O takich warunkach i komforcie mogę sobie pomarzyć, bo to było nietypowe. Ale byłabym zadowolona choćby z tego, gdybym miała w nowej pracy przyjemną atmosferę, sympatycznych współpracowników i miłą szefową. Gdyby okazało się, że nowe obowiązki są ciekawe i dają mi satysfakcję, ale jednocześnie, że radzę sobie z nimi sprawnie. Gdybym miała otwartą drogę do tego, żeby w miarę potrzeby się rozwijać, ale by praca ta nie była wykańczająco stresująca i żebym była w stanie godzić ją spokojnie z moim życiem prywatnym. Tego bym sobie życzyła. Bardzo chciałabym, żeby i tym razem poszczęściło mi się, jeśli chodzi o pracę.

Na razie jeszcze za wiele nie myślę o tym, co będzie za trzy tygodnie. Chociaż oczywiście pełna jestem najróżniejszych emocji. Ale na tę chwilę jeszcze delektuję się samą myślą, że zostałam doceniona i że jednak Ktoś nade mną czuwał, że tak mi się wszystko poukładało. W takich chwilach trudno mi nie myśleć o wielu minionych miesiącach i o tym, że jednak los wiedział chyba co robi, nawet kiedy wydawało mi się, że jego celem jest tylko mi dokopać.
Obym się nie przeliczyła z tymi moimi refleksjami :))

A o samej pracy pewnie jeszcze będzie więcej, kiedy już będę wiedziała, co ja tam konkretnie będę robić i czy mi się to podoba :) Na razie wiem, ze to połączenie administracji biurowej i logistyki, czyli coś, co bardzo lubię, ale jak to będzie wyglądało w praktyce, to się dopiero okaże. Nie jest to stanowisko kierownicze, ale też nie asystenckie. Mam nadzieję, że sprostam nie tylko nowej pracy, ale też nowej rzeczywistości, która będzie na mnie czekać.