*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 8 lipca 2016

Nasz półtoraroczniak :)

Będzie dzisiaj wreszcie o Wikingu ;) 
Fakt, że wczoraj skończył on 18 miesięcy, jest dla mnie dodatkowym motywatorem. Chociaż muszę przyznać, że odkąd skończył roczek, nagle przestałam liczyć minione miesiące. Kiedy ktoś pytał, ile ma moje dziecko, musiałam się chwilę zastanowić :) A zazwyczaj i tak odpowiadałam że "niedawno skończył rok" lub "wkrótce będzie miał półtora". 

Przedwczoraj byliśmy na ostatnim szczepieniu - tzn. ostatnim w tym okresie, następne dopiero za parę lat. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Wiking waży 10,1 kg i mierzy 80 cm, co oznacza, że wreszcie wskoczył w siatkę centylową, bo dotychczas był ciągle poniżej :P

Tak naprawdę pewnie nie da się napisać jednej notki na temat postępów naszego synka i tego, jaki jest, zwłaszcza po takim czasie. Ale postaram się chociaż skrótowo opowiedzieć o tym, co najbardziej dla nas istotne.
Przede wszystkim, nie mogę nadziwić się temu, jak dużo takie dziecko rozumie i ile potrafi. A właściwie, że rozumie absolutnie wszystko! Czasami go testuję i mówię coś, będąc pewna, że nie będzie wiedział o co chodzi, a potem zbieram szczękę z podłogi, kiedy Wiking na przykład wykonuje bezbłędnie jakieś moje absurdalne polecenie :P
Jest bardzo samodzielny. Wszystko chce robić sam. Wyrzucanie pieluch do śmieci to już naprawdę drobiazg, przy całej reszcie. Wystarczy, że powiem, że wychodzimy i trzeba ubrać spodenki, a on już leci do pokoju, otwiera szufladę, wyciąga swoje ubranie i próbuje je założyć. Ale, że nie bardzo mu to jeszcze wychodzi - bo na przykład wie, że bluzkę trzeba przyłożyć do głowy, żeby ją założyć, ale już nie bardzo kojarzy, że trzeba znaleźć "dziurę", żeby tę głowę włożyć, ostatecznie podchodzi do mnie i cierpliwie się ubiera. (Chociaż lubi też być przekorny i jak widzi, że chcemy go ubrać, to z radosnym piskiem przed nami ucieka). Tak samo jest z pieluchą - wyjmuje ją i przykłada sobie do pupy. Na hasło "idziemy się myć" biegnie do łazienki, szykuje swoją wanienkę i zaczyna się rozbierać. Podobnie jest z jedzeniem - sam wchodzi na swój fotelik do karmienia, albo siada przy swoim małym plastykowym stoliku. Bywa, że jest oburzony, kiedy próbujemy go karmić - chce sam i już! A najlepiej to żadnymi plastykowymi szućcami tylko "prawdziwym" widelcem albo łyżką. 
Pewnego poranka krzątałam się w kuchni, a Wiking, jak ma to w swoim zwyczaju, plątał mi się pod nogami. Otwierał szafki, zaglądał do szuflad, wyciągał swoje słoiczki z jedzeniem, które trzymamy w razie awaryjnych sytuacji itp. W pewnym momencie zniknął - poszedł do pokoju i przez chwilę słyszałam jego stękanie - co oznaczało, że się z czymś siłuje. Po chwili zaczął mnie wołać. Weszłam do pokoju, a moim oczom ukazał się taki oto widok - Wiking siedzi w swoim foteliku do karmienia a na stoliku obok leżą przygotowane przez niego łyżeczka i słoiczek z kaszką!!! I cóż mi pozostało? Musiałam rzucić wszystko i nakarmić go tym, czego sobie zażyczył :P Z jedzeniem to jeszcze nie koniec, bo kiedy Wiking skończy jeść, to bierze swoją miseczkę, odnosi ją do kuchni i wrzuca do zlewu, pojęcia nie mam skąd mu się to wzięło. (Musimy też pilnować się, żeby nie zostawiać gdzieś w pokoju na stole szklanek, bo te też Wiking od razu sprząta i wrzuca do zlewu. Cud że jeszcze żadna się nie stłukła :)) W ogóle to ma chyba zadatki na pedanta, bo kiedy je sam i nabrudzi, to po odniesieniu miseczki leci po ścierkę albo ręcznik papierowy i wyciera stół i podłogę! Albo od razu chwyta za odkurzacz. Tak, tak, odkurza już sam. Na hasło "sprzątamy", wyciąga odkurzacz i czeka aż go podłączymy. A potem spróbuj tylko rodzicu chwycić za rurę samemu! Owszem, czasami możesz pokazać Wikingowi, w którym miejscu należy się przyłożyć, ale samą czynność wykonuje on. Nawet dywany podnosi i pod nimi odkurza... Kiedy idziemy na jakieś zajęcia, to zazwyczaj dzieciaki nie chcą oddawać akcesoriów, którymi się bawią, a Wiking na odwrót - zanim się jeszcze zabawa skończy, już chodzi po sali i zbiera zabawki :) Wrzuca je do kosza a potem kosz odstawia na miejsce. Wszyscy się śmieją, że muszę mieć w domu nie lada pomocnika. I tak rzeczywiście jest. Kiedy zmywamy, Wikuś przysuwa sobie krzesełko i staje obok nas, kiedy się pakujemy np. na wyjazdowy weekend, to on wrzuca swoje ubranka do walizki. W ogóle uwielbia być potrzebny i czeka, aż zlecimy mu jakieś drobne zadania, które z chęcią wykonuje.

Niania czasami mówi, że Wiking jest książkowym dzieckiem, co nas oczywiście bardzo dziwi, bo mamy jeszcze w pamięci te pierwsze - bardzo nieksiążkowe :P miesiące. Ale fakt, że warto było przetrwać ten pierwszy trudny okres, żeby doczekać się teraz takiego ułożonego synka. Oczywiście nie mam złudzeń, że tak pozostanie zawsze, na pewno jeszcze niejeden gorszy czas przed nami, ale wszystko pewnie jest do przejścia. A tymczasem cieszymy się tym, że synek nam bez problemu wszystko je - chociaż najbardziej lubi podjadać nam z talerza. A przede wszystkim tym, że zwykle nie ma kłopotów z zasypianiem. W ciągu dnia ma tylko jedną około dwugodzinną drzemkę i przeważnie odbywa się to tak, że kiedy zaczyna trochę marudzić, pytamy go, czy chce mu się spać. Kiwa głową, że tak i biegnie do łóżeczka. Łóżeczko stoi przy ścianie i od tej strony ma wyciągnięte szczebelki. Wiking odsuwa więc sobie to łóżeczko, wchodzi do niego i czeka aż je zasuniemy z powrotem. A potem - kładzie się, przykrywa kołderką i albo czeka na porcję mleka, albo... po prostu zasypia. Wieczorami różnie bywa - kładziemy go między 19 a 20. Zwykle zasypia po wypiciu mleka, ale czasami, kiedy jest mniej zmęczony, ma jeszcze ochotę chwilę pobrykać. Przytulamy się wtedy, śpiewam mu albo coś czytam. A niekiedy podaję mu książeczkę do łóżeczka, którą sobie sam przegląda. Bywa, że najlepiej, kiedy wyjdę po prostu z pokoju, bo kiedy siedzę obok, Wiking jest cały czas zainteresowany moją osobą, a gdy mnie nie ma, po jakimś czasie po prostu zasypia. 
Mniej więcej od pół roku w większości przesypia noce w całości, o czym chyba już Wam wspominałam. Bardzo rzadko zdarza się, żeby się budził, chociaż mieliśmy ze dwa takie dwutygodniowe okresy, kiedy pobudki się zdarzały. Do dziś nie wiemy, co było ich przyczyną, chociaż zastanawiam się, czy to nie wyżynające się trzonowce, które pojawiły się ni stąd ni zowąd ;) Ale muszę przyznać, że do dzisiaj jest mi bardzo dziwnie, kiedy budzę się rano po całkowicie przespanej nocy - po prostu nie czuję, że spałam :D Nocne pobudki powodowały, że byłam bardziej świadoma samej czynności snu :) No i muszę przyznać, że czasami wolę, kiedy Wiking obudzi się w nocy i poprosi o mleko, bo wtedy śpi nieco dłużej - mniej więcej do siódmej. Dzięki temu mogę wstać i w spokoju przygotować się do pracy. Kiedy tej nocnej pobudki nie ma, to przeważnie synek tuż po szóstej jest już na nogach, wychodzi z łóżeczka i przynosi mi kapcie do łóżka, co ma być dla mnie jednoznacznym sygnałem, że koniec spania. 

Wikuś w dalszym ciągu jest bardzo pogodny i śmiały. Nie boi się obcych, chętnie bawi się z innymi dziećmi. Naprawdę nie możemy na niego narzekać, bo nie sprawia nam większych problemów. Oczywiście nie jest aniołkiem, bo swoje wady też ma, jak każdy :) Na pewno jest potwornie uparty i nie znosi słowa "nie". Mamy już za sobą kilka zupełnie nieuzasadnionych histerii domowych. Co prawda nie było leżenia na podłodze, ale tupanie i owszem. 
Poza tym niestety nie bardzo idzie nam odpieluchowywanie. Był już czas kiedy Wiking bardzo ładnie siadał na nocniku, ale ostatnio mu się odwidziało. Nie chce i złości się, kiedy proponujemy mu, żeby usiadł na nocnik. Czasami udaje się go na to namówić, ale nie robimy tego na siłę. Tutaj chyba jednak przed nami jeszcze długa droga, bo chociaż Wikuś doskonale wie, do czego służy nocnik oraz papier toaletowy, i mimo, że często biega w samych majteczkach i kiedy się zesika, to od razu nas woła i pokazuje miejsce, które zmoczył (a czasami oczywiście od razu je chce wycierać), to nie potrafi jeszcze sygnalizować tego przed faktem, no i właśnie ostatnio jest w ogóle niezbyt chętny do tego, żeby na tym nocniku siedzieć.

Taki to właśnie jest ten nasz półtoraroczny synuś ;) Naprawdę daje nam dużo radości. Czasami oczywiście bywa męczący, bywa, że ma gorsze dni, kiedy to się wścieka i sporo marudzi, charakterek  to on ma ;) Ale zdecydowanie nie mamy na co narzekać.

czwartek, 30 czerwca 2016

Kolejne podejście :)

Ostatnio być może trochę mniej kolorowo jest, ale bynajmniej nie dlatego, że coś się zmieniło. Po prostu często ilość i jakość problemów nie jest bezpośrednim źródłem naszego samopoczucia.  Źródłem tym jest sposób, w jaki pozwalamy im wpływać na nasze życie :) Niby takie oczywiste i proste, ale jednocześnie jakże skomplikowane. 
W każdym razie ostatnio pozwoliłam różnym dokuczliwym drobiazgom nieco za bardzo na mnie wpłynąć i miałam parę gorszych chwil, ale na szczęście były to tylko chwile. Problemy są i będą. Durni i chamscy ludzie niestety też, i czasami trzeba po prostu się z tym pogodzić, bo jak to mawia mój kolega z pracy - nie wygrasz z nimi, bo najpierw Cię ściągną do swojego poziomu, a potem pokonają doświadczeniem. Coś w tym jest. To tak, jak ze złośliwcami w sieci :)
W każdym razie na razie się nadal jest mi całkiem dobrze i pomimo tych gorszych momentów, wciąż czuję że żyję. A może właśnie nie pomimo, a dzięki nim, wszak życie to nie tylko cud, miód i orzeszki :)

I tylko ciągle z tym pisaniem mi nie po drodze - zresztą widzę, że nie tylko mi. Niemal każdy dzień zaczynam z myślą, że tym razem to już na pewno coś tu napiszę!... A potem zbliża się wieczór i znowu myślę sobie "jutro"... 
Ale za moment mamy lipiec, nowy miesiąc, nowy początek, może tym razem uda się bardziej... W dodatku to przecież mój ulubiony miesiąc. 
I następna notka już musi być koniecznie o Wikingu, bo ciągle sobie to obiecuję, a potem okazuje się, że mam za mało czasu, żeby napisać ją tak, jakbym chciała :)

Tymczasem delektuję się trwającym Euro. Pamiętacie chyba, że to obok Mundialu moja ulubiona impreza sportowa? :) Pomijam już to, że po raz pierwszy jestem świadkiem tego, że Polakom udało się zajść tak daleko. To taki dodatkowy smaczek, bo przecież i bez Polaków zawsze się emocjonowałam tymi rozgrywkami. Już chłopaki w pracy określili mnie mianem największej"kibicki" w firmie, chociaż zdaje się, że mam jakąś konkurencję :) Ale nie wiem, bo jakoś tak się składa, że więcej gadam tu z facetami, a więc i o piłce rozmawiam głównie z nimi.

W weekend pojechaliśmy sobie do Miasteczka. Mieliśmy tam okazję wybrać się na imprezę plenerową - moi rodzice chętnie zajęli się Wikingiem, mogliśmy więc hulać przez pół nocy. Franek wrócił o 2:00, moja siostra i ja, dopiero po 3:00 :D Ale bawiłam się świetnie, wytańczyłam się, spotkałam parę osób, których nie widziałam wieki całe... Tego mi było potrzeba. 

Napisałam tę notkę w niecałe dwadzieścia minut. Czyli to nie jest aż tak czasochłonne jak się zdaje.. No to dlaczego tak się zdaje.. Hmm?? :))