*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 6 stycznia 2009

Lepiej późno...

No dobra to ja też. Skuszę się na takie małe podsumowanko. Kiedyś to dopiero robiłam analizy… Kiedy jeszcze pisałam tradycyjne pamiętniki co roku w Sylwestra zamykałam się w pokoju i zapisywałam w ilu chłopakach się zakochałam w tym roku, notowałam ulubione piosenki, wybierałam wydarzenie roku, smutek roku, radość roku. I takie tam. Ale się skończyło. Może dlatego, że w Sylwestra zaczęłam wychodzić? A może z innego powodu.

W każdym razie rok był moim zdaniem bardzo udany. Co prawda nie zdarzyło się w nim nic wielkiego – chociażby w porównaniu z 2007, przełomowym rokiem, ale żyło mi się spokojnie, wygodnie i raczej wesoło. Oczywiście zdarzały się złe chwile, o czym dobrze wiecie, ale chyba nie było ich aż tak wiele. Był to rok, w którym poczułam, że już naprawdę jestem dorosła i niezależna. Dowiedziałam się, że potrafię doskonale łączyć ze sobą pracę – czasami nawet po dwanaście godzin – ze studiami. Nie stanowiło to dla mnie większego problemu, bo jestem systematyczna i potrafiłam zacząć uczyć się do kolokwium dwa tygodnie wcześniej. Do takich „większych” wydarzeń mogłabym zaliczyć oczywiście kupno samochodu. Oraz wyjazd w lutym na wakacje do Hiszpanii razem z Frankiem, który zupełnie sama zorganizowałam – od kupna biletów, po zorganizowanie planu podróży. W ciągu dziesięciu dni zjechaliśmy pół Hiszpanii – zwiedzając w dzień, podróżując w nocy. No i ten blog. To też w zasadzie większe wydarzenie :) Nie sądziłam, że tak długo wytrwam. Nie sądziłam, że ktoś będzie czytał moje wypociny. Ani że poznam tyle fajnych osób. I jeszcze jedna rzecz. Takie zamknięcie pewnego rozdziału z przeszłości, kiedy spotkałam moją dawną miłość i porozmawiałam z nim. Teraz jestem czysta. Nie mam niedokończonych spraw. Mogę iść do nieba :)

Oprócz tego, że świetnie udało mi się pogodzić pracę z nauką, za swój największy sukces w tym roku uważam chyba to, że schudłam 12 kg. Pewnego wiosennego dnia spojrzałam w lustro i stwierdziłam, że nie chcę tak wyglądać. Że źle się z tym czuję. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam ćwiczyć. I jeszcze tego samego dnia zaczęłam liczyć kalorie – wytrwale ważyłam wszystko, co zjadałam i obliczałam ile zjadłam, a ile spaliłam. I udało się. A od tamtej pory przytyłam tylko pół kilo. I to po świętach. A poza tym myślę, że to był rok dość rozrywkowy. No choćby te trzy wesela. I Sylwester, który mimo wszystko był jednym z lepszych, na jakich byłam.

Bo mnie się wydaje, że ja chyba nie mam w naturze narzekania. Martwię się na zapas – i owszem. Przejmuję się wszystkim dziesięć razy bardziej niż trzeba. Ale raczej staram się cieszyć z tego, co mam, bo przecież większość z tych rzeczy sama wybrałam, więc dlaczego miałabym podważać swoje własne decyzje? :) Nie jestem optymistką -  o, to na pewno nie. Raczej w genach od strony mamy przejęłam czarnowidztwo, ale to też nie wynika z pesymizmu i malkontenctwa tylko raczej z takiego bardzo realistycznego podejścia do życia. Lepiej się pozytywnie rozczarować nie? Poza tym to mam trochę pecha w życiu – w takich codziennych sytuacjach, ale nauczyłam się nie zwracać na niego uwagi. Tak to już jest, niektórzy mają trudniej, ale to ich nie zwalnia z tego, że o swoje muszą zawalczyć a potem mają prawo się z tego cieszyć ani nie upoważnia do tego, że mogą siedzieć i nic nie robić, bo przecież i tak im nic nie wyjdzie. A żeby nie było tak całkiem pozytywnie, to jako moją porażkę roku zakwalifikuję wizytę u wróżki!

Ostatnia rzecz. Last but not least chciałoby się powiedzieć… Franuś. No cóż, kolejny rok razem. I chyba jednak więcej dobrych chwil, bo jak sobie coś próbuję przypomnieć, to tylko te dobre rzeczy mi przychodzą do głowy. Poznaliśmy się pewnie jeszcze lepiej. Mamy jeszcze więcej wspólnych wspomnień. Kłóciliśmy się sporo – bo taką już mamy naturę, ale chyba jednak jakbym policzyła, to było więcej dni w zgodzie niż kłótni :) A tu rok się skończył, a nowy zaczął, takim dużym kryzysem… Nie chcę za dużo pisać na ten temat, żeby nie wyszło, że jestem jak chorągiewka na wietrze. Powiem tak – być może za parę dni, znowu będę płakać i zastanawiać się jaki ma sens to wszystko. Na chwilę obecną, widzę, że on się bardzo stara. Ja wiem, że go kocham i chciałabym z nim być. I tak mi podpowiada serce. A czasami, jak on wykręci jakiś numer, to mój rozum się wtrąca i podważa to wszystko… W każdym razie jakby nie było – nasz związek jest na cenzurowanym. Naprawdę postanowiłam się dokładnie przyjrzeć temu co robimy dobrze, co źle i zobaczyć co się da z tym zrobić. Ale jak się będę rozpływać nad tym, jaki to Franuś kochany, bo mi o szóstej rano w piętnastostopniowym mrozie leci po świeże bułki, mimo, że ma dzień wolny i mógłby spać, a za chwilę będę się wściekać, że znowu sobie poszedł z kolegami albo coś tam, to proszę mi nie mówić że jestem hipokrytką. Ja naprawdę jestem w stanie przeżywać szczerze dwie skrajne emocje w ciągu paru minut nawet.

No a miało być krótko!

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Mętlik w głowie

Dziękuję Wam wszystkim za ciepłe słowa. Kiedy się tak naprawdę źle czuję szukam kogoś z kim mogłabym o tym porozmawiać. Nie każdy się do tego akurat w danym momencie nadaje. I to naprawdę fajna rzecz, że mogę wejść tutaj i napisać chociaż te dwa zdania. A jeszcze lepsze jest to, że ktoś to przeczyta i jeszcze powie coś ciepłego… Dziękuję Wam.

Trochę się wczoraj załamałam. A właściwie w sobotę wieczorem. Jakoś tak wszystko na mnie spadło naraz. Właściwie nie wiem z czego to wynika, być może źle zinterpretowałam niektóre wydarzenia. Pomijam to, że popsułam sobie humor już na zajęciach, po rozmowie z promotorem, który cały czas powtarza, że przecież w maju mamy oddać dopiero plan pracy a obrona dopiero w lutym, więc mamy jeszcze duużo czasu. I nie interesuje go, że chciałabym już teraz zacząć czegoś szukać…

Ale tak naprawdę to wszystko przez tę sprawę z Frankiem. Zazdroszczę Wam, które napisałyście, że takiego Franka rozniosłybyście w pył po takim wybryku. Widzicie ja tak nie potrafię. A chwilami naprawdę bym chciała. Ale nie umiem. Owszem, byłam zła, ale jak z nim rozmawiałam, to widziałam, że mu zależy, że naprawdę mu przykro, że chce to naprawić. W piątek rozmawialiśmy i przystał na wszystkie moje warunki. Powiedziałam mu też, że daję mu rok. Za rok skończę studia i trzeba będzie pomyśleć o tym co dalej. Zostawiam sobie tę furtkę, bo jeśli by się okazało, że nam nie wyjdzie, nie wyobrażam sobie życia w Poznaniu. Być może będę musiałą wtedy wrócić do domu, chociaż tego też sobie nie wyobrażam… Daję mu rok i przez ten rok będę analizować wszystkie dobre i złe chwile w naszym związku. Dodałam jeszcze, że jeszcze jedno takie zostawienie mnie gdziekolwiek, kiedykolwiek, w jakichkolwiek okolicznościach i z jakiegokolwiek powodu będzie równoznaczne z zakończeniem naszego związku. Tyle teorii. Czas pokaże jak będzie z praktyką. 

W każdym razie w sobotę wieczorem Franek zrobił coś, co potraktowałam jako złamanie warunków naszej umowy. Być może zbyt pochopnie. Postanowiłam, że to już koniec. Nawet chciałam mu to napisać, ale stwierdziłam, że sms w takiej sprawie to byłaby dziecinada. Położyłam się spać. Nie odbierałam od niego telefonów. Nocy i tak nie przespałam. Na drugi dzień – same wiecie w jakim byłam nastroju. Na początku kiedy dzwonił nadal nie odbierałam, ale w końcu pękłam. Rozmowa była taka sobie. Nadal nie wiedziałam co robić i napisałam mu smsa, żeby się zastanowił czy to wszystko ma sens.  Mam nadzieję, że nie łamię tajemnicy korespondencji przytaczając mniej więcej jego odpowiedź: „Ciekaw jestem o co Ci chodzi (…) co ja Ci takiego zrobiłem (…) Masz do mnie pretensje nie wiem o co, fakt może nie przyjechałem o tej 21 a o 22 tylko, że telefon mi się rozładował i jadłem małą kolację dlatego dzwoniłem o 23 chcąc z Tobą porozmawiać i nawet myślałem jak to będzie fajnie razem się przytulić do siebie i zasnąć. No ale wyszło jak wyszło. Ty myślałaś o naszym związku, ja też. I myślę sobie, że z Tobą jestem najszczęśliwszy, mimo wszystkich naszych kryzysów. Nie zamieniłnym Ciebie na nic innego, bo Ciebie tylko kocham na tym świecie. Staram się kochanie i nie mów, że nie. Wczoraj chciałem z Tobą porozmawiać, ale to Ty zablokowałaś wejsćie więc nie możesz mieć do mnie wielkich pretensji(…)” On nie jest z reguły za bardzo wylewny, więc takie smsy od niego są rzadkością. Zmiękczyło mnie to trochę i zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę nie przesadziłam. Potem rozmawialiśmy jeszcze i właściwie doszliśmy do porozumienia…

Widzicie, bo problem tak naprawdę polega na tym, że ja nie do końca wiem co robić. Chcę z nim być, ale jest parę rzeczy, które mi w nim bardzo przeszkadzają. Pozostaje mi albo je olać, albo zaakceptować. Po tym wszystkim co powiedziała mi jego mama miałam mętlik w głowie. I do tej pory tak jest. Z jednej strony nie wyobrażam sobie bez niego życia, mamy wiele pięknych wspomnień i wspólnych planów na przyszłość. Wiem, że miłość polega również na kompromisie. Z drugiej strony on czasami nawet nie jest świadomy, że robi coś, co mi bardzo przeszkadza. A mnie się wydaje, że nie będę mogła żyć z nim, jeżeli dalej tak będzie postępował. Najgorsze jest to, że wiem, ze mu zależy. I tak ciężko to wszystko pogodzić. Bardzo możliwe, że czepiam się za bardzo – bo za bardzo chciałabym mieć go pod kontrolą. Chciałabym go nakręcić tak, żeby chodził po linii prostej i ani na moment nie zbaczał z wyznaczonego toru. Ale skoro już mam taki charakter, to czy kiedykolwiek będę potrafiła nie przejmować się tymi nawet drobnymi wyskokami… Które dla niego wyskokami nie są. A już zupełnie inną sprawą są akcje typu ta sylwestrowa, które są moim zdaniem niewybaczalne…
Czy ktoś coś z tego zrozumiał?