*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 1 maja 2009

Przyjaźń.

Temat rzeka. Ale postaram się nad nim za bardzo nie rozwodzić, żeby się nie zapętlić. Wasze (bardzo miłe zresztą) komentarze pod ostatnim postem skłoniły mnie do napisania o tym paru słów. 

Z Dorotą znamy się od pierwszego dnia liceum, ale nie będę teraz pisać o szczegółach, bo pisałam już o tym  w poście „Współlokatorka” . Jednak nie myślałam nigdy o relacji między nami jako przyjaźni. Głównie z  jednego powodu - nie bardzo w nią wierzę. To znaczy, do tematu przyjaźni, podchodzę trochę jak do tematu duchów:) Tyle o nich się mówi, tyle było filmów, świadectw ludzi, którzy mieli jakieś z nimi doświadczenia… Niby w nie nie wierzę, ale zawsze pozostawiam sobie jakiś margines wątpliwości:) Ale generalnie, nie sądzę, żebym miała z nimi jakieś doświadczenia.
Kiedyś strasznie się przejmowałam, tym, co myślą o mnie koleżanki, czy mnie akceptują i czy będę jedną z nich. Były dla mnie najważniejsze. W ogóle nie przyjmowałam do wiadomości słów moich bliskich, którzy mi powtarzali, że koleżanka jednego dnia jest, drugiego już jej nie ma i że w swoim życiu jeszcze wiele razy będę poznawać nowych i rozstawać się ze starymi znajomymi. Tak naprawdę zmądrzałam dopiero w liceum. Rzeczywiście z większością koleżanek z podstawówki i liceum, na których tak mi kiedyś zależało, w ogóle nie utrzymuję kontaktu. Nasze drogi zupełnie się rozeszły, mamy inne priorytety, często nie mamy nawet wspólnych tematów.

Na osobach, które kiedyś traktowałam jak „przyjaciółki” strasznie się zawiodłam. I to nie jeden raz. Minęło sporo czasu, zanim zrozumiałam, że przyjaźń nie polega na jednostronnej wymianie informacji, na zasadzie ona mówi a ja tylko słucham. Albo wręcz odwrotnie – ja się zwierzałam, a „przyjaciółka” nie chciała powiedzieć słowa o sobie. Wiele wody upłynęło, zanim skojarzyłam, że skoro „przyjaciółka” obrabia przy mnie tyłek swojej innej „przyjaciółce”, to pewnie o mnie też ma dużo do powiedzenia. Cóż, lepiej późno niż wcale. Grunt, że zrozumiałam i od tamtej pory nie staram się szukać w każdej serdecznej znajomej przyjaciółki. Ludzie przychodzą i odchodzą, nigdy nie wiadomo, z kim Cię zetknie lub rozdzieli los. Nie powiem, czasami brakuje mi „Kogoś”, ale jest wiele osób, które (tak myślę) są mi życzliwe i o których myślę serdecznie, więc przeważnie mi to wystarcza. Mam też pewną „bratnią duszę”, z którą niestety widuję się bardzo rzadko (ostatnio chyba ponad 3 lata temu), ale utrzymujemy kontakt ze sobą i zawsze wydawało mi się, że łączy nas coś niezwykłego.

A Dorota? Dorota ma wiele bardzo serdecznych koleżanek. Poza tym ma dwie przyjaciółki, z którymi przyjaźni się od jakichś sześciu lat i mimo, że studiują każda w innym mieście, rozrzucone po całej Polsce, cały czas są ze sobą blisko. Nawet nie wiem, czy Dorota miałaby miejsce na taką przyjaciółkę jak ja:) Nie mam odwagi nazywać tej więzi między nami przyjaźnią. Na pewno jest to coś ważnego i szczególnego. Coś, co bardzo wpłynęło na nasze życie. Razem się śmiałyśmy i płakałyśmy. Uczyłyśmy się i bawiłyśmy. Wyznawałyśmy sobie nie raz miłość, ale nigdy przyjaźń :)  Czas pokaże jak się to wszystko potoczy dalej. Oby „to” nam przetrwało, cokolwiek to jest.Ostatnio mam skłonność do przydługawych notek :) Ale to jest taki temat, o którym można powiedzieć wiele, a jednoczenie ciężko ubrać go w słowa. 
Na zakończenie jedna taka moja myśl: czasem mi się wydaje, że przyjaźń ma to do siebie, że jak się ją nazwie po imieniu, to znika…

czwartek, 30 kwietnia 2009

Dorosnąć...

Widzę po komentarzach, moje Drogie, że jednogłośnie orzekłyście, że najlepszym rozwiązaniem byłoby się jednak nie wyprowadzać… Cóż, mój zdrowy rozsądek też tak sądzi. Jeszcze nic nie zdecydowałyśmy, ale wygląda na to, że nasze drogi jednak się trochę rozejdą. Przynajmniej w kwestii mieszkaniowej. Ale mimo wszystko, strasznie będzie mi tego brakowało. 

W każdym razie dzisiaj już się tak nie dołuję. Zaczęłam szukać pozytywów. Na przykład przedwczoraj Dorota wróciła z imprezy po 2 i mnie obudziła. Już nie zasnęłam do rana niestety i byłam nieprzytomna cały dzień. Jak zostanę sama w pokoju, nie będzie już takiego problemu… 
A poza tym przeprowadziłyśmy wczoraj z Dorotą poważną rozmowę. O życiu. Okazało się, że nie tylko ja tak przeżywam całą sprawę z przeprowadzką i ryczę po kątach jak głupia, bo ona ma to samo. Płakała mamie trzy razy do telefonu. No tak, powinnam się była tego spodziewać, a niby dlaczego się tak dobrze rozumiemy? :) W każdym razie Dorota przynajmniej rozwiała moje wątpliwości, co do powodów jej chęci posiadania własnego pokoju. Prawda z tymi rzeczami i brakiem miejsca, ale głównie chodzi o to, że poczuła, że musi zrobić coś ze swoim życiem. Dołuje się tym brakiem zaczepienia i chce zmienić trochę swój tryb życia. Rozumiem ją, bo ja mam chociaż pracę i Franka, jej teraz nawet studia się skończyły… Do żadnych konkretnych rozwiązań nie doszłyśmy. Stwierdziłyśmy, że nawet jeśli zamieszkamy razem to i tak nie urządza nas to do końca, bo to będzie na chwilę. Ja potem będę kombinować coś z Frankiem, a ona w końcu będzie musiała przecież skończyć z tym studenckim życiem. No, ja zresztą też :) Zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie wynająć, albo nawet z pomocą rodziców, czy nie kupić kawalerki lub mieszkania… Bo jeśli nawet będzie szukać mieszkania z obcymi, to nie wie czy się z nimi dogada, a poza tym, to też będzie rozwiązanie chwilowe. Na razie nie postanowiłyśmy nic. Obiecałyśmy sobie tylko, że cokolwiek się nie zdarzy będziemy się spotykać na wspólne oglądanie You Can Dance, na zakupy, na picie, spanie u siebie, a jak się z Frankiem pokłócę to będę mogła do niej przyjść. Doszłyśmy do wniosku, ze nie możemy zmarnować naszej znajomości dziesięcioletniej, tym bardziej, że nie znamy innej „pary” podobnej nam, która by tak dobrze się rozumiała w kwestiach mieszkaniowych. Pięć lat w jednym pokoju. Robi wrażenie co?

Ostatni nasz wniosek jest dość prosty. Ktoś inny na naszym miejscu nie robiłby z igły wideł. Wyprowadziłby się i już. A my mamy problem, bo koniec wspólnego mieszkania, będzie oznaczało, że już naprawdę się postarzałyśmy. Koniec pewnego etapu w życiu. A co gorsza, że czas dorosnąć i zacząć myśleć poważnie… A tego chyba najbardziej się boimy. Prawda jest taka, że już dorosłam już parę lat temu, kiedy zaczęłam sama mieszkać, pracować, ale to cały czas było takie życie bez zobowiązań, chyba powoli nadchodzi czas na to, by coś zmienić.