*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 30 czerwca 2009

Koślawe dialogi

Nie wierzę. Normalnie nie wierzę. Napisałam taaką długą notkę. Klikam” publikuj” i wyświetla mi się „pracujesz w trybie offline” czy jakieś inne cholerstwo. I notkę wcięło. Nosz…. Ale nie poddam się. Jestem wykończona, więc nie będę pisać jeszcze raz. Tylko relacja w skrócie – z Frankiem doszliśmy wczoraj do porozumienia. Odbyliśmy bardzo miłą rozmowę, ale jesteśmy niewyspani, bo zarwaliśmy trochę nocy. Odbija nam trochę ze zmęczenia. Oto próbka naszych ambitnych rozmów:

Franek chce się napić mojej wody:
- Mogę się napić?
- Ale nie z butelki.
- To przynieś mi szklankę.
- … Dobra, napij się z tej butelki
- Przecież ty nieraz pijesz moją colę z butelki.
- To co innego, ty palisz a ja nie…


W łazience Franek mnie pyta:
- To Twoja szczotka?
- Już moja
- ???
- Była Doroty, ale wyciągnęłam ze śmietnika i już jest moja.

(Ze szczotką to było tak:
- Dorota, gdzie twoja okrągła szczotka?
- Yyyy, wyrzuciłam, a co?
- Oooo, szkoda, używałam jej.
- Kurczę, nie wiedziałam. Ale wyrzuciłam do kosza w łazience, nie w kuchni.
- Aa, czyli do odratowania.
I odratowałam :))

Franek leży na łóżku i się wygłupia. Zaczął wydawać z siebie jakieś dziwne odgłosy
- Przestań, bo napiszę na blogu, że chrumkasz.
- Aha, to teraz mnie będziesz szantażować?! To ja też założę bloga! A w ogóle co ty tam tak piszesz? Piszesz i piszesz.
- A takie tam.
- O mnie?
- Może ze dwa zdania…
- A o czym? O wczoraj? O przedwczoraj, że byłem niedobry? A może o dzisiaj?
- A dzisiaj co zrobiłeś?
- Kupę w majtki.   <Franek nalegał, żebym napisała, że to żart :))>

Rozmowa zeszła na hipotetyczny ślub. Nie wyobrażam sobie, że miałby być w Poznaniu. Tylko w Miasteczku, nie ma innej opcji.
- Małgosiu, ja rozumiem, tak tylko powiedziałem. Bo moja rodzina jest na miejscu, a twoja i tak będzie musiała dojechać, czy to do Poznania, czy do Miasteczka.
- To się twoja ruszy z Pyrlandii. W Miasteczku wszystkim gały muszą wyjść z orbit, jak zobaczą, że wychodzę za kogoś z wielkiego miasta.
- No dobrze, dobrze, ale…
- Ani słowa. Jak się nie podoba to możemy pójść na kompromis. Ty weźmiesz ślub w Poznaniu, ja w Miasteczku.
Chyba najwyższa pora iść spać. Nie sądzicie? :D

niedziela, 28 czerwca 2009

Chcecie poczytać o niczym?

Pewnie będę niezwykle oryginalna pisząc: jak to dobrze, że ten weekend się wreszcie skończył. Tak. Bo dawno nie miałam tak beznadziejnego, rozlazłego weekendu. Nic mi się nie układało tak jakbym chciała, a do tego nic mi się nie chciało Przeleciały mi te dwa dni i naprawdę nie wiem co robiła. I jeszcze z Frankiem się pokłóciłam. Niby nic poważnego, ale jestem na niego zła. A on się zachowuje jakby nigdy nic i to mnie wkurza jeszcze bardziej. Ok, niby dobrze, że nie mamy takich głupich kłótni trwających kilka dni, które kosztowałyby mnie pewnie dużo nerwów, ale z drugiej strony mam do niego o coś pretensję i wiem, że przejdzie mi pewnie za chwilę, ale jeśli o tym nie pogadam z nim, to sprawa i tak wróci za jakiś czas. 

Ale nieważne, bo miałam pisać o czymś innym. A mianowicie o beznadziejnym weekendzie. Przemilczę pogodę. Ale miałam wczoraj oddać indeksy do dziekanatu. Nigdy w sobotę mnie nie ma w Poznaniu, więc pomyślałam, że w końcu będzie okazja. Bo chciałam Was uświadomić, że nasz dziekanat dla studentów zaocznych jest tak genialnie obmyślony, że jest czynny od poniedziałku do piątku w godzinach 9-14, czyli wtedy, gdy studenci zaoczni pracują. Jakoś nikt nie wpadł na to, że przeważnie wybiera się zaoczne studia magisterskie uzupełniające, kiedy chce się iść do pracy. A w sobotę dziekanat jest czynny o godzinę krócej. No i pochrzaniło mi się. Przypomniałam sobie o tym fakcie za przysłowiowe pięć dwunasta. W tym przypadku za pięć pierwsza. I tak pojechałam do miasta, posnułam się i myślałam, że trochę czas zabiję, ale po czterdziestu minutach byłam już z powrotem. Czas między czternastą a dziewiętnastą to dla mnie czarna dziura. Nie wiem co robiłam, trochę podrzemałam, trochę poczytałam, trochę posprzątałam. Czyli generalnie nic nie zrobiłam. Postanowiłam sobie, że umilę sobie chociaż czas wieczorkiem. Zamówiłam sobie pizzę, otworzyłam winko jeszcze z paczki bożonarodzeniowej i włączyłam telewizor. 

Pizza okazała się z czarnymi oliwkami (jak mogłam nie powiedzieć, że chcę bez oliwek??) blee , wino miałam wypić całe, ale w połowie drogi przypomniało mi się, że po czerwonym winie nie mogę zasnąć, a film okazał się nudny jak flaki z olejem i jak się skończył, nie wiedziałam o co właściwie w nim chodziło. To tyle jeśli chodzi o mój milutki wieczór. 
Dzisiejszy dzień też cały przebimbałam. Nawet do Was nie pozaglądałam, bo byłam taka do niczego. W końcu po południu przyjechała z domu Dorota, wreszcie nie jestem sama :) Na kolację zjadłam dwa lody i popiłam Reddsem. Zaraz się położę i wreszcie wszystko wróci do normy. Nie, ja nie mogę mieć za dużo wolnego czasu.