*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Głupia jazda autobusem, a potrafiła przyprawić mnie o euforię
To był taki ciąg dalszych moich refleksji, które mnie nachodziły na
dworcu. Podczas pięciogodzinnej prawie podróży, czytałam, obserwowałam
zmieniający się za oknem krajobraz i sporo rozmyślałam – o sobie, o
życiu, o podróżach, o tym jak mi dobrze, że mam urlop i mogę sobie
gdzieś pojechać.
Po godzinie 19tej zaczęłam odczuwać znajome motyle w
brzuchu… Wiedziałam, że mam wysiąść ok 19:40, wiedziałam też, że w
Limerick. Problem w tym, że nie miałam wysiadać w centrum, a na kampusie
uniwersyteckim. No i skąd ja niby miałam wiedzieć, gdzie ten kampus
jest?
Opatrzność nade mną czuwała, bo przez szybę mignęła mi tabliczka z napisem University of Limerick. Teraz pozostawało mi tylko modlić się, żeby ktoś na tym przystanku oprócz mnie wysiadał. Wysiadał
I to naprawdę na moje szczęście… Wysiadłam, a po moich koleżankach,
które miały mnie odebrać, ani śladu. Nagle słyszę jakieś głosy za
autobusem, okazało się, że dziewczyny krzyczały do kierowcy, że w tym
autobusie ma być ich koleżanka. On im na to: „to szukajcie”, dziewczyny
już miały wsiadać i mnie wyciągać, kiedy zobaczyły, że sobie grzecznie
stoję na trawniku i czekam
Otóż,
największy problem z autobusami w Limerick był taki, że one nie zawsze
się zatrzymują na przystanku – bardzo często zatrzymują się tam, gdzie
poproszą ich o to pasażerowie. Dlatego dziewczyny biegały jak szalone po
całym kampusie i próbowały przewidzieć, gdzie też ten autobus może
sobie zrobić przystanek? Kto wie, czy jakby ktoś jeszcze oprócz mnie tam
nie wysiadał, to nie pojechałabym sobie dalej
Do Limerick co prawda, ale to był naprawdę spory kawałek od domu
dziewczyn. No ale wszystko się udało i przekrzykując się wzajemnie (jak
to baby, które się dawno nie widziały) ruszyłyśmy w stronę ich domu.
Wieczorem
oczywiście trajkotałyśmy do późna. Piękne to jest, że choć nie
widziałyśmy się sporo czasu, miałyśmy mnóstwo tematów do obgadania. A
najważniejsze, że czułam się z nimi zupełnie swobodnie – a wiecie jak to
czasami jest, jak się w gości jedzie… Jednak trzy lata studiów związały
nas dość mocno… Nie żebyśmy się zaraz przyjaźniły, ale miałyśmy tyle
wspólnych przeżyć – lepszych i gorszych chwil, że to wystarczyło.
Oczywiście trzeba było się trochę wysilić i przez kolejne trzy lata tę
więź pielęgnować (bo one wyjechały za granicę zaraz po licencjacie), ale
okazało się, że można pozostać blisko z kimś widując się z nim najwyżej
dwa razy w roku i wysyłając kilka maili. Po moim pobycie w Irlandii mam
wrażenie (i jednocześnie nadzieję, że tak będzie), że to już chyba jest
znajomość, która się utrzyma przez długie lata…
Wracając jednak do mojego urlopu. Kolejne dni były po prostu błogie
Nie da się ich opisać innym słowem
Dziewczyny lubiły długo spać, więc spałam w moim grajdołku razem
z nimi. Wiecie co? Nigdzie mi się chyba tak dobrze nie spało jak tam!
Zasypiałam zanim ktoś do trzech zdążył policzyć a budziłam się dopiero
rano, zupełnie wyspana. Zawsze kiedy jechałam na wakacje, bardzo lubiłam
zwiedzać. Tym razem głównym celem mojej podróży było spotkanie z
koleżankami, więc zwiedzanie odbyło się w dużo mniejszym zakresie.
Pojechałyśmy do Galway – podobno bardzo typowego irlandzkiego
miasteczka. Pogoda nam się cudnie na taką wycieczkę udała, bo słoneczko
świeciło przez cały dzień (ale to tylko dlatego, że wzięłyśmy dwa
gigantyczne parasole i musiałyśmy je nosić). Spacerowałyśmy sobie po
miasteczku i zwiedziłyśmy Subway’a, McDonalds’a (lody rzecz jasna;)),
kilka sklepów z pamiątkami, i z ciuchami też;) Ale żeby nie było,
zajrzałyśmy również do kilku kościołów, przeszłyśmy się zabytkowymi
uliczkami no i oczywiście spacerowałyśmy brzegiem oceanu a potem
skakałyśmy jak te kózki po trawniku, bo nam się tak zielono zrobiło
Ten dzień wspominam chyba najprzyjemniej – pewnie właśnie ze względu
na pogodę. Wieczorkiem usiadłyśmy przy stole, postawiłyśmy wino na stół i
rżnęłyśmy w remika do 3 nad ranem
Kolejny dzień już się nam tak nie udał – wyszłyśmy z domu a ponieważ
zapowiadała się ładna pogoda, a miałyśmy dość noszenia ciężkich
parasoli, odpuściłyśmy je sobie. No i co? No i oczywiście w połowie
drogi do miasta (w planie było zwiedzanie Limerick) złapała nas ulewa.
Prawie godzinę czekałyśmy pod drzewem aż przestanie padać i kiedy opady
trochę sie zmniejszyły, ruszyłyśmy dalej. Ale trochę straciłyśmy zapału
Zrobiłyśmy się głodne, zachciało nam się siku, było nam zimno, więc
tylko dla zasady obejrzałyśmy to, co ważniejsze w mieście (wierzę na
słowo dziewczynom, że za wiele ciekawego to tam nie ma ;)) i wróciłyśmy
do domu. Oczywiście z łupami
Franek zawsze się upomina o pamiątki, no to mu przywiozłam:
O sobie też nie zapomniałam:
Nic
nadzwyczajnego, zwykłe t-shirty, ale słuchajcie za te dwie koszulki
zapłaciłam 5 euro! Kurczę, kupiłabym sobie jeszcze z pięć takich (bo
były we wszystkich kolorach tęczy) i dla mamy i siostry też bym kupiła,
ale niestety, bałam się, że nie spakuję się z powrotem do mojej torby
(w odpowiedzi na niektóre komentarze, które już się pojawiły: koszulki nie są irlandzkie, bo nie miały takie być
Nie planowałam kupować żadnych pamiątek, a że trafiły się bluzeczki w takiej cenie, to się skusiłam ;))
Resztę
popołudnia spędziłyśmy w domu gadając (jakżeby inaczej) o wszystkim i o
niczym. Cały czas znajdowałam się w stanie głębokiej błogości
Cudnie mi było, że w ogóle nie muszę się liczyć z upływem czasu,
permanentnie nie wiedziałam, która jest godzina. W ogóle to mam
wrażenie, że czas tam płynie inaczej – niby tylko godzina różnicy, ale
jednak słońce ma zupełnie inną wysokość i przez to miałam zerową
orientację czasową
Nie myślałam o pracy, nie myślałam o nauce (a przecież na przykład
podczas zeszłorocznego urlopu w Londynie musiałam uczyć się słówek, bo
zaraz po powrocie miałam kolokwium), o żadnych obowiązkach. Do tego
jeszcze Franek mocno stęskniony wysyłał mi mnóstwo smsów. Żyć nie
umierać
Tak właśnie powinien wyglądać prawdziwy urlop. A żeby był już zupełnie
idealny, należało się jeszcze trochę zabawić. Miałyśmy wyjść wieczorem
na imprezę, ale wystąpiły pewne komplikacje…
Ostatecznie
z jedną sztuką bagażu podręcznego oraz kurtką przewieszoną przez ramię,
pod którą trzymałam reklamówkę z rumem, weszłam do autobusu, który
przewiózł nas przez terminal do samolotu, a następnie na pokład
samolotu. Mimo, że leciałam już kilka razy, nadal bardzo mi się to
podoba i robię wszystko, żeby usiąść przy oknie :)
Nie
musiałam się w zasadzie nawet specjalnie wysilać, bo mnóstwo miejsc
było jeszcze wolnych – w tym przy oknach. W ogóle sporo osób siada na
brzegu, wyraźnie manifestując tym samym (zwłaszcza, kiedy od razu
wyciąga czasopismo i nie zwraca uwagi na to, co się dzieje wokół) swe
obycie z lataniem :))) Piszę to zupełnie bez złośliwości, a nawet
śmiejąc się z siebie samej, że taki żółtodziób ze mnie, że ciągle przy
oknie chcę siedzieć i nawet dziecka nie chcę przepuścić
(nie było tak źle, ale o tym innym razem) No i jest jeszcze inna opcja
– na brzegu siadają osoby, które źle znoszą start, lądowanie a może i
sam lot. Ja natomiast przy starcie i lądowaniu czuję się świetnie. Wręcz
uwielbiam te momenty.
Punktualnie
o 11:25 samolot zaczął kołować i kierował się na pas startowy. W tym
czasie stewardessa wypowiada standardową formułkę dotyczącą
bezpieczeństwa i informacji technicznych. Po krótkiej chwili szum
silników staje się dużo głośniejszy a samolot się rozpędza. Uwielbiam
ten moment :)) Fakt, niektóre osoby mogą źle to znosić, bo zmienia się
ciśnienie a człowieka wciska w fotel
Można to zresztą porównać do tego, co odczuwa się na karuzeli albo
wysokiej huśtawce. Ja to uwielbiam. Aha, i zatykają się uszy – wiem, że
niektórzy bardzo tego nie lubią i nie potrafią sobie z tym radzić, ale
ja nie mam z tym żadnego problemu. Zdecydowanie start to najlepszy
moment całego lotu, zwłaszcza kiedy siedzę przy oknie i obserwuję, jak
oddalamy się od ziemi. Tym razem fotek nie cykałam, bo się nie chciałam
tak zupełnie wygłupić tą moją fascynacją
– wszyscy dookoła sprawiali wrażenie stałych bywalców samolotowych, więc nie chciałam robić za pierwszaka.
Po starcie jest już nudno
Zwłaszcza, że linie są tanie a lot krótki, więc nie miałam żadnych
atrakcji. To zresztą jest czas, kiedy ewentualnie mogę się gorzej czuć –
ciśnienie się zmienia i czasami boli mnie głowa i denerwuje mnie suche
powietrze. Pamiętam też, że jak leciałam kiedyś dwa razy wieczorem, to
bolały mnie nogi i trudno było mi wysiedzieć. Ale tym razem nie miałam
żadnych dolegliwości.
Po
około dwóch i pół godzinie rozpoczęła się procedura lądowania. To też
jest fajne, kiedy samolot zbliża się coraz bardziej do ziemi i w końcu
odczuwa się lekkie szarpnięcie i słyszy moment, kiedy koła dotykają
asfaltu na pasie startowym. Potem samolot gwałtownie zwalnia i przez
jakiś czas jeszcze kołuje. W tym momencie zawsze żałuję, że już po
wszystkim
Tym razem też tak było, ale czekało mnie jeszcze wiele emocji, więc się nie przejęłam specjalnie.
Od
razu skierowałam się do wyjścia. Jeszcze tylko trzeba było machnąć
facetowi w okienku dowodem osobistym i już byłam w Irlandii, a
konkretnie w Dublinie. (W zeszłym roku w Londynie tak łatwo nie było i
się nieźle wygłupiłam
ale to opowieść na inną okazję). Teraz musiałam znaleźć autobus, który
miał mnie zawieźć do Limerick. Tego bałam się najbardziej, bo chociaż
koleżanka wytłumaczyła mi mniej więcej co i jak, bałam się, że się nie
odnajdę. Wyszłam z lotniska i stanęłam, żeby się rozejrzeć. Pewnie
wyglądałam na nieco zagubioną, chociaż jeszcze nie zdążyłam się tak
poczuć
Bo od razu podszedł do mnie pan z obsługi i spytał, czy może mi w
czymś pomóc. Trochę mnie zaskoczył, bo owszem, zamierzałam spytać kogoś o
pomoc, ale nie zdążyłam się do tego przygotować i nawet nie zdążyłam
sprawdzić nazwy przewoźnika
Ostatecznie powiedziałam zamiast „Kavannagh and sons”,
”Kinleysomething and sons” :)) Ale gość był kumaty i sympatyczny i po
chwili już wiedziałam skąd mam odjazd.
Tyle,
że miałam jeszcze dwie godziny. Ale że się nudzić nie potrafię,
przycupnęłam sobie na ławeczce i rozmyślałam sobie jak to fajnie, ze
jestem sobie tak daleko od wszystkich przyziemnych spraw. Że mogę sobie
tak siedzieć i nie robić nic poza delektowaniem się niezależnością,
samodzielnością i wolnością i ostatecznie doszłam do wniosku, że w
takich chwilach fajnie jest być dorosłym
Potem wyciągnęłam książkę
i trochę czytając, trochę rozmyślając, a trochę obserwując, doczekałam
godziny 15:15, kiedy podjechał mój autobus. W samą porę zresztą, bo
właśnie zaczęło porządnie lać
Ale ja już siedziałam w środku. Przy oknie, rzecz jasna
Przede mną było jeszcze sporo kilometrów i cztery godziny jazdy. No i
stres ogromny, ponieważ… nie wiedziałam, gdzie mam wysiąść!