*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 17 maja 2010

„Kocham Cię, jak Irlandię” cz 4. Pożegnanie

Komplikacje co prawda nie były szczególnie skomplikowane, ale jednak sprawiły, że ostatecznie się z domu nie ruszyłyśmy :) Przede wszystkim, jednak przemarzłyśmy podczas dziennego spaceru i potem jakoś tak nie uśmiechało nam się ubierać w imprezowe ciuchy i wychodzić na zimno i deszcz. Poza tym, obtarł mnie jeden but i to na spodzie stopy, więc cały czas źle mi się chodziło – nie wspominając już o tańcu :) Inna sprawa, że niektórzy współlokatorzy moich koleżanek (mieszkają z dwoma Irlandczykami, Irlandką i Niemką) zapragnęli napić się z nami przed naszym wyjściem. 
Ale to wszystko i tak jeszcze nie było w stanie nas powstrzymać – dzielnie przygotowywałyśmy się do wyjścia na imprezę, byłyśmy już ubrane i umalowane, kiedy mojej koleżance wpadło coś do oka (prawdopodobnie jakiś paproszek z cienia do powiek lub tuszu do rzęs). No to był koniec, nie mogła tego oka w ogóle otworzyć, zaczerwieniło się i spuchło. Zaglądałyśmy jej w to oko, ale nic nie było widać, łzawiła, ale nic jej nie wypłynęło. Bolało cały czas… No i co tu robić? Chciała, żebyśmy poszły bez niej, ale stanowczo zaprotestowałyśmy i stwierdziłyśmy, że wolimy bawić się we trójkę w domu niż we dwie na mieście. I tak się stało. 
Koleżanka założyła na oko opatrunek a’la Piratka i usiadłyśmy z Irlandczykiem przy stole i graliśmy w jakąś idiotyczną grę w karty typu – jak trafisz na trójkę, musisz pić przez trzy sekundy, na dwójkę, wskazujesz osobę która pije przez dwie… Nie znoszę tego typu gier, bo ewidentnie chodzi w nich o to, żeby się upić, a ja piję, żeby się dobrze bawić a nie rzygać :) Ale przyznać trzeba, ze było też fajnie, kiedy na przykład przy damie trzeba było rymować (po angielsku oczywiście), a przy ósemce dorzucać słowa pasujące do wybranego tematu. 

Jeśli ktoś uważa, że Polacy piją jak nikt w Europie, niech się proszę przejedzie do Irlandii. Ci to dopiero piją! Jedno piwko wypił duszkiem. Polacy zwykle jednak traktują alkohol jako „towarzysza” w dobrej zabawie, w Irlandii alkohol jest głównym gościem wieczoru a upicie się zakończone totalnym sponiewieraniem, celem samym w sobie. Ostatecznie nie chciałyśmy w tym uczestniczyć, ale dobrze bawiłyśmy się obserwując jak towarzystwo (Irlandczyk i Niemka, która do nas później dołączyła) jest w coraz gorszym stanie. Piłyśmy również, owszem, ale wiemy jak pić, żeby mieć dobry humor a jednocześnie nie przesadzić. Oni zdecydowanie chcieli przesadzić. Pomogłyśmy im zresztą zamieniając karty za każdym razem kiedy wychodzili na papierosa. Byli już w takim stanie, ze nie zorientowali się, ze tylko oni trafiają na karty, które każą im pić :)
Przyznaję, wieczór był dość zabawny. Trochę się wygłupialiśmy, trochę tańczyliśmy, ale około czwartej nad ranem mnie i Piratce się znudziło i poszłyśmy spać. 

Dziewczyny mieszkają w okolicy kampusu, więc tak naprawdę w sąsiedztwie mają samych młodych ludzi. Ale zdarzają się wyjątki, ich bezpośrednim sąsiadem jest jakiś facet, który wiecznie ma jakiś problem – przychodzi do nich nawet, kiedy tylko siedzą i oglądają telewizję! Wiecznie coś mu się nie podoba (a jednocześnie sam jest muzykiem i kilka razy w tygodniu ćwiczy sobie w domu grę na jakimś tam instrumencie, nie pamiętam, perkusji, czy gitarze elektrycznej?) i przychodzi na skargę. Oczywiście przyszedł na drugi dzień rano. Rozmawiała z nim Irlandka i powiedziała, że ona spała, więc nie zauważyła, żeby było głośno (laska śpi w tym samym domu i jej hałasy nie przeszkadzały, a facet z budynku obok stęka że mu za głośno było!). Facet nie odpuścił, przyszedł jeszcze dwa razy. Za trzecim dziewczyny wysłały mnie, jako że mnie nie zna. I tu uwaga, uwaga, Margolka, magister filologii angielskiej z dyplomem z oceną bardzo dobrą poszła rozmawiać z Irlandczykiem:

- Good Morning – rzecze facet
- Heloł….
(facet gada jak to było u nas głośno i że chce rozmawiać z tym wysokim guy, który tu mieszka)
- Yyyyy, bikoz aj dont liw hirr. I anderstand inglisz not wery łel.
(facetowi zrzedła mina i głupio mi się zrobiło, że krzyczy na biedną dziewuszkę, która go nawet nie rozumie :D, mówi więc, że przeprasza i ze rozumie, ze to nie moja wina, i żebym się nie przejmowała, że on nic do mnie nie ma i takie tam)
Margolka kiwa głową z głupim uśmieszkiem i na pytanie, czy mogłaby przekazać temu wysokiemu guy, że on chce z nim porozmawiać, odpowiada:
- Jes, aj tok łiw ju.
Sąsiad nadal usiłuje wytłumaczyć o co mu chodzi, Margolka nadal odpowiada po swojemu:
- Bikoz yyyy aj kom yyyy tu wizit maj frend. (Dusi się już lekko od powstrzymywania chichotu , bo dziewczyny za drzwiami już prawie sikają ze śmiechu)
Facet dość mocno zbity z tropu, ale jeszcze próbuje i Margolkę oświeca:
-Aaaa, jes, aj noł gaj hi śpi na górze!
Sąsiad zrezygnował. Więcej nie przyszedł :)

Matko! Gdyby tak mnie rektor UAMu usłyszał, zabraliby mi dyplom! No naprawdę, pięć lat studiów a ja nawet nie potrafię powiedzieć, że he sleeps upstairs, nie wspominając już o odpowiedniej wymowie głoski „r” :) Ale facet chyba jednak uwierzył, ze ja noł spik inglisz, a o to wszak chodziło, nie? :)

Ostatnie dni upłynęły nam równie błogo i wesoło. Poszłam z dziewczynami na uniwerek, zaliczyłyśmy basen, saunę i inne takie tam mniej lub bardziej babskie rozrywki. Franuś nadal przysyłał mi dziesięć smsów dziennie, w których zapewniał, że tęskni. A im bardziej wysyłał, tym bardziej nie chciało mi się wracać, tylko chciałam, żeby jeszcze trochę tych smsów powysyłał :P
Ale jak wiadomo, czas płynie nieubłaganie, zwłaszcza, kiedy człowiek się dobrze bawi. W dzień mojego wyjazdu dziewczyny miały jakiś egzamin, więc ewakuowałam się szybciej do Shannon, bo nie było dla mnie większej różnicy, czy będę siedzieć sama i czytać książkę u nich w domu, czy na lotnisku :) 

Znowu się obawiałam, ze będę miała problem z autobusem – tym razem miejskim, który miał dojechać na dworzec, ale oczywiście tego nie zrobił, bo zatrzymał się wcześniej. Na szczęście znalazłam jakiegoś uprzejmego Irlandczyka, który mnie zaprowadził (sam chyba nie był stamtąd, bo lekko zbłądził i poszliśmy baardzo na około, ale grunt, że trafiłam) i po godzinie siedziałam już sobie w departure lounge i czekałam na mój lot. Odprawa odbyła się w zasadzie na takich samych zasadach, jak w Poznaniu, z tym, że nie kazali mi zdejmować butów a przy wypuszczaniu na terminal pani szła wzdłuż kolejki i pilnowała, czy aby na pewno każdy ma tylko jedną sztukę bagażu. Tym razem rumu nie wiozłam, więc problemu nie miałam. 
Ale inni mieli – biedni musieli na siłę upychać wszystko w torbach, albo szukać znajomych, którzy mieli jeszcze odrobinę miejsca w swoim bagażu. Widziałam też, że nie wszystkich przepuścili. Nie wiem, czy musieli zostawić część rzeczy, czy po prostu nadali bagaż za opłatą, ale wniosek z tego taki, że naprawdę lepiej wymagania dotyczące bagażu czytać i się do nich stosować. Wbrew temu co napisali niektórzy komentujący moją ostatnio poleconą notkę, nie są to przepisy martwe i jeśli komuś się dotychczas zawsze udawało, nie znaczy, że uda się i tym razem.

Po chwili byłam już w samolocie i usadowiłam się gdzie? Oczywiście przy oknie, do tego usiadłam sobie na samym końcu i miałam dobry widok na skrzydła :) Fajnie się toto rusza, zwłaszcza przy starcie i lądowaniu, a jak samolot skręca, to już w ogóle jest genialnie :) Obok mnie usiadła sobie rodzinka z dziećmi i już się bałam, że będę musiała udawać tym razem, że: „Polski ja nie znać”, kiedy będą prosić, czy nie byłabym tak uprzejma, żeby ustąpić chłopczykowi miejsce przy oknie (taka niedobra jestem! dziecku nie ustąpię! Ano nie :) Mogli sobie priority boarding wykupić, a zdaje się że i bez tego rodzice z dziećmi mają pierwszeństwo, więc mogli przyjść wcześniej), ale okazało się że chłopczyk ab-so-lut-nie nie był zainteresowany ani startem, ani lądowaniem ani niczym innym poza grą na komórce i kanapkami. A kiedy przy lądowaniu ja wgapiałam się zafascynowana w okno i patrzyłam jak fajnie jest na dole, on cały czas jęczał „no kieeedy wylądujemy? no kieeedy wysiądziemy? nudziii mii się, nuuudzi miiii się!” Mnie nie nudziło się, bynajmniej :) 
Ale niestety (a stety dla chłopczyka) już po chwili wylądowaliśmy na wrocławskim lotnisku i przygoda się skończyła. Wujek, który po mnie przyjechał, zabrał mnie jeszcze na lody i zawiózł do Miasteczka :) Ucieszony Franek powitał mnie telefonicznie na polskiej ziemi a kilka dni później stęskniony osobiście przyjechał, żeby mnie porwać z powrotem do Poznania, ale to już znacie.

Koniec.
Żegnaj Irlandio :)

sobota, 15 maja 2010

„Kocham Cię jak Irlandię” cz 3. Błogie lenistwo


Głupia jazda autobusem, a potrafiła przyprawić mnie o euforię :) To był taki ciąg dalszych moich refleksji, które mnie nachodziły na dworcu. Podczas pięciogodzinnej prawie podróży, czytałam, obserwowałam zmieniający się za oknem krajobraz i sporo rozmyślałam – o sobie, o życiu, o podróżach, o tym jak mi dobrze, że mam urlop i mogę sobie gdzieś pojechać.
Po godzinie 19tej zaczęłam odczuwać znajome motyle w brzuchu… Wiedziałam, że mam wysiąść ok 19:40, wiedziałam też, że w Limerick. Problem w tym, że nie miałam wysiadać w centrum, a na kampusie uniwersyteckim. No i skąd ja niby miałam wiedzieć, gdzie ten kampus jest?  Opatrzność nade mną czuwała, bo przez szybę mignęła mi tabliczka z napisem University of Limerick. Teraz pozostawało mi tylko modlić się, żeby ktoś na tym przystanku oprócz mnie wysiadał. Wysiadał :) I to naprawdę na moje szczęście… Wysiadłam, a po moich koleżankach, które miały mnie odebrać, ani śladu. Nagle słyszę jakieś głosy za autobusem, okazało się, że dziewczyny krzyczały do kierowcy, że w tym autobusie ma być ich koleżanka. On im na to: „to szukajcie”, dziewczyny już miały wsiadać i mnie wyciągać, kiedy zobaczyły, że sobie grzecznie stoję na trawniku i czekam :)
Otóż, największy problem z autobusami w Limerick był taki, że one nie zawsze się zatrzymują na przystanku – bardzo często zatrzymują się tam, gdzie poproszą ich o to pasażerowie. Dlatego dziewczyny biegały jak szalone po całym kampusie i próbowały przewidzieć, gdzie też ten autobus może sobie zrobić przystanek? Kto wie, czy jakby ktoś jeszcze oprócz mnie tam nie wysiadał, to nie pojechałabym sobie dalej :) Do Limerick co prawda, ale to był naprawdę spory kawałek od domu dziewczyn. No ale wszystko się udało i przekrzykując się wzajemnie (jak to baby, które się dawno nie widziały) ruszyłyśmy w stronę ich domu.
Wieczorem oczywiście trajkotałyśmy do późna. Piękne to jest, że choć nie widziałyśmy się sporo czasu, miałyśmy mnóstwo tematów do obgadania. A najważniejsze, że czułam się z nimi zupełnie swobodnie – a wiecie jak to czasami jest, jak się w gości jedzie… Jednak trzy lata studiów związały nas dość mocno… Nie żebyśmy się zaraz przyjaźniły, ale miałyśmy tyle wspólnych przeżyć – lepszych i gorszych chwil, że to wystarczyło. Oczywiście trzeba było się trochę wysilić i przez kolejne trzy lata tę więź pielęgnować (bo one wyjechały za granicę zaraz po licencjacie), ale okazało się, że można pozostać blisko z kimś widując się z nim najwyżej dwa razy w roku i wysyłając kilka maili. Po moim pobycie w Irlandii mam wrażenie (i jednocześnie nadzieję, że tak będzie), że to już chyba jest znajomość, która się utrzyma przez długie lata…
Wracając jednak do mojego urlopu. Kolejne dni były po prostu błogie :) Nie da się ich opisać innym słowem :) Dziewczyny lubiły długo spać, więc spałam w moim grajdołku razem z nimi. Wiecie co? Nigdzie mi się chyba tak dobrze nie spało jak tam! Zasypiałam zanim ktoś do trzech zdążył policzyć a budziłam się dopiero rano, zupełnie wyspana. Zawsze kiedy jechałam na wakacje, bardzo lubiłam zwiedzać. Tym razem głównym celem mojej podróży było spotkanie z koleżankami, więc zwiedzanie odbyło się w dużo mniejszym zakresie. Pojechałyśmy do Galway – podobno bardzo typowego irlandzkiego miasteczka. Pogoda nam się cudnie na taką wycieczkę udała, bo słoneczko świeciło przez cały dzień (ale to tylko dlatego, że wzięłyśmy dwa gigantyczne parasole i musiałyśmy je nosić). Spacerowałyśmy sobie po miasteczku i zwiedziłyśmy Subway’a, McDonalds’a (lody rzecz jasna;)), kilka sklepów z pamiątkami, i z ciuchami też;) Ale żeby nie było, zajrzałyśmy również do kilku kościołów, przeszłyśmy się zabytkowymi uliczkami no i oczywiście spacerowałyśmy brzegiem oceanu a potem skakałyśmy jak te kózki po trawniku, bo nam się tak zielono zrobiło ;) Ten dzień wspominam chyba najprzyjemniej – pewnie właśnie ze względu na pogodę. Wieczorkiem usiadłyśmy przy stole, postawiłyśmy wino na stół i rżnęłyśmy w remika do 3 nad ranem :) Kolejny dzień już się nam tak nie udał – wyszłyśmy z domu a ponieważ zapowiadała się ładna pogoda, a miałyśmy dość noszenia ciężkich parasoli, odpuściłyśmy je sobie.  No i co? No i oczywiście w połowie drogi do miasta (w planie było zwiedzanie Limerick) złapała nas ulewa. Prawie godzinę czekałyśmy pod drzewem aż przestanie padać i kiedy opady trochę sie zmniejszyły, ruszyłyśmy dalej. Ale trochę straciłyśmy zapału :) Zrobiłyśmy się głodne, zachciało nam się siku, było nam zimno, więc tylko dla zasady obejrzałyśmy to, co ważniejsze w mieście (wierzę na słowo dziewczynom, że za wiele ciekawego to tam nie ma ;)) i wróciłyśmy do domu. Oczywiście z łupami :) Franek zawsze się upomina o pamiątki, no to mu przywiozłam: :)
 
 
O sobie też nie zapomniałam:
 
Nic nadzwyczajnego, zwykłe t-shirty, ale słuchajcie za te dwie koszulki zapłaciłam 5 euro! Kurczę, kupiłabym sobie jeszcze z pięć takich (bo były we wszystkich kolorach tęczy) i dla mamy i siostry też bym kupiła, ale niestety, bałam się, że nie spakuję się z powrotem do mojej torby :)
(w odpowiedzi na niektóre komentarze, które już się pojawiły: koszulki nie są irlandzkie, bo nie miały takie być ;) Nie planowałam kupować żadnych pamiątek, a że trafiły się bluzeczki w takiej cenie, to się skusiłam ;))
Resztę popołudnia spędziłyśmy w domu gadając (jakżeby inaczej) o wszystkim i o niczym. Cały czas znajdowałam się w stanie głębokiej błogości :) Cudnie mi było, że w ogóle nie muszę się liczyć z upływem czasu, permanentnie nie wiedziałam, która jest godzina. W ogóle to mam wrażenie, że czas tam płynie inaczej – niby tylko godzina różnicy, ale jednak słońce ma zupełnie inną wysokość i przez to miałam zerową orientację czasową :) Nie myślałam o pracy, nie myślałam o nauce (a przecież na przykład podczas zeszłorocznego urlopu w Londynie musiałam uczyć się słówek, bo zaraz po powrocie miałam kolokwium), o żadnych obowiązkach. Do tego jeszcze Franek mocno stęskniony wysyłał mi mnóstwo smsów. Żyć nie umierać :) Tak właśnie powinien wyglądać prawdziwy urlop. A żeby był już zupełnie idealny, należało się jeszcze trochę zabawić. Miałyśmy wyjść wieczorem na imprezę, ale wystąpiły pewne komplikacje… :)