*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 5 sierpnia 2010

Refleksja.

W niedzielę, zaraz po odtworzeniu całego dnia i zastanowieniu się nad fenomenem ludzkiej pamięci nadeszła refleksja o tym jak wiele czas potrafi zmienić. Zastanowiłam się, co jest inne w moim życiu 1 sierpnia 2010 niż w tym samym dniu dokładnie rok wcześniej. No i cóż, stwierdziłam, że zmieniło się bardzo wiele, niemal wszystko, w każdej dziedzinie mojego życia.

Dziewczyny mieszkają w nowym – no w takim razie już nie nowym :) – mieszkaniu już rok. Kiedy się wyprowadzały z jednej strony miałam nadzieję, że niewiele się zmieni i będziemy nadal oglądać razem seriale i razem się uczyć. Z drugiej bałam się, że stracimy kontakt i nasze relacje się popsują. W zasadzie w obydwu tych sprawach się pomyliłam. Nie popsuły się relacje między nami, mogłabym nawet powiedzieć, że w niektórych kwestiach się poprawiło. Ale nie spotykałyśmy się aż tak często, jak mogłoby się początkowo wydawać, że będziemy w stanie. Owszem, chodziłam do nich wieczorami obejrzeć Na Wspólnej, one przychodziły do mnie na You Can Dance lub oglądałyśmy razem mecze. Zdarzyło się, że zostałam u nich na noc, spotykałyśmy się na piwku, wychodziłyśmy razem na imprezę. Z Dorotą regularnie chodzimy razem na aerobik. Ale czasami upływało wiele dni między jednymi a drugimi odwiedzinami. Okazało się, że nie musiało to oznaczać pogorszenia naszych stosunków.

Rok po tamtej wyprowadzce ja również mieszkam gdzieś indziej. Do tego z Frankiem, co było w zasadzie rok temu nie do pomyślenia i wydawało się zupełnie bez szans. Franek już od kilku miesięcy nie pracuje a tamtym barze a jest kierowcą.Praca bardziej stabilna i chyba jednak lepsza, chociaż jednocześnie bardziej odpowiedzialna i jednak trudniejsza i bardziej męcząca psychicznie. Droga do zmiany zawodu była długa, męcząca i skomplikowana, ale się udało. Chociaż po drodze zaliczyliśmy kilka kryzysów, w tym jeden bardzo poważny. Jednak w samym naszym związku chyba niewiele się zmieniło, może nastąpiła jakaś drobna modyfikacja pewnych zachowań, może odbyliśmy kilka rozmów więcej, które coś zmieniły, może jakaś kłótnia miała większe znaczenie…

1 sierpnia 2009 zaczynałam pisać pracę magisterską. W ogóle nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Coś poczytałam, coś podkreśliłam i rozpaczliwie stwierdzałam, że nie mam materiałów, że nie będę miała o czym pisać. Że nie dam rady, że nie wiem jak zacząć. No to była tragedia.. I jeszcze ta wizja spędzenia najbliższych sześciu miesięcy na pisaniu… Rok później moja praca magisterska w zasadzie przeszła do historii :) Okazało się, że dzięki konsekwentnemu pisaniu pół strony dziennie, w grudniu praca była napisana i czekały mnie jeszcze tylko poprawki i uzupełnienia. Niecałe cztery miesiące później obroniłam się na piątkę. Rok temu wydawało się to wszystko totalnie nierealne… Z jednej strony z sentymentem wspominam tamten czas (wiem, wiem, dziwna jestem :)), kiedy w nagrodę za napisany rozdział robiłam sobie obiad :) Albo w ramach pochwały za napisanie całej strony a nie połowy wychodziłam na imprezę :) Z drugiej – odczuwam niesamowitą ulgę, że już po wszystkim.

Brat i szwagierka Franka w sobotę będą obchodzić pierwszą rocznicę ślubu. I nawet wczoraj powiedziałam Frankowi, żeby nie rzucał byle jak spodni od munduru, bo kto mu je wyprasuje w piątek kiedy ja wyjeżdżam do Miasteczka. Odpowiedział mi „to mnie nauczysz, przez telefon”. Czyżby nawet to miało zmienić się przez ten rok?

365 dni i życie potrafi się zmienić o 365 stopni :) Dodam sobie te pięć stopni, żeby było ładniej :) W zasadzie to się tylko wydaje, że zmienia się niewiele, bo pozornie nasze otoczenie pozostaje często tylko trochę zmodyfikowane, bo nam się wydaje, że my się nie zmieniamy… A tymczasem myślę, że czas ma ogromną moc, działa niczym ta kropla, która drąży skałę. Wydaje nam się, że nic się nie zmienia, a z perspektywy czasu okazuje się, że gdybyśmy się cofnęli tylko o ten rok, znaleźlibyśmy się prawie w innym świecie. Zawsze coś się może zmienić, tylko chyba trzeba aktywnie podchodzić do życia. Bo jeśli ktoś się zamknie w czterech ścianach i codziennie będzie robił dokładnie to samo – marne szanse ma na to, żeby nawet ten czas coś tu zdziałał :)

Zmiany są potrzebne i często przynoszą pozytywne konsekwencje. Co nie zmienia faktu, że i tak ich nie lubię, nawet jeśli ich potrzebuję :))

środa, 4 sierpnia 2010

Retrospekcja.

I znowu cofam się o kilka dni. Nie nadążam po prostu z opisywaniem moich myśli, refleksji i tego, co się u mnie dzieje :)

1 sierpnia wracaliśmy właśnie z działki. O godzinie 17:00 wjeżdżaliśmy akurat do Poznania, kiedy usłyszeliśmy syreny. Od razu cofnęłam się trochę w czasie… Nie, nie do roku 1944, bo w tym czasie to mój dziadek jeszcze dziesięciu lat nie miał, więc o mnie świat nawet nie myślał. Oczywiście pierwszym moim skojarzeniem z dźwiękiem syreny było Powstanie Warszawskie, ale patriotyzmem się nie popisałam, bo mnie przed oczami stanął 1 sierpnia 2009 – godzina 17:00. Tak dokładnie pamiętam tamten dzień, a przecież nic wielkiego się wtedy nie wydarzyło. 

Rano pomagałam Dorocie i Jusce przenieść rzeczy do ich nowego mieszkania. Dość szybko się uwinęłyśmy. One zajęły się układaniem swojego dobytku na nowych półkach, ja wróciłam do pustego pokoju – pokoju bez Doroty. Nie bardzo potrafiłam znaleźć sobie miejsce, więc pojechałam do baru, w którym pracował Franek. Zjadłam obiad i wróciłam do domu. Moim postanowieniem sprzed kilku tygodni, kiedy to rozpoczynałam wakacje, było to, że od 1 sierpnia zacznę pracować nad moją magisterką. Kompletnie nie wiedziałam jak się do tego zabrać, ale słowo się rzekło – wzięłam ze sobą ksero książki „The of the Scarlett Letter”, na której w dużej mierze opierałam swoje wywody i poszłam do parku nad Wartę. Pogoda była piękna, słońce w pełni, gorąco. Ale ja siedziałam dzielnie i czytałam, opalając się jednocześnie. Do dziś pamiętam o czym czytałam :) Pamiętam nawet, które fragmenty sobie zakreśliłam, jako te, które mogą mi się przydać. Trzy tygodnie później właśnie na tych fragmentach się opierałam pisząc pierwsze pół strony mojej pracy magisterskiej.
Po ponad dwóch godzinach, znudziłam się. Zrobiło mi się gorąco. Poszłam do sklepu po wodę. Wyszłam z wodą i dwoma drinkami :) Akurat wtedy usłyszałam syreny.  Zadzwonił mój wujek, historyk i rozmawialiśmy chwilę na temat Powstania Warszawskiego…

Wróciłam do domu. Do pustego pokoju i postanowiłam zapełnić puste półki po Dorocie swoimi rzeczami. Poukładałam je prowizorycznie, ale jak wiadomo prowizorki są najtrwalsze, więc takie ustawienie przetrwało do 5 lipca 2010 :) Pokręciłam się trochę po mieszkaniu. Wrócił Franek i zadzwonił do mnie tylko po to, żeby poprosić o wyprasowanie mu koszuli – wybierał się na wieczór kawalerski swojego brata. Poszłam, wyprasowałam, wypłakałam się, że teraz już będę sama i… poszłam do dziewczyn :) One nadal się urządzały, ja siedziałam w kąciku i oglądałam Vicky, Christina, Barcelona. I nadszedł ten moment – wieczór. Wiedziałam już, że nic mi nie da odsuwanie tego momentu na później. Trzeba wrócić. Do pustego mieszkania. Do pustego pokoju. Wróciłam. Napisałam notkę „I już…” i położyłam się spać.

Czy wyobrażacie sobie, że ja tak dokładnie pamiętam tamten dzień? Niemal każdy szczegół, bardzo wyraźnie. Wiem nawet jak byłam ubrana. Myślę, że sporo jest jeszcze takich dni z przeszłości, które pamiętam doskonale, mimo, że były zwyczajne. Mimo, że nie robiłam wtedy nic ważnego. Tylko czekają na jakiś impuls, na syrenę, która wywoła je z zakamarków mojej pamięci…