*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Wygląda na to, że wróciliśmy już na dobre. Wczoraj
przyjechaliśmy do Poznania, Franek jutro idzie do pracy, ja w
poniedziałek. Nasz urlop niestety się skończył. Cóż, to było raczej do
przewidzenia
Ale
nie jest tak źle. Widocznie porządnie odpoczęliśmy skoro nie
lamentujemy z powodu konieczności powrotu do pracy a zwyczajnie
przyjmujemy to jako naturalną kolej rzeczy. Nie wracaliśmy wczoraj ze
skwaszonymi minami, raczej cieszyliśmy się, że urlop nam się udał. Nawet
się już rozpakowaliśmy, co jest do mnie niepodobne, bo nie znoszę tego
robić i zdarza się, że moja nierozpakowana torba stoi jeszcze tydzień,
czy dwa
Ale Franek mnie zmobilizował i razem uporaliśmy się z tym jeszcze wczoraj wieczorem, zaraz po przyjeździe.
Dzisiaj natomiast dzień był od samego rana intensywny – obudziliśmy
się przed ósmą, Franek zrobił śniadanie a ja się szybko zebrałam i
pobiegłam na aerobik – pierwszy od ponad dwóch tygodni
W czasie, gdy ćwiczyłam, Franuś wypucował lodówkę, bo nie zdążyliśmy
tego zrobić przed wyjazdem, a ona aż się prosiła o umycie. Kiedy
wróciłam posprzątaliśmy całą resztę mieszkania i pojechaliśmy na zakupy,
żeby jutro na śniadanie nie mieć znowu do wyboru tylko jajek na miękko,
jajecznicy, jajek na twardo albo sadzonych
Załatwiliśmy też kilka zaległych spraw, takich jak odebranie listów
poleconych z poczty, czy oddanie książek do biblioteki uniwersyteckiej
(jak dobrze, że można było to załatwić w sobotę). I w zasadzie w ten
sposób minął nam cały dzień. Dopiero późnym popołudniem odetchnęliśmy
relaksując się w domu.
Narzekać nie możemy, wiadomo, że wszystko co dobre, szybko się
kończy, więc nie ma co rozpaczać. Zawsze dziwię się, gdy słyszę, jak
ludzie przeżywają powroty z urlopów – niemal ocierają się o depresję.
Mnie co najwyżej dopadał syndrom przedszkolaka, ale to trochę co innego,
bo nie chodzi ani o koniec urlopu, ani o powrót do pracy, a raczej o
rozstanie z Miasteczkiem, a do tego to mi nawet urlopu nie trzeba
W każdym razie, my z Frankiem staramy się zawsze wrócić przynajmniej
dzień wcześniej, oswoić się z sytuacją i z myślą, że wracamy do pracy,
spędzić jeszcze wspólnie resztę wolnego czasu w domu. I zawsze jakoś
dajemy radę
Urlop udał nam się wspaniale. Relacja jeszcze na pewno będzie
Mam już swój komputer z powrotem, więc mogę nadrabiać zaległości.
Teraz tylko w skrócie napiszę, że sporo załatwiliśmy podczas pobytu w
Miasteczku – oprócz sali załatwiliśmy już zespół, popytaliśmy też o
fotografów, a przede wszystkim byliśmy już u księdza i zaklepaliśmy
sobie termin w kościele. Najważniejsze więc już za nami
Załatwiłam też sobie upoważnienie do głosowania w wyborach poza Miasteczkiem. Więc nasz urlop był również bardzo użyteczny
W zasadzie na zakończenie mogę tylko powiedzieć coś bardzo banalnego: czas szybko płynie…
Dokładnie
osiemnaście lat temu w moim pamiętniku pojawił się pierwszy wpis o
takiej treści: (pisownia oryginalna, proszę wybaczyć świeżo upieczonej
drugoklasistce :))
niedziela 19 września 1993
Było
zimno, deszcz nie padał, słońce świeciło, ale trzeba było chodzić w
kurtkach. Był to dzień wyborów ja i moja siostra Asia poszłyśmy z
dziadziem na wybory. Jak wyszliśmy z budynku poszliśmy oglądać ule,
potem ja i Asia wymyśliłyśmy, że pójdziemy do muzeum. W muzeum były
bardzo ładne ule i obrazy ładne też były figóry. Później wróciliśmy do
domu, po obiedzie poszłam odrabiać lekcje. Jak skończyłam poszłam z
dziadziem na lody, bo Asia z wujkiem pojechała do lasu. Dziadziu kupił
siedem porcji na wynos, później bawiłam się z Asią w hokeja i oglądałam
film.
Zaczęłam
pisać pamiętnik, kiedy miałam osiem lat. Wpisy pojawiały się bardziej
lub mniej regularnie – zdarzało się, że nie pisałam kilka miesięcy, a
bywało tak, że pisałam nawet kilka razy dziennie. Odkąd zaczęłam pisać
bloga, papierowy pamiętnik poszedł nieco w odstawkę, chociaż nadal go
prowadzę i wpisy się w nim pojawiają. Ale może nie tak często jak bym
chciała, cóż, wszystkiego mieć nie można. W każdym razie, tamten wpis to
było takie preludium do całej serii opowieści różnej treści autorstwa
Margolki
Uzbierało się tego czternaście pełnych zeszytów, plus te wszystkie
wpisy na blogu. Kto wie, gdyby nie ten infantylny opis dnia, być może
nigdy nie powstałyby Kredki Margaretki? :))
Cieszę
się, że zaczęłam wtedy pisać i że nie przestałam aż do dziś, dzięki
temu oprócz tego, że zachowałam wiele wspomnień – nawet tych dotyczących
wydarzeń błahych, ale ciekawych – miałam i mam możliwość obserwacji
siebie, swojego życia, swoich zachowań z dystansu.. Widzę jak się
zmieniłam, co w moim życiu było ważne, jak kształtował się mój
charakter. Tego nie dałoby się odtworzyć. Gdyby nie ten pierwszy
pamiętnik, a później każdy kolejny, nie wiedziałabym o sobie tyle, ile
wiem dziś… Niezmiernie się cieszę, że nigdy nie pomyślę: „szkoda, że nie
pisałam pamiętnika, gdy byłam młodsza…”
Ps. Wróciliśmy cali, zdrowi, opaleni i zadowoleni
Niestety mój komputer przechodzi teraz formatowanie, rodzinny laptop
jak na złość się zepsuł, a siostra swojego zabiera z samego rana do
Krakowa. Odezwę się przy najbliższej okazji