*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 20 września 2013

Rocznicowy tydzień

Jak na złość, kiedy tak zajęci jesteśmy świętowaniem, w pracy porządnie się ruszyło i nie wiem w co ręce włożyć. Przychodzę rano i ani się obejrzę, mija osiem godzin.
A przecież tyle mam ostatnio do napisania i nie nadążam:)

Wczoraj wieczorem oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień :P Nie mogliśmy nigdzie na weekend wyjechać (w sensie na przedłużony weekend, bo tak sobie planowaliśmy jeszcze gdy nie wiedzieliśmy, że Franek będzie miał nową pracę),nie mogliśmy się całkowicie w tym świętowaniu zatracić ze względu na szarą rzeczywistość, ale zrobiliśmy co mogliśmy, żeby mimo wszystko stworzyć nastrój i celebrować ten ważny dla nas czas. Udało się :)

Zaczęliśmy od soboty. W weekend w ogóle postanowiliśmy świętować w gronie najbliższych. Najchętniej zrobilibyśmy drugie wesele w tym samym składzie :P Ale wiadomo, nic dwa razy się nie zdarza... Dlatego zaprosiliśmy tylko rodziców, moją siostrę ze szwagrem, dziadka i wujka. Zarezerwowaliśmy stolik w restauracji w Miasteczku. Nie dało się w tej samej, w której mieliśmy wesele, bo odbywało się tam inne wesele, ale zorganizowaliśmy sobie miejsce w innej restauracji z tej sieci w naszej okolicy.
Całą sobotę od rana wspominaliśmy chwila, po chwili, co się działo rok temu :) Uczucie nie do opisania... O 14, czyli godzinie, o której zaczynał się nasz ślub przyjechali z Poznania rodzice Franka. Usiedliśmy sobie przy stole i łyknęliśmy po kieliszku naleweczki :) Później wszyscy się odświętnie ubraliśmy i pojechaliśmy do knajpki, w której w odosobnionym miejscu czekał na nas pięknie nakryty stół.
Posiedzieliśmy sobie tam jedząc, pijąc i rozmawiając ładnych kilka godzin :) Było naprawdę bardzo przyjemnie. Fajna była ta świadomość, że zebraliśmy się w konkretnym celu i że ten dzień nie tylko dla nas jest ważny, a nasi bliscy chcą świętować razem z nami. Na koniec Franek poszedł zapłacić, a na ciekawskie pytanie kelnera, cóż to za okazja, z dumą odpowiedział, że rocznica ślubu! :) Jak fajnie jest móc się tym pochwalić ;)
W niedzielę rano poszliśmy do kościoła i od razu na początku spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, bo traf chciał, że mszę odprawiał nie kto inny, jak ksiądz, który udzielał nam ślubu! Ten drobiazg sprawił, że i tak szczególna dla nas msza nabrała jeszcze bardziej symbolicznego znaczenia :)
Rocznicowy dzień spędziliśmy w dość oryginalny sposób, bo... w Juraparku w Krasiejowie! :D Taki był pomysł, żebyśmy wraz z rodzicami wybrali się na jakąś przyjemną, ciekawą wycieczkę gdzieś niedaleko i padło właśnie na to miejsce :) Nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać, bo różne opinie słyszałam na temat takich miejsc, ale Krasiejów naprawdę pozytywnie nas zaskoczył. Wbrew naszym oczekiwaniom, wycieczka nie polegała tylko na spacerze pośród większych i mniejszych sztucznych dinozaurów. Była cała masa dodatkowych atrakcji! W tunelu czasu - do którego wjeżdżało się wagonikami, a który okazał się trójwymiarowym kinem - usłyszeliśmy naukowe wyjaśnienie procesów które zachodziły na naszej planecie miliony lat temu. W innym miejscu widzieliśmy prawdziwe kości dinozaurów znalezione właśnie na tamtym terenie oraz zobaczyliśmy rekonstrukcję codziennego żywota tamtych zwierząt. Największą atrakcją jednak było chyba oceanarium :) Być może ktoś z Was wybierze się tam kiedyś, więc nie chcę zdradzać niespodzianek, ale naprawdę było tam co oglądać! Wszystko było w trójwymiarze i w zasadzie trudno uwierzyć, że to były tylko ruchome obrazy, a nie prawdziwe zwierzęta. W dodatku wszystko było zorganizowane bardzo pomysłowo i w taki sposób, żeby zaskoczyć zwiedzającego. Chętnie wybiorę się tam ponownie! Zwłaszcza, że były tam jeszcze inne atrakcje, jak np. wesołe miasteczko, plaża i kino 5D których nie zaliczyliśmy z różnych mniej lub bardziej oczywistych powodów.
Spędziliśmy tam kilka godzin i musieliśmy wracać - po drodze jeszcze obiad w restauracji, a potem pakowanie i rozjechaliśmy się w dwie różne strony :P Rodzice Franka na północny zachód, my na północny wschód. Moi rodzice zostali na miejscu ;)
W samochodzie trochę sobie z Frankiem pogawędziliśmy, jak to zwykle bywa. Lubimy jeździć samochodem w dłuższe trasy, choćby dlatego, że jest okazja, żeby porozmawiać, a w dodatku, jak już kiedyś wspominałam, nie wiedzieć czemu, Franek w aucie staje się bardzo wylewny :) Zachwycaliśmy się trochę minionymi dniami i nietypowym trochę, ale jednak udanym świętowaniem. Cieszyliśmy się, że wszystko nam wyszło. Na miejsce dojechaliśmy późno, więc w ekspresowym tempie umyliśmy się i poszliśmy spać ;)

Zgodnie z umową, przed nami były jeszcze trzy dni obchodów :P Niestety w poniedziałek i środę kończyłam pracę dopiero o 19, więc za wiele czasu nie mieliśmy, ale wystarczyło. Te dni spędziliśmy w domu. Po pracy zjadaliśmy obiad, a później odcinaliśmy się od wszystkiego i przy kieliszku wina, oglądaliśmy zdjęcia i film z wesela :) Miło było tak siedzieć trzymając się za ręce i przytulając w ciemnym pokoju i wspominać jeszcze raz to wszystko - tym razem za pomocą dodatkowego bodźca, jakim był film...
W środę oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień  wspólną kąpielą :) 

Ostatnie dni były trochę zabiegane ze względu na naszą pracę. Poza tym dość ponure - ze względu na aurę na dworze. A jednak świętowanie bardzo nam się udało. Nie robiliśmy nic nadzwyczajnego i musieliśmy nasze obchody połączyć z przyziemną rzeczywistością dnia codziennego, ale i tak było magicznie. Wiedzieliśmy po co to robimy i z jakiego powodu i to nam wystarczyło, żeby było niezwykle ;)

Ps. Notkę pisałam przez dwa dni, stąd ewentualne nieścisłości czasowe ;)


poniedziałek, 16 września 2013

Otwarcie rocznicowego tygodnia :)


Rok temu w czwartek załatwialiśmy ostatnie ważne sprawy. Omówiliśmy z zespołem przebieg wesela, poszliśmy do księdza, pojechaliśmy do kamerzysty i sprawdziliśmy noclegi. Wieczorem moja siostra (która przecież nam śpiewała na ślubie) miała w kościele próbę z organistą i chciała, żebyśmy z nią poszli. Przystaliśmy na to chętnie...
W tym roku przybiegliśmy po pracy do domu, zjedliśmy szybki obiad i zaczęliśmy się szykować. Jest coś dostojnego w ubieraniu się, goleniu (to Franek) i malowaniu (to ja :P) z myślą o wizycie w teatrze. Może to tylko złudzenie, ale bardzo przyjemne :) Franek włożył eleganckie spodnie, koszulę i marynarkę. Ja sukienkę i szpilki. Zrobiłam makijaż, fryzurę i już mieliśmy wychodzić, gdy – ach, jakie to typowe – zauważyłam, że poszło mi oczko w rajstopach. W momencie, gdy je zdjęłam, zadzwonił mój służbowy telefon. Jedną ręką próbowałam włożyć nowe rajstopy, drugą podtrzymywałam telefon przy uchu i próbowałam się skupić na pewnym zagadnieniu z pracy. Drugie rajstopy również okazały się podarte, zaczęłam wkładać trzecie, kończąc rozmowę, bo już, już dzwonił mój drugi telefon, który z zajętego służbowego przekierował mi koleją rozmowę z pracy. Ostatecznie udało mi się ugasić pożar w pracy, włożyć rajstopy i wyjść z domu, ale przekonałam się, że wszelkie tego rodzaju sceny w filmach i serialach są z życia wzięte! :)
Na Ochotę przyjechaliśmy ze sporym wyprzedzeniem, ale po drodze był jeszcze kościół, do ktorego planowaliśmy na chwilę wstąpić. Franek poszedł do spowiedzi, a ja poszłam pogadać z Panem Bogiem. Modląc się myślałam właśnie o tamtych chwilach, o których wspomniałam na początku tej notki – zwłaszcza wieczór. Organista, moja siostra i my wdrapaliśmy się na wieżyczkę. Oni rozpoczęli próbę, my usiedliśmy w ławce. To było niesamowiete: pusty, ciemny kościół, głos mojej siostry niosący się echem po całej świątyni i nasze podekscytowane myśli, kiedy wyobrażaliśmy sobie, jak to będzie za dwa dni. Pamiętam to jak dziś! To jedno z tych magicznych, krótkich wspomnień, które zostają na zawsze...
Ale wracam do teraźniejszości. Spektakl rozpoczynał się o 19:30, zajęliśmy swoje miejsca jakieś dziesięć minut wcześniej i chłonęliśmy atmosferę małego Och Teatru. O swoich teatralnych wrażeniach napiszę kiedy indziej, bo to temat na osobną notkę. Teraz skupię się na tym, że byliśmy na spektaklu razem - po raz pierwszy. Spędziliśmy wspólnie naprawdę uroczy wieczór! Zupełnie inny niż wszystkie, więc w jakiś sposób magiczny - i o to chodziło, bo w ten sposób właśnie rozpoczęliśmy świętowanie naszej rocznicy :)
Kiedy wracaliśmy było już późno. Dzieliliśmy się wrażeniami chłonąc jednocześnie atmosferę Warszawy nocą. Chłonęlibyśmy dłużej, ale piątek to dla nas normalny dzień pracy i tak się poświęciliśmy, bo położyliśmy się spać prawie dwie godziny później niż zazwyczaj. Ale warto było! :)  

Piątek w pracy minął nam szybko - zwłaszcza, że Franek skończył szybciej, a u mnie zaczął się gorący okres, więc nie wiedziałam w co ręce włożyć. Ale o siedemnastej udało nam się wyjechać w kierunku Miasteczka. Po drodze zatrzymaliśmy się w przyjemnej restauracji, gdzie zamówiliśmy obiad, który stanowił kolejną część naszego świętowania :) Jadąc samochodem, a później jedząc wspominaliśmy ostatnie zeszłoroczne przygotowania: moją wizytę u kosmetyczki, frankowe pucowanie samochodu, ostatnie roszady przy weselnym stole, słowem dopinanie wszystkiego na ostatni guzik... 
Na koniec zamówiliśmy sobie deser w jednym pucharku i zjedliśmy go razem dwiema łyżeczkami. To było naprawdę słodkie - i nie mam na myśli samego deseru :) 
A potem wyruszyliśmy w dalszą trasę, bo w Miasteczku od następnego dnia zaczynała się część główna naszych obchodów ;)