*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 9 października 2013

I gorzej.

Ciesz się człowieku, chwytaj się każdej drobnej dobrej wiadomości. Bierz ją za dobrą monetę, podsycaj w sobie nadzieję, wmawiaj sobie, że przecież musi być dobrze. Tak właśnie żyjemy od dobrych kilku miesięcy z Frankiem, bo w przeciwnym wypadku już dawno byśmy zwariowali i załamali się pod ciężarem ciągłych złych wiadomości ciężkiego kalibru.
Widzicie zresztą, że wyliczam tutaj najmniejsze informacje, które w jakiś sposób wydają mi się pozytywne. Nawet kiedy nie są jeszcze potwierdzone, szukam oznak dających mi nadzieję. Nie cieszę się na wyrost, żeby się potem nie rozczarować. Ale tym razem się mocno przeliczyliśmy.

Franek dostał umowę, ale tylko na trzy miesiące. Potem ma szukać nowej pracy. O my naiwni! Uwierzyliśmy, że skoro wydają kasę na strój roboczy, dają mu kartę do przychodni medycznej i obiecują podpisanie umowy, to będzie to na tych samych zasadach, na jakich umawiali się półtora miesiąca temu. A mowa była, że po okresie próbnym albo go biorą na stałe (umowa na czas nieokreślony) albo wcale. Dlatego się tak stresowaliśmy i dlatego cieszyliśmy się, kiedy okazało się, że ma chodzić nadal do pracy. A dzisiaj z samiutkiego rana obuchem w łeb.
Gdybyśmy się o tym dowiedzieli tydzień temu, to byśmy się nawet ucieszyli - bo mając do wyboru utratę pracy już albo za trzy miesiące, cieszylibyśmy się z tego, że Franek ma trzy miesiące na znalezienie czegoś nowego. Ale teraz rozczarowanie trochę nam przyćmiło powody do zadowolenia. Bo dlaczego Prezes nie mógł mu już w piątek powiedzieć, że umowa owszem będzie, ale nie na stałe?! Oswoilibyśmy się z tą myślą, przełknęlibyśmy to, bo przecież spodziewaliśmy się takiej sytuacji. A tak byliśmy karmieni głupią nadzieją. W ogóle miało być tak, że po okresie próbnym wynagrodzenie brutto będzie wyższe, że zrobią Frankowi kurs na wózki widłowe... No miało.

Podobno przed Frankiem na tym stanowisku były już dwie osoby (a nam mówiono, że jest nowo utworzone), więc może po prostu polityka Prezesa jest taka, żeby zatrudniać na krótko za małe pieniądze. Poza tym od stycznia jest tam zdecydowanie mniej pracy, więc może od początku taki był zamysł. Ale to tylko plotki, więc nie chcę na ślepo dawać im wiary. Prezes znał naszą sytuację, więc trochę trudno mi uwierzyć w to, że ściągałby tu Franka wiedząc, że to tylko na parę miesięcy. My wiedzieliśmy, że to nic pewnego, bo jasno było powiedziane, że jak się Franek nie sprawdzi, to go nie zatrudnią na dłużej. Nadal twierdzę, że Prezes nie jest taki zły - w jakiś sposób przecież nam jednak pomógł. Ale chodzi mi o ten ostatni tydzień! Dlaczego zwodził Franka? Dlaczego nie mógł mu jasno powiedzieć co i jak, dając złudne nadzieje? Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. I nic nie wiem.

Bo to możliwe, że Franek się po prostu nie nadawał (choć z drugiej strony trochę nie rozumiem, czego się spodziewali wiedząc, że zatrudniają kogoś, kto nie miał nic wspólnego z takim rodzajem pracy oraz dlaczego nie dali mu zbyt wiele czasu do przyuczenia się) To nie była jego wymarzona praca, bardzo się w niej stresował i to nie było dobre. Atmosfera z powodu niektórych osób też była taka sobie i w sumie wiedziałam, że na dłuższą metę Franek tam nie wytrzyma i że tylko te wolne weekendy go do niej przekonują. Ale mimo wszystko jakaś praca to była. A teraz jej nie będzie.

A ja coś podświadomie czułam, że to chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe :( Ale nie dopuszczałam tej myśli do glosu. Chyba już po prostu wyćwiczyłam się w ignorowaniu tych przykrych i niepewnych wiadomości na tyle, na ile to możliwe.
Gdyby chociaż sytuacja w mojej pracy była pewna! Nie martwilibyśmy się tak. A tu może się okazać, że oboje zostaniemy na lodzie. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Ta niepewność naprawdę jest straszna.

Dzisiaj to mi się po prostu chce już ryczeć. Bo człowiek się stara nie zamartwiać, stara się wierzyć, że będzie dobrze, stara się nie poddawać. Chwyta się najmniejszych pozytywów i rozdmuchuje je, żeby było z czego się cieszyć i na czym opierać nadzieję. A teraz zła jestem, że się daliśmy nabrać, że się cieszyliśmy w ostatnich dniach.

Ja wiem, że to jeszcze nie jest najgorsze, bo jednak te trzy miesiące dalszego zatrudnienia to jest coś. Ale nic nie poradzę na to, że jest mi smutno i że nadal strasznie boję się o naszą przyszłość.

wtorek, 8 października 2013

Niezgorzej

Jak to zwykle ze mną bywa, przyleniuchowało mi się lekko blogowo w okolicach weekendu :) Niby chciało mi się pisać, ale z komputerem było mi nie po drodze. I tym sposobem lista postów do napisania w mojej głowie cały czas rośnie, bo nie ma dnia, żebym nie pomyślała, że chciałabym o czymś tu opowiedzieć.

Uspokoiliśmy się trochę z Frankiem już następnego dnia po opublikowaniu poprzedniej notki. Pojechał rano do pracy z dokumentami i udało mu się nareszcie spotkać z Prezesem, który w dodatku był w dobrym humorze. Znam Prezesa i na mnie zawsze robił dobre wrażenie i, choć znałam go tylko zawodowo i oficjalnie, w jakiś sposób go lubiłam. Kilka osób, które znają go nieco lepiej - chociaż też tylko zawodowo - zupełnie niezależnie od siebie, mówiły mi zawsze, że to człowiek trochę nieprzewidywalny i humorzasty. Że trudno czasami odgadnąć jego reakcję, bo wiele zależy od tego, w jakim będzie nastroju, ale nie jest to jakoś specjalnie niefajne u niego, bo nie jest przy tym chamski ani cyniczny. Podobne zdanie ma Franek po czasie przepracowanym w firmie Prezesa i generalnie ma co do niego mieszane uczucia, bo nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. 
Wracając jednak do sedna - akurat się trafiło, że Prezes miał czas, żeby Franka wysłuchać. Ten zaczął od razu, że nie chce wyjść na jakiegoś kombinatora, któremu się nie chce pracować i od razu na L4 ucieka, ale że tak się zdarzyło, że nie jest w pełni sił. Pokazał dokumenty, zaczął mówić, że jeśli trzeba będzie to przyjdzie do pracy. Ale na szczęście Prezes okazał się bardzo ludzki i od razu powiedział, żeby Franek się wykurował do końca i że nie ma z tym problemu. Dodał, że Franek ma do pracy nie przychodzić, bo jeszcze coś się stanie i żona (znaczy się Franka żona, czyli ja :P) go zabije. A na koniec powiedział, że w tym tygodniu Franek ma zadzwonić i spotkają się, żeby podpisać umowę.

Uspokoiło nas to podwójnie. Przede wszystkim, wiemy już, że umowa jest pewna i nie znamy tylko warunków - ostatecznie spotkanie umówili na jutro to wreszcie wszystko będzie wiadomo. A po drugie Franek spokojnie i bez wyrzutów sumienia może sobie chorować, nie bojąc się, że ktoś go posądzi o lenistwo albo kombinatorstwo. Ja też przestałam się martwić. 
W piątek oboje byliśmy w dobrych humorach. Franek od razu rano zapowiedział, że skoro będzie w domu, to posprząta. Poodkurza, umyje podłogi i takie tam. Popukałam się w czoło i powiedziałam, że to mu na pewno na plecy nie pomoże (bierze leki, więc bolało go mniej i już myślał, że góry może przenosić) i że wyjątkowo mu na to nie pozwalam :P Jakoś przeżyję to, że raz będzie niepoodkurzane. Franek ogarnął mieszkanie z wierzchu i to wystarczyło, żeby czuć się dobrze, kiedy wróciliśmy z powrotem po weekendzie. Bo nie znoszę wracać do bałaganu! Dlatego zawsze przed wyjazdem - choćby na jeden dzień - sprzątam. Nie żeby to miały być jakieś generalne porządki i pucowanie, ale ma być po prostu czysto i już. 
A na weekend byliśmy w Miasteczku. Franek nie ma w zaleceniu od lekarza komendy "ma leżeć" tylko "może chodzić", a wręcz musi chodzić, bo to mu pomaga. Równie dobrze może więc chodzić po Miasteczku, stwierdziliśmy i pojechaliśmy :) Wykorzystaliśmy nawet fakt, że po weekendzie mężon do pracy nie musi iść, a ja idę na 11 i wyjechaliśmy z miasteczka dopiero w poniedziałek o 6.30. Dojechaliśmy w sam raz, żebym się nie spóźniła :)
Franek czuje się już niezgorzej, choć pobolewa go jeszcze tu i ówdzie, więc dźwiganie i schylanie się jeszcze odpadają. Ale miejmy nadzieję, że się wykuruje do końca tego tygodnia. A tymczasem wykorzystuję fakt, że jest w domu, ma więcej czasu i jest mniej zmęczony :P I na ten przykład nie zmywałam dzisiaj po obiedzie (bo zazwyczaj skoro Franek robi i podaje obiad, to ja po nim zmywam), bo skoro Franek choruje w domu, to otrzymałam od niego dyspensę :)
Całkiem fajnie, jak on jest tyle czasu w domu, choć muszę przyznać, że rano to mi trochę zawadza. Bo zazwyczaj wstajemy razem o 6, on wychodzi o 6.30, a ja mam czas dla siebie do 8.50 lub 10.50 - w zależności od dnia tygodnia. Teraz ja nadal wstaję o 6 a Franek trochę później i jak już wstanie to totalnie dezorganizuje mi cały poranek, choć nie jestem pewna czym. Chyba samą swoją obecnością :P Bo nawet fakt, że robi mi śniadanie nie pomaga i z niczym nie mogę się wyrobić. Dziwne.
Ale jakoś to wytrzymam :P Z kolejnej porcji dobrych wieści: wynagrodzenie frankowe za wrzesień było wyższe o kilka setek od przewidywanego, choć nie bardzo wiemy z czego to wynika :) Czy to jakaś premia, czy nadgodziny, czy może ostatecznie nie potraktowali go jak na okresie próbnym? Nie wiemy, ale skarżyć się nie będziemy :)