*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 30 października 2013

Cisza nocna.

Tym razem mamy problem dużo bardziej prozaiczny w porównaniu do tych innych, z którymi musimy się borykać od jakiegoś czasu i na które niewiele możemy poradzić, tylko musimy się uzbroić w cierpliwość i czekać na rozwój wypadków.

Prozaiczny, ale niestety nie taki błahy, bo bardzo uciążliwy. Problem z sąsiadami. Nigdy nie miałam problemów ze snem. Zasypiałam szybko, budziłam się po ośmiu godzinach wypoczęta. W nocy czasami się na chwilę przebudzałam, czasami nie. Tymczasem od tygodnia - a dokładnie od ubiegłego poniedziałku, kiedy to po raz pierwszy spaliśmy w nowym mieszkaniu, nie przespałam spokojnie, bez stresu i przebudzania się ani jednej nocy. Franek tak samo. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej zmęczona i w sumie zmartwiona sytuacją, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli przejść nad tym do porządku dziennego. 

Tydzień temu napisałam notkę, ale nie opublikowałam jej ostatatecznie bez konkretnego powodu. Oto jej fragment: 

(...)sąsiedzi za ścianą niestety mają włączony telewizor non stop w dodatku na tyle głośno, że go słyszymy. Rozumiem, że ściany są cienkie, ale na pewno głośność jest ustawiona wyżej niż normalnie. Ubolewaliśmy z Frankiem nad tym, że ciągle nie możemy trafić na jakichś normalnych ludzi, którzy zachowują się w miarę cicho po 22giej! Ok, ja rozumiem, że nie każdy chodzi spać tak, jak my. Nie ma przymusu. Ale czy naprawdę nie można zachowywać się w miarę cicho? Już nawet nie chodzi o imprezy (choć to też musieliśmy czasami przeboleć - ale jeśli zdarza się od czasu do czasu, to się nie czepiamy, bo każdemu się należy) - ale o głośne rozmowy, telewizję, muzykę. Czy nie można trochę tego ściszyć skoro trwa cisza nocna? Nie rozumiem tych ludzi.  Ja wstaję o szóstej - czyli wcześniej niż wiele osób. Cisza nocna akurat się kończy, ale to nie znaczy wcale, że włączam radio i telewizor na cały regulator albo wydzieram się zamiast mówić do Franka. Powiedzcie mi (bo przecież wiele z Was chodzi spać późno) czy naprawdę nie da się późnym wieczorem i w nocy funkcjonować ciszej z poszanowaniem tych, którzy chcą spać? Ktoś może uznać, że się czepiam, bo w końcu ktoś sobie tylko telewizję ogląda (to z boku, bo z góry płynęła jakaś muzyka - nie żadna rąbanka, spokojna, nawet przyjemna - ale nie w momencie, gdy miesza się z Polsatem i wtedy, gdy chcę spać). Nie chcę, naprawdę nie chcę wyjść na czepialską (...)

Tak pisałam po dwóch nocach przespanych (albo raczej nie do końca przespanych) w nowym miejscu. W zasadzie nie podchodziłam do tego jeszcze do końca serio, byłam pewna, że tak się po prostu zdarzyło i chociaż doskwierało mi to, to myślałam, że może trochę się czepiam. Generalnie myślałam, że to zwykła sytuacja - dzisiaj wkurzają mnie sąsiedzi, ale za chwilę o tym zapomnę, bo to jednorazowa sytuacja. Ale teraz już tak nie myślę.
Sąsiedzi codziennie wracają do domu w okolicach 22giej. Mniej więcej pół godziny później włączają telewizor a chwilę później radio. Mam wrażenie, że im głośniej on nastawia telewizję, tym głośniej ona słucha muzyki (tak, bo okazało się, że ta muzyka to nie z góry płynie, tylko z tego samego mieszkania). 
Telewizja jest tak głośno, że słyszę dokładnie każde słowo! I ściany na pewno są cienkie, ale dla porównania napiszę Wam, że w tym samym czasie Franek siedzi w drugim pokoju i nie ma zamkniętych drzwi. Też ogląda TV, ale ja nie słyszę jego programu, tylko ten za ścianą! Mało tego - Franek w tamtym pokoju, który jest narożny i jego ściany nie sąsiadują z innymi mieszkaniami,również słyszy telewizję i muzykę sąsiadów!

Wiecie, to jest naprawdę nie do wytrzymania, bo o ile jestem w stanie zasnąć, to budzę się po godzinie i nie mogę zasnąć, bo jest jeszcze głośniej. Od czasu do czasu słychać jeszcze, jak do siebie krzyczą - a jest już po północy. Przysypiamy na chwilę, budzimy się znowu na przykład o drugiej i z ulgą stwierdzamy, że telewizja chyba wyłączona (choć nie zawsze), ale jest to ulga krótkotrwała, bo okazuje się, że muzyka cały czas jest na tyle głośno, że słychać dokładnie jaki to utwór. Śpimy, ale w tle cały czas słyszymy, że jest głośno, więc nie jest to mocny sen. Przebudzamy się o czwartej, a sytuacja jest bez zmian.
Wczoraj uciszyło się o szóstej. Dziś parę minut po piątej. Czy to jest normalne??

Zawsze mieszkałam w bloku i zawsze to sobie chwaliłam. Nie marzę o własnym domu,   a to, że czasami słychać sąsiadów po prostu akceptowałam jako wadę, ale nie taką, żeby obrzydziła mi to mieszkanie (piszę to, bo nie chciałabym, żeby niechcący dyskusja pod postem sprowadziła się do wyższości mieszkania nad domem i na odwrót, bo uważam, że jedno i drugie ma wady i zalety, a co kto wybiera zależy wyłącznie od subiektywnych predyspozycji, przyzwyczajeń i oczekiwań :)). Różne bywały sytuacje, sąsiedztwo bywało mniej lub bardziej uciążliwe. Wkurzaliśmy się czasami na głośną muzykę, albo studentów zbiegających z góry (to w Poznaniu), ale zazwyczaj były to sytuacje sporadyczne, o których wiedzieliśmy, że się skończą np około trzeciej, albo po prostu wiedzieliśmy, że akurat ktoś ma urodziny. 
Zdajemy sobie sprawę z tego, że chodzimy spać stosunkowo wcześnie i nie mieliśmy wielkich pretensji nawet, gdy ktoś zachowywał się dość głośno do północy. Ale tym razem jest inaczej - po pierwsze dlatego, że to trwa calutką noc, po drugie dlatego, że to nie jest jakaś tam okazja, ale wygląda na to, że taki zwyczaj mają ci ludzie. Wracają późno i nie oglądając się na innych włączają i radio i telewizję. Rozumiem, że można oglądać/słuchać nawet całą noc, ale przecież można to robić trochę ciszej. Tymczasem głośność jest na pewno wyższa od standardowej, bo kiedy wyjdzie się na klatkę schodową, wszystko słychać. Kiedy my mamy włączone radio, to ledwo słychać je w kuchni... A w nocy wszystko przecież jeszcze bardziej się niesie.

Franek wczoraj próbował dotrzeć do tych ludzi, ale nie otworzyli mu - nie wiem, czy nie słyszeli pukania, czy nie chcieli otworzyć... Dzisiaj wyjeżdżamy na kilka dni (i nocy), więc odpuścił, ale po weekendzie będzie już dzwonił dopóki mu nie otworzą albo zaczepimy ich na korytarzu w momencie, gdy będą wracać do domu (zawsze to słyszymy).
Nie chcemy żadnych konfliktów, nie chcemy się czepiać. Nigdy w zasadzie nie zwracaliśmy uwagi sąsiadom, nawet jak coś nas denerwowało, bo w dużej mierze hołdujemy zasadzie "wolnoć Tomku w swoim domku", ale to już naprawdę jest trudne do zniesienia. Chcielibyśmy załatwić to polubownie, ale boję się, bo nie wiem co to za ludzie, a zachowują się w moim odczuciu trochę dziwnie. Zwłaszcza, że raz Franek spotkał sąsiadkę na korytarzu i nie odpowiedziała mu na powitanie.
Druga kwestia, która mnie dziwi i powoduje, że czuję się jeszcze gorzej to fakt, że właścicielka mieszkania (notabene zaoferowała, że jako właściciel zadzwoni po straż miejską, gdyby nie udało nam się tego załatwić) mówi, że nikt jej się nigdy na to nie skarżył. Zastanawia mnie też, że innym sąsiadom to nie przeszkadza.

Czy to my jesteśmy jacyś nienormalni? Przewrażliwieni? W gorszych momentach zaczynam tak myśleć. Ale powiedzcie, czy tak powinno być, że o godzinie 3 nad ranem jestem we własnej sypialni i dokładnie słyszę każde słowo filmu, który ogląda sąsiad i wiem, jakiej piosenki słucha sąsiadka?? (bądź na odwrót, ale tak przyjęliśmy sądząc po natężeniu ich głosów, gdy ze sobą "rozmawiają")

Musiałam się chyba trochę wyżalić. Wiem, że ludzie mają większe problemy (sami takie mamy!) i nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego może stanowić kłopot. Ale nigdy dotychczas nie miałam sytuacji, żebym nie mogła spokojnie przespać kilku nocy z rzędu, żebym nie mogła zaznać ani chwili ciszy w godzinach 22-6. Codziennie jestem bardziej zmęczona.

poniedziałek, 28 października 2013

W oczekiwaniu na cios

Od paru dni mamy już w domu internet, ale nadal się jeszcze nie do końca rozpakowaliśmy. Wyjęliśmy to, co najpotrzebniejsze i co stosunkowo łatwo poukładać. Ale w całym mieszkaniu nadal jest jeszcze sporo kartonów, reklamówek albo drobiazgów, które na pewno nie są do wyrzucenia, ale nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić i gdzie je położyć. Dlatego z komputerem mi zdecydowanie nie po drodze, praktycznie go nie włączam, bo nawet usiąść się nie da wygodnie.

Niestety, ale chyba osiągnęłam ten straszny stan, kiedy zwyczajnie boję się cieszyć. Z czegokolwiek. Dzień mija za dniem, nie zalewam się codziennie łzami, ale na sercu jest mi bardzo ciężko. Ja nie lubię taka być i w zasadzie to chyba nie do końca lezy w mojej naturze. Umartwianie się mnie męczy i zazwyczaj mimo wszystko prędzej czy później dochodzę do siebie i nawet pomimo problemów, potrafię się odciąć i cieszyć się drobiazgami, odsuwając trochę to, na co nie mam i tak wpływu. Ale teraz jest inaczej. Owszem, pozwalam sobie na drobne przyjemności, robię to, co do mnie należy, wolny czas spędzamy nawet w miłej atmosferze. Ale gdy tylko zaczynam się rozluźniać i myśleć o tym, że jakoś to będzie, a teraz skupię się na tym albo na tamtym, bo to takie przyjemne, jakaś część mnie przywołuje mnie do porządku. Nie pozwala mi na to rozluźnienie i nie pozwala mi na choćby chwilowe beztroskie oddanie się delektowaniu chwili. Nie. Tak naprawdę czekam na kolejny cios. Bo już zbyt wiele razy w ciągu ostatnich - nawet nie miesięcy, a tygodni! - myślałam, że będzie dobrze, że przecież się ułoży, że musi wreszcie się poukładać, że najważniejsze to cieszyć się z tego, co się ma i zachowywać odpowiednią hierarchię wartości, a reszta sama przyjdzie. Starałam się być szczęśliwa - mimo wszystko. I udawało mi się to. Ale widocznie mi się to nie należy. Chwilami mam wrażenie, jakby złośliwy los obserwował mnie z boku i myślał sobie: "tak już ci dokopałem, a ty się nadal cieszysz, to ciekawe co powiesz na to?" i łup, kolejna zła wiadomość! Kolejne zmartwienie! Pozbierałam się już parę razy, ale teraz już chyba złośliwy los osiągnął swój cel, bo już nie chcę go kusić. Boję się, że spadnie na mnie kolejna przykra informacja w chwili, gdy stwierdzę, że przecież nie jest tak źle.

W każdym razie w ostatnich dniach znowu otrzymałam przykre wiadomości. Franek nie może iść do pracy - we wtorek kończy mu się zwolnienie, ale w sobotę miał wizytę u lekarza i ten kazał mu przyjechać jutro po kolejne L4. Nie może schylać się ani dźwigać i nie do końca wiadomo, co ma z tym kręgosłupem. Na co dzień już go aż tak nie boli - raczej po prostu odczuwa dyskomfort - ale i ortopeda i neurolog niezależnie od siebie stwierdzili, że to nie wygląda dobrze. Tymczasem dostał skierowanie na rezonans magnetyczny i właśnie wspomniane zwolnienie - chociaż jeszcze nie wiem, na jak długo. Cóż, prawdopodobne wcześniejsze wypowiedzenie w takim razie odwlekamy tylko w czasie. Przykro mi tylko, że to naprawdę kiepsko wygląda :( Franek nie jest typem kombinatora i osoby, która się miga od pracy, ale ci ludzie go nie znają i niestety tak mogą go postrzegać, a to bardzo krzywdząca opinia.
A to i tak nie wszystko, bo okazało się też, że moja mama ma dość poważny problem ze zdrowiem. Jest już zapisana na operację, tyle, że za trzy lata, bo takie są terminy. Do tego czasu po prostu będzie obserwować, jak rozwija się choroba, gdy okaże się, że postępuje, nie będzie innego wyjścia, jak zrobić operację prywatnie i zapłacić te kilka tysięcy.
Naprawdę myślę sobie ciągle - co jeszcze??
Ale i tak już chyba się trochę uodporniłam na tego typu wiadomości, o ile w ogóle można tak do tego podejść i tak to nazwać.Po prostu nie tąpnęło mną to wszystko aż tak bardzo, jak mogłabym się spodziewać. Martwię się, oczywiście, ale całe to moje odczuwanie jest jakieś przytępione. Jakbym zobojętniała. Jak się człowiek spodziewa ciosu, to jednak boli mniej. Można więc powiedzieć, że ta taktyka, którą nieświadomie przyjęłam w konfrontacji ze złośliwym losem trochę działa.

No proszę, a wiecie, że ta notka miała być zupełnie o czymś innym? Usiadłam, zaczęłam pisać i popłynęło... Cóż, widocznie to właśnie mi w duszy gra i możecie być tego świadkami, czytając mój wpis.
Trudno mi się pisze, gdy jest mi smutno. Nie mam tej lekkości, nie czuję tego podekscytowania, brak mi radości, którą staram się wyrażać słowem pisanym. I właściwie tak samo jest w życiu.