*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 9 lipca 2014

Koniec I trymestru?

Znak zapytania stąd, że właściwie to nie wiem, czy już dziś zaczęłam II trymestr, czy dopiero za tydzień, bo w różnych źródłach podane jest inaczej. Ale niech będzie, że dziś ;) Na dzisiaj mam też wyznaczony termin USG i po raz drugi zobaczymy Naszego Tasiemca* tudzież Tasiemkę :) Nie powiem, żebym była spokojna, bo wcale nie jestem i chwilami nawiedzają mnie jakieś czarne wizje... To już niedługo. Mam nadzieję, że się uspokoję**

Jak mi minęło te dwanaście tygodni? Powiem Wam, że już mnie wcale nie dziwi, że są kobiety, które przez kilka pierwszych miesięcy nie mają pojęcia, że są w ciąży! Gdyby moje cykle były bardzo nieregularne albo gdybym ich nie śledziła (przecież się zdarza), to też mogłabym tego pojęcia nie mieć! Mogę powiedzieć, że dotychczas moja ciąża przebiega bardzo nieksiążkowo - nie miałam prawie żadnych dolegliwości, które podobno są w standardzie :)
Można powiedzieć, że czułam się rewelacyjnie. Owszem, dolegało mi czasami to i owo, ale nawet nie wiem, czy wiązać to bezpośrednio z ciążą - pewnie ona jest ich przyczyną, ale równie dobrze mogłabym to sobie wytłumaczyć czymś innym. Przez pierwsze tygodnie prawie codziennie bolał mnie brzuch - odczuwałam takie kłucie, ale teraz zdarza się już dużo rzadziej. Nie byłam w ogóle senna (właściwie wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że nigdy nie potrzebowałam mniej snu niż teraz, co mnie wkurza :/), nie męczyły mnie nudności - może czasami było mi trochę niedobrze, ale ja tak miewałam też w normalnych okolicznościach. Był jeden tydzień, kiedy faktycznie w nocy albo rano się obudziłam i było mi niedobrze, ale nie tak, że brało mnie na wymioty, raczej czułam się jak na gigantycznym kacu :)) Tak, to najlepsze porównanie :)
Na początku prawie nie miałam apetytu, potem już mi wrócił, ale jem normalnie, nie za dwoje :) Jem tak, jak zawsze mniej więcej pięć posiłków dziennie co dwie-trzy godziny, ale zauważyłam, że poczucie głodu jest bardziej dojmujące niż dotychczas. Kiedy jestem głodna to po prostu muszę coś zjeść, nie mogę tego zignorować. Niestety wiąże się to z tym, że musiałam zacząć jeść kolacje - zawsze ostatni posiłek jadałam około 17/18 i był to po prostu obiad. Teraz muszę coś lekkiego zjeść około 20, w przeciwnym wypadku budzę się w nocy i nie mogę zasnąć, bo tak mnie boli żołądek z głodu - muszę podreptać po kawałeczek suchego chleba. Jem tak na śpiąco, z zamkniętymi oczami, żeby za bardzo się nie rozbudzić :) 
No właśnie, budzenie się - to jest chyba moja najpoważniejsza ciążowa dolegliwość. Mam kłopoty ze spaniem! Zasypiam bez problemu, ale często noc mam niespokojną, a najgorsze jest to, że budzę się nad ranem (najczęściej punktualnie o 4:30!) i nie mogę potem zasnąć. I to bez znaczenia, czy kładę się o 22, czy o północy! Oznacza to więc, że bywają dni, kiedy śpię niewiele ponad cztery godziny i potem w ciągu dnia jestem zmęczona (choć nie śpiąca) :( To mi najbardziej doskwiera :( I gdzie te wszystkie opowieści o tym, jak to ciężarne potrzebują więcej snu? :/ Jeśli chodzi o typowe objawy, to jeszcze muszę często biegać do toalety, bo co chwilę chce mi się sikać. Mimo, że piję niewiele - bo pić to mi się nigdy bardzo nie chciało i teraz nadal mi się nie chce. Wiem, że piję dużo za mało, ale jakoś po prostu mi się nie chce a zmusić się nie potrafię. Właśnie teraz zrobiłam rachunek sumienia, dzisiaj w sumie wypiłam jakieś pół litra płynów... No i szklankę koktajlu malinowego własnej roboty, więc to można chyba też zaliczyć :)
I to właściwie tyle. Bardzo się cieszę, że tak łagodnie przeszłam przez ten pierwszy trymestr, bo zawsze najbardziej tego się obawiałam - czy będę w stanie normalnie funkcjonować. 

Na razie jeszcze nic po mnie nie widać. Wydawało mi się tydzień temu, że brzuch jakby trochę się powiększył, ale chyba jednak nie. W każdym razie nikt tego nie widzi, nawet dzisiaj u lekarza, gdy wchodziłam do gabinetu, to zapytał w jakim celu przyszłam,  na co mu lekko zdziwiona odpowiedziałam, ze na kontrolę, bo zaczynam właśnie 13 tydzień. A on wtedy: "aa, to trzeba było tak od razu, pani taka chuda szprotka, to nic nie poznać" - a dodam, ze ubrana byłam w bardzo obcisłą tunikę. Na razie od początku ciąży, mimo, że nie wymiotowałam, schudłam 1kg, a zapewniam, że jadam normalnie (* stąd właśnie Tasiemiec :P). Ale pewnie już koniec tego dobrego, bo podobno teraz mój metabolizm mocno zwolni.

**No właśnie, jeśli chodzi o wizytę.. Bo zaczynałam tę notkę dużo wcześniej, ale nie zdążyłam jej dokończyć i już jestem po wizycie... Na oko lekarza wszystko jest dobrze. Zdziwiliśmy się z Frankiem, jak Dzieciak urósł :P, mimo, ze mierzy dopiero 5,5 cm, ale różnica jest. Dostaliśmy zdjęcia z USG, cóż Wam powiem, do mnie to na pewno podobne nie jest, bo wygląda jak jakiś ufoludek :P No i lekarz jednak zabrał się za sprawdzanie płci :( Zdziwiłam się, bo wydawało mi się, że za wcześnie. No i chyba jednak chłopiec :(( Lekarz obstawia 2 do 1 chłopaka. A jak już nos zobaczył, to stwierdził, że na pewno, bo powiedział, że dziewczynki mają ładne malutkie noski a nie takie nochale (no to już wiadomo, że nos po mamusi). Echh, naprawdę chciałabym, żeby to jednak była pomyłka. Oczywiście, najważniejsze, że zdrowe! To zawsze najważniejsze. Ale ja tak marzę o dziewczynce :( Wiem, że wiele osób mnie nie zrozumie, bo zazwyczaj rodzicom jest wszystko jedno. A ze mną jest inaczej - drugi już może być chłopiec, ale pierwszą strasznie chciałam córeczkę i nie potrafię sobie za Chiny wyobrazić innej opcji. Ale coś tak przeczuwałam, że skoro wszyscy dookoła mają dziewczynki, to dla mnie już nie wystarczy.
Przynajmniej się uspokoiłam, bo naprawdę się trochę martwiłam, że coś jest nie tak. Nawet myślałam sobie, że małe nie rośnie, skoro niczego po mnie nie widać a ja nie mam żadnych objawów... Ale okazało się, że jest dobrze. No to oby tak dalej :)

Wybaczcie tę monotematyczną notkę, wiem, że dla niektórych jest pewnie nudna :) Ale od czasu do czasu coś w temacie napisać trzeba :)

Ps. Wie ktoś, co może oznaczać poziom limfocytów poniżej normy? Tak mi wyszło w badaniu krwi, a wizytę u mojej lekarki prowadzącej mam dopiero za 2 tyg.

wtorek, 8 lipca 2014

Inny smak piłki.

Bardzo rzadko mi się to zdarza - żeby nie napisać, że nigdy - żebym z takimi odczuciami wracała z weekendu :( Żal mi, bo wiele rzeczy poszło nie tak, jak powinno.Z perspektywy czasu żałuję, że choć wiedziałam, czego się spodziewać, nie przygotowałam się na to lepiej, a wręcz nastawiłam się nieco negatywnie. Jestem zła na siebie i jest mi trochę przykro, mimo, że wszystko jest niby w porządku. Ale ja nie lubię po prostu takich sytuacji. Ech, muszę chyba zmienić temat.

O Mundialu jeszcze w tym roku nie było! A przecież zawsze przy takich piłkarskich okazjach ten temat się u mnie na blogu pojawia :)) A tu już mistrzostwa prawie się kończą, mamy półfinały a ja pół słowa nie wspomniałam. 
W tym roku Mundial ma inny smak. I to nie tylko dlatego, że nie ma smaku żółtego Reddsa, po którym nadal mam żałobę, ani nie dlatego, że nawet, gdyby Reddsa nadal produkowali, to i tak nie mogłabym go wypić. Swoją drogą - zawsze mówiłam, że jeśli kiedyś będę w ciąży to najbardziej będzie mi brakowało piwa! Dziewczyny (zazwyczaj w rodzinie Franka, bo tak poza tym, to nie mam za bardzo styczności z ciężarnymi), które miały już ciążę za sobą twierdziły, że w ogóle się o tym nie myśli i że gadam głupoty. Cóż, może one nie myślały! Ja piwo bardzo lubię i choć nie piłam z jakąś wielką regularnością, to denerwuje mnie, że teraz nie mogę ot tak, po prostu się napić i muszę zadowolić się niuchem z kufla Franka :) Pachnie bosko! :) Wracając jednak do mundialowego smaku -  doskwiera mi, że mecze są późnym popołudniem a teraz już tylko późnym wieczorem i to też powoduje, że nie jest tak, jak zawsze było, bo często drugą połowę oglądam już śpiąc :) Poza tym, nie było upałów, a te też zazwyczaj kojarzyły mi się z tym świętem piłki. Pomijam już to, że z tymi mistrzostwami już zawsze będzie mi się kojarzyła historia Wielkiej Brytanii, bo w 2006 roku to właśnie przy meczach uczyłam się na egzamin :) Zdałam na 5 ;) Śmiejemy się z Dorotą, że to dlatego, ze oglądałyśmy je bez głosu - w każdym razie tak właśnie doradziła Dorota swoim studentom, którzy tłumaczyli jej się z nieprzygotowania tym, ze oglądali do późna mecz :))
No inny smak ma ten Mundial. Ale to pewnie dlatego, że wszystko wokół mnie tak bardzo się zmieniło...

Niemniej jednak nadal lubię te mistrzostwa, mimo, że... Cóż, chciałoby sie napisać, że nie lubię piłki nożnej, ale nie wiem, czy to się nie wyklucza z tym pierwszym :D W każdym razie, przy żadnej innej okazji meczów nie oglądam, a Euro i Mundial tak. Myślę, że jestem pod tym względem wymarzoną żoną dla Franka, bo nie dość, że mu nie marudzę i nie jestem nadąsana, że ośmielił się obejrzeć mecz, to oglądam razem z nim - nawet jeśli przysypiając ;) Nie mam Frankowi za złe nawet tego, że piłkę kopaną ogląda także "poza sezonem" i na przykład w środy nie mogłam oglądać Bitwy o dom, bo leciała Liga Mistrzów :) Jak nietypowa niewiasta, mimo wszystko potrafię zrozumieć, że on po prostu lubi piłkę nożną (choć nijak nie potrafię zrozumieć za co :)) i cieszę się, że nie jest to jakieś fanatyczne uwielbienie :) A na czas mistrzostw czuję się nawet taka wtajemniczona i lubię to wspólne zasiadanie przed telewizorem albo wysyłanie Frankowi smsów z wynikiem, kiedy akurat musi być w pracy.

I jak zawsze, trochę mi szkoda, ze Mundial dobiega końca (chociaż oczywiście, gdyby odbywał się częściej lub trwał dłużej, to już nie byłby dla mnie atrakcją - żadnej Ligi Mistrzów ani rozgrywek ligowych nie oglądam ani się nimi nie interesuję), mimo, że te ostatnie mecze nie są z udziałem drużyn, za które trzymałam kciuki. O właśnie! To też właśnie świadczy o tym innym smaku niż zwykle! Wyjątkowo w tym roku niemal każda drużyna, za którą trzymałam kciuki przegrywała! Nie wiem, chyba straciłam swoją moc przynoszenia szczęścia :D