*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 24 lutego 2015

Kryzys

Przechodzę jakiś bardzo poważny kryzys :( Jeśli to możliwe, żeby baby blues dopadał prawie dwa miesiące po porodzie, to zdecydowanie mnie dopadł. Pewnie nie bez znaczenia jest to, co ostatnio pisałam o Franku. Niestety, niewiele się poprawiło. Może już tak na mnie nie warczy, ale do sielanki daleko.
Na pewno dobija go też to, że nie jestem w najlepszej formie psychicznej. Chciałabym z nim porozmawiać, chciałabym usłyszeć od niego coś, co podniesie mnie na duchu, chciałabym się po prostu mu wyżalić. A tymczasem on nie chce ze mną rozmawiać, tłumaczy, że jest zmęczony, że nie ma do tego głowy. To powoduje, że jest mi jeszcze bardziej smutno i to z kolei jego wkurza jeszcze bardziej. Już przez coś takiego przechodziłam z nim, zawsze było mi wtedy ciężko, ale wiedziałam, że prędzej, czy później to minie. Teraz jest dużo trudniej, bo jest przecież jeszcze ten mały człowieczek. Można powiedzieć, że sprawca tego całego zamieszania.

Od jakiegoś już czasu noszę się z zamiarem napisania notki o tym, jak minął nam pierwszy miesiąc razem i pierwszy miesiąc w domu. Ale nie jest to łatwe, bo miałam na głowie kilka innych zaległych spraw i nie mogłam się do tej notki przyłożyć, a teraz chyba nie jestem w nastroju do tego, mimo że niedługo Malutki będzie miał już dwa miesiące.
Muszę poczekać na lepsze dni, bo na razie pewnie ta notka byłaby wypaczona przez moje negatywne emocje. Negatywne nie w sensie złości, tylko tego przeogromnego smutku, który mnie wręcz osacza od paru dni. Nie pamiętam, żebym się tak kiedykolwiek czuła, a dzisiaj już pobiłam wszelkie rekordy, bo łzy leją się ze mnie strumieniami od momentu, kiedy tylko otworzyłam oczy. Nie umiem sobie ze sobą poradzić. Mam też wrażenie, że nie umiem poradzić sobie z Wikingiem. Kiedy on płacze, ja płaczę również, tuląc go z całej siły do siebie i całując go w główkę i buzię. Ale co gorsza, kiedy nie płacze, to ja nadal ryczę. Patrzę na niego, kiedy dokazuje sobie przez chwilę na bujaczku albo kiedy śpi i też płaczę - wcale nie ze wzruszenia, tylko ze smutku właśnie. I żalu, że on jest taki malutki, taki słodki, bezbronny i nieporadny i trafiła mu się taka słaba matka.

Nigdy nie liczyłam na to, że macierzyństwo to bułka z masłem. Przecież długo trwało zanim się w pewnym sensie (bo nie całą sobą) na to zdecydowałam, ale wiedziałam, że nie jestem stworzona do tego, żeby być matką niemowlaka. Miałam jednak nadzieję, że jakoś sobie poradzę. Przez całe dziewięć miesięcy nastawiałam się na to, że będę musiała wiele rzeczy w swoim życiu pozmieniać. Starałam się ze wszystkim "wyrobić", żeby się przygotować na czas, kiedy Tasiemiec się już urodzi. Nastawiałam się na zmiany również psychicznie. I te zmiany oczywiście są - ogromne. Trzeba było nieco przemeblować swoje życie. Ale okazało się, że akurat to wcale nie jest takie straszne. Najgorsze jest dla mnie poczucie, że coś robię nie tak i stres, który codziennie mi towarzyszy. Budzę się rano i już stresuję się tym, jak będzie wyglądał ten dzień. Nie musi nawet wcale wyglądać źle, ale sam fakt, że nie wiem, jaki będzie i że nie mam nad tym praktycznie żadnej kontroli mnie przeraża. A najbardziej stresuję się popołudniu, kiedy wiem, że lada moment Wiking się obudzi i rozpłacze. To właśnie płacz jest źródłem mojego stresu. Tak, ja wiem, dzieci płaczą. Ale chyba jest mi się z tym trudno pogodzić. Poza tym nasz Wikuś chyba płacze wyjątkowo dużo. Może być najedzony, przewinięty i wyspany - ale i tak płacze. I wtedy jestem bezradna. Próbuję się nim zajmować (a nie jest to łatwe z takim maleństwem! naprawdę nie umiem zabawiać niemowlaków, choć bardzo się staram!) - mówię do niego, robię mu masaż, zabawiam grzechotką, puszczam pozytywkę, przytulam, noszę, klepię po pleckach... Jeśli te trzy wcześniejsze warunki są spełnione to zazwyczaj te rzeczy pomagają - ale tylko na chwilę, bo dziecko nam się bardzo szybko niecierpliwi (bywa, że dosłownie po dwóch minutach), a jak się niecierpliwi, to od razu w płacz. Czasami też wcale nie jestem pewna, czy te warunki aby na pewno są spełnione - a przynajmniej pierwszy i trzeci... 
Nie oddałabym tej naszej małej mordki nikomu i nie zamieniłabym Wikusia na nikogo innego, bo naprawdę pokochałam go w sposób najbardziej naturalny w świecie i uwielbiam go. Nie uważam się też za złą matkę, bo chcę dla niego jak najlepiej i próbuję robić wszystko, żeby było mu dobrze. Poświęcam mu swoją uwagę i daję całe pokłady ciepłych uczuć, sama siebie zadziwiając czasami ich wylewnością. Więc nie, nie jestem złą matką. Ale chyba trochę słabą, zwłaszcza psychicznie. No i naprawdę nie wiem, gdzie jest ta cała radość z macierzyństwa, bo choć są oczywiście chwile piękne (o których być może napiszę w tej zaległej notce), to na razie ten stres w dużej mierze mi je przesłania.
Myślę, że Franek też sobie słabo radzi psychicznie z tym płaczem Małego i to również może być przyczyna tych jego fochów :( 

***
Zaczęłam pisać tę notkę koło południa, ale później musiałam zająć się dzieckiem, które się obudziło. Kilka godzin później perspektywa trochę mi się zmieniła - być może zawstydziłam się nawet tej chwili słabości, ale postanowiłam, że jednak opublikuję tę notkę, bo przecież to były szczere emocje.
U schyłku dnia mogę obiektywnie powiedzieć, że wcale nie był taki najgorszy. Jasne, że Wiking płakał, ale tragedii nie było. A ja i tak czułam się fatalnie i wylałam morze łez :( Nic na to nie mogłam poradzić. 
Z Frankiem wieczorem jakby lekko się poprawiło, ale jeszcze nie wiem, czy jesteśmy na dobrej drodze. Wszystko zależy od niego. Idę spać w miarę neutralnym nastroju, ale któż wie, w jakim obudzę się jutro...?


piątek, 20 lutego 2015

Raczej smutno

No i ciotka Dorotka pojechała :( Jak zwykle mnie to dołuje! A ciocia radziła sobie z Wikingiem wręcz doskonale. Przyznam, że nawet się tego nie spodziewałam (nie mówiąc już o tym, że wcale nie oczekiwałam od niej tego, że będzie w ogóle chciała się nim zajmować), a tymczasem nie było problemu z tym, żeby go wzięła na ręce, zagadała do niego, uspokoiła... Sama nie ma styczności z takimi małymi dziećmi, więc absolutnie nie zdziwiłoby mnie, gdyby się raczej do Wikusia wolała nie zbliżać, a nie dość, że się zbliżała, to jeszcze wchodziła w bezpośrednią interakcję ;)
Przyznać muszę, że dziecko było w te dni jakoś wyjątkowo spokojne, a już na pewno dużo spokojniejsze, niż w czasie, kiedy była u nas teściowa. Mama Franka chyba jest przekonana, że on cały czas płacze... Kiedy pojechała i Wiking był spokojny, Franek się śmiał, że trzeba go nagrać i wysłać jej filmik, bo na pewno nie uwierzy :) 
Wieczorem, kiedy Wiking był nakarmiony, wykąpany i właśnie zasypiał, mówię do niego:
- No, może jednak nie jesteś aż tak trudny w obsłudze?
- Jak to facet! - podsumowała Dorota :)

Innym razem z kolei ciocia uspokoiła marudzącego Wikusia chodząc z nim trochę po pokoju. Cisza trwała już przez dłuższy czas, ale nagle słyszymy stękanie. Dorota mówi: O, i dziecko się zepsuło!

Pojechała wczoraj rano. Już mi tęskno i smutno. Pociesza mnie to, że jutro przyjeżdżają moi rodzice na weekend, chociaż już się martwię, że od poniedziałku znowu będę sama. W ogóle to jestem dzisiaj w kiepskim nastroju "dzięki" Frankowi. Już właściwie wyzdrowiał. Ale warczy ciągle na mnie i w ogóle jakiś wściekły chodzi. Jest mi przykro, bo nie da się z nim w ogóle rozmawiać. W zasadzie w ogóle nie mogę się do niego odzywać, bo za to obrywam. Smucę się z tego powodu i obrywa mi się jeszcze bardziej - za ten smutek. 
W dodatku odnoszę wrażenie, że przez te dni, kiedy chorował i był prawie całkiem z wiadomych względów odizolowany od nas (w takim sensie, że siedział cały dzień zamknięty w drugim pokoju), a przede wszystkim od dziecka to się... odzwyczaił.Wiadomo, że nie od dziecka, ale wydaje mi się, że ma teraz mniej cierpliwości :( Wcześniej było tak, że kiedy na przykład Wikuś płakał, to Franek uspokajał go do skutku, teraz już po chwili oddaje go mnie (czego zupełnie nie rozumiem, bo przecież potrafił sobie świetnie w takich sytuacjach poradzić, na początku zresztą dużo lepiej ode mnie, bo ja się szybko stresowałam). To tylko kilka dni, a naprawdę mam wrażenie, jakby zmieniły bardzo dużo.
I naprawdę, ta wściekłość w jego oczach! (nie na dziecko, tylko tak, jak napisałam wyżej, cały czas chodzi wściekły, a mnie się obrywa)  Być może pożałuję tej notki, bo piszę ją pod wpływem emocji, ale naprawdę jest mi w takich momentach bardzo źle. Nie wiem co robić i nie wyobrażam sobie, żebym miała to wytrzymać na dłuższą metę. Mam ochotę uciekać. Gdyby nie to, że w przyszłym tygodniu mam wizytę u lekarza, to chyba zabrałabym się z rodzicami do Miasteczka (zabierając dziecko oczywiście) :( 
Jak tak to ma wyglądać, to ja dziękuję bardzo! Nie wiem, co mu się stało, ale takiego męża to ja nie chcę.