*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 29 kwietnia 2015

Różnie się w życiu plecie...

Podczas chrztu skupiona byłam na mszy. Na tyle, na ile było to możliwe, bo niestety odkąd chodzimy z Wikusiem do kościoła, moje skupienie już nie jest maksymalne, mimo, że to Franek trzyma pieczę nad wózkiem, ja cały czas zerkam w tamtą stronę, ale ksiądz (ten sam, który chrzcił zresztą) przy ostatniej spowiedzi powiedział, że na pewno jest mi to wybaczone :)) W każdym razie, skupiona byłam na mszy oraz na zachowaniu Wikinga, więc na inne refleksje już mi nie pozostało za wiele czasu. Ale nieco później przypomniałam sobie, co się działo równo rok temu...

Otóż w ostatnią kwietniową niedzielę roku 2014, czyli  27 kwietnia byliśmy w Poznaniu i prawie o tej samej godzinie uczestniczyliśmy we mszy, na której chrzczona była kuzynka Wikinga - ta, która urodziła się 7 stycznia 2014, siostra frankowej chrześnicy. 
Pamiętam dokładnie tamten dzień i tamtą mszę, bo dopadł mnie wtedy jakiś dziwaczny nastrój. Złapałam coś w rodzaju doła, kiedy patrzyłam na brata oraz kuzyna Franka, którzy mają już pełną rodzinę z dwójką dzieci (nie wiedzieć czemu, zawsze model 2+2+pies wydawał mi się najbardziej idealny; chociaż to pewnie dlatego, ze sama się w takiej rodzinie wychowałam), własne mieszkania oraz mniejsze i większe problemy (z pracą wcale nie było u nich całkiem kolorowo) i myślałam sobie, że chyba nigdy w życiu do takiego momentu nie dobrniemy. Nie pocieszało mnie nawet to, że jeszcze mamy czas (bratowa Franka jest starsza ode mnie o 11 lat, żona kuzyna o 10).
Uczestniczyłam w tej mszy aktywnie, ale myśli moje krążyły wciąż wokół tematu pracy, mieszkania i życia w ogóle. Franek zatrudniony na umowę zlecenie - z perspektywą zatrudnienia w Nie-Zielonej firmie, ale gwarancji nie było. Stresowaliśmy się kolejnymi testami i rozmowami, na które miał się stawiać. U mnie w firmie cały czas niepewność, każdy kolejny dzień mógł być tym, gdy się okaże, co z nami będzie. Z jednej strony chciałam wiedzieć, z drugiej myślałam sobie, że im dłużej to trwa, tym dłużej mam gwarancję zatrudnienia... Te kwestie powodowały, że nie mogliśmy myśleć o własnym kącie, który w pewnym sensie był dla mnie gwarancją jakiejś stałości. Z dala od rodziny, znajomych, trochę samotni, byliśmy skazani tylko na siebie. Piszę w czasie przeszłym, bo odnoszę się do tego, o czym myślałam wtedy, ale to wszystko przecież jest jak najbardziej aktualne dziś. Nie mamy mieszkania, nie wiemy, co z nami będzie, gdzie ostatecznie wylądujemy, bo choć teraz mieszkamy w Podwarszawie, to nie wiadomo przecież co będzie za pół roku. Szans na stabilizację i własny kąt nadal nie mamy żadnych. Tylko jedno się zmieniło (poza tym, że teraz nie boję się już o to że stracę pracę, a o to, że jej nie znajdę)... No właśnie...

To była jedna z naprawdę nielicznych chwil (z pewnością mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki i może nawet wszystkich bym nie wykorzystała :)), kiedy przeszło mi przez myśl sobie tak na serio, że w zasadzie tego dziecka to nam trochę brakuje i że gdyby nie nasza sytuacja, to pewnie już byśmy je mieli... Myślałam o tym, że w tych okolicznościach nigdy nie będziemy się mogli na nie zdecydować i że wobec tego pewnie nigdy nie będziemy mieć tej wymarzonej rodziny, nie mówiąc już o tym, że przecież wcale nie wiemy, czy w ogóle możemy mieć dzieci. Naprawdę nie wiem, co mnie naszło, żeby tak nagle o tym myśleć, ale pamiętam wyraźnie ten smutek i żal do życia, że tak się toczy, że nie mam wpływu na tyle rzeczy, że nie możemy realizować swoich pragnień i potrzeb, bo hamuje nas niepokój o jutro.

Nigdy się nie dowiem, czy już wtedy byłam w ciąży, czy dopiero kilka dni później pojawiło się we mnie to nowe życie. Faktem jednak dla mnie jest to, że wymodliłam sobie to, co jest dzisiaj. Bo modliłam się po prostu o to, żeby jakoś się to poukładało. "Jakoś", bo sama nie wiem, co byłoby dla mnie najlepsze. Pisałam już o tym, więc wiecie, że mimo, iż Franek już wcześniej mówił o powiększeniu rodziny, ja cały czas byłam na etapie "chciałabym, a boję się" i nie potrafiłam podjąć żadnej decyzji w tej kwestii. Wydaje mi się, że czasami były wręcz momenty, gdy podświadomie uciekałam od tego (tuż po tym, kiedy zgodziłam się z Frankiem, że może warto po prostu wyłączyć myślenie, mój cykl totalnie zwariował).
Z perspektywy tego wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu minionego roku, trudno mi nie dostrzec, że moje modlitwy zostały jednak wysłuchane, bo mimo wszystko "jakoś" się to poukładało. Nie mam pracy, to fakt. I wiecie doskonale, jak bardzo to przeżyłam (i przeżywam w dalszym ciągu, choć wiedząc, że niczemu dobremu teraz to nie służy, odsunęłam myśli na ten temat na dalszy plan). Jednak jestem przekonana, że Wiking pojawił się w najlepszym momencie. Nie czułam się na to gotowa, ale miesiąc, dwa później i dziś bylibyśmy z dzieckiem, za to bez środków do życia, bo nie przysługiwałby mi zasiłek... Z kolei gdyby to było jeszcze później, to Wikinga nie byłoby dzisiaj w ogóle i nie wiadomo, przez ile miesięcy a pewnie nawet lat, by się nie pojawił... Tak bardzo się cieszę, że jednak jest z nami, że już go mamy, niezależnie od tego, co się wydarzy w bliższej lub dalszej przyszłości.

Dlatego cieszę się, że rok temu pozwoliłam sobie na tę chwilę słabości. Poza tym tak sobie myślę, że przecież wtedy wydawało mi się, że dziecko to ostatnia rzecz, która może i powinna się nam "przytrafić". Dzisiaj własne mieszkanie, poczucie stabilizacji i przynależności do miejsca, dobra praca... - to są rzeczy, które wydają mi się nieosiągalne. Może więc i tu powinnam po prostu poczekać i zobaczyć, co się wydarzy, bo okazuje się, że w życiu naprawdę różnie może być. Poczyniłam zresztą ku temu jakieś kroki, bo przestałam wreszcie myśleć tak dużo o tym co będzie. Nie zmieniło to niczego a już na pewno nie zmniejszyło mojego niepokoju, ale przynajmniej w teraźniejszości żyje mi się spokojniej...

Wiem, że wiele z Was ta notka zaboli - z różnych, dobrze Wam znanych przyczyn. Mam jednak nadzieję, że to tytułowe "różnie" co się w życiu plecie, okaże się dla nas wszystkich bardzo pomyślne i że doświadczymy tego nie raz.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Dziecko Boże

Nasz Wiking ma już pierwszą uroczystość na swoją cześć za sobą. Co prawda większą część imprezy przespał, ale w najważniejszego momentu nie :) Ale od początku...
Chrzest planowaliśmy zrobić trochę wcześniej, ale święta wielkanocne pokrzyżowały nam plany i okazało się, że najlepszym terminem będzie dopiero ostatnia niedziela kwietnia. Przystaliśmy na niego i już od ponad miesiąca mogliśmy się do tego dnia przygotowywać. Kupiliśmy Wikusiowi ubranko - a nawet dwa :P, bo się nie mogliśmy zdecydować, zrobiliśmy listę gości i zarezerwowaliśmy miejsce w restauracji. No i oczywiście poszliśmy do spowiedzi i zebraliśmy potrzebne dokumenty i zaświadczenia. 
Początkowo przeszło nam przez myśl, żeby zorganizować chrzciny w domu, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu - a ściślej moja mama i teść dość skutecznie nam ten pomysł wybili z głowy. Teraz się bardzo z tego cieszę, bo okazało się, że w sobotę Franek pracował w takich godzinach, jak jeszcze nigdy 9-19! Nie mam pojęcia, jak byśmy przygotowali przyjęcie, gdybym została z tym sama. To znaczy z Wikusiem, ale to akurat chyba tylko utrudniałoby sprawę :) W każdym razie zarezerwowaliśmy miejsce dla dwunastu osób w karczmie ze swojskim jedzeniem. Na uroczystość zaprosiliśmy najbliższą rodzinę i Dorotę oczywiście :) Pierwszy gość - moja siostra, która została chrzestną Wikinga - przyjechała już w piątek. W sobotę przyjechali moi rodzice oraz brat Franka z rodziną, a w niedzielę pozostali.

Do kościoła Wikuś chodzi z nami regularnie - pierwszy raz na niedzielną mszę poszedł kiedy jeszcze nie miał trzech tygodni nawet :) W zasadzie zawsze drzemał - od czasu do czasu przebudzając się tylko i potem z powrotem zapadał w sen. Dopiero tydzień temu rozpłakał się na mszy tak bardzo, że Franek musiał z nim wyjść i już nie wrócił. W ogóle od tej niedzieli Wikuś miał nieco gorsze dni i trochę się obawialiśmy, jak to będzie - w piątek na mszy przed spotkaniem dotyczącym chrztu obudził się i rozpłakał w czasie ogłoszeń (na co ksiądz powiedział, że musi się spieszyć, bo dziecko popędza ;P). Bałam się trochę, jak to będzie wobec tej zmiany przyzwyczajeń, zwłaszcza, że chrzest był po mszy odprawianej o godzinie 13 tej a to nie jest czas drzemki Wikinga... I rzeczywiście, kiedy wyszliśmy z domu, Dzieciak ani myślał zasnąć. Leżał przez jakiś czas spokojnie w wózku, po czym zaczął kwilić i stękać. Wiedzieliśmy, że dopiero się rozkręca, więc aby temu zapobiec, wyjęliśmy go z wózka. I tym sposobem Wikuś calutką mszę spędził na naszych rękach, obserwując z zainteresowaniem wszystko dookoła. Najzabawniejsze było, kiedy przyglądał się ludziom przyjmującym komunię świętą - wyglądało tak, jakby liczył i sprawdzał, czy nikt się nie wyłamał :P Generalnie zachowywał się naprawdę bardzo fajnie, wszyscy go pochwalili :) Gdyby nie to, że na ogłoszeniach zaczęła przemawiać jeszcze jakaś wolontariuszka, to ani razu by się nie rozpłakał - ale to już widocznie było dla niego i dla drugiego chłopca za dużo, bo głośno dali znać, że nie podoba im się drugie kazanie. Swoją drogą współczuję dziewczynie, bo mnie byłoby się trudno skupić na mowie, gdyby dwójka dzieci tuż przed ołtarzem krzyczała ;) Chociaż ku naszej uldze Wiktosia szybko udało się uspokoić, wystarczyło wstać i trochę się przespacerować. Na drugiego chłopca raczej niewiele rzeczy działało, w ogóle przez całą mszę sobie popłakiwał, co zresztą przyciągało uwagę naszego Malucha i choć moja siostra bała się, że Wiking zacznie płakać razem z innym dzieckiem, to on się tylko mu przyglądał :)
Po mszy nastąpiła uroczystość właściwa i odtąd Wikuś został zaliczony do grona Dzieci Bożych :) Bałam się, że będzie już zmęczony i zacznie marudzić, ale tylko chwilę postękał w momencie polewania jego główki wodą. Możemy być więc dumni z naszego synka - nie tylko nie przespał własnej uroczystości, ale w dodatku bardzo dobrze ją zniósł :) A jeśli znowu zdarzy się, że nam się w niedzielę na mszy rozpłacze, to musimy sprawdzić, czy przypadkiem nie wystarczy wyjąć go z wózka, żeby sobie mógł obserwować otoczenie, może wcale nie trzeba będzie wychodzić z kościoła :)
Po mszy poszliśmy wszyscy do restauracji. Nakarmiłam Wikinga i ululany przez mojego tatę i wujka zasnął, choć wcześniej jeszcze sobie popłakał ile sił w płucach... Niestety tak już ma, że czasami ma problem z zaśnięciem (szczególnie gdy jest dość długo i intensywnie aktywny) i wtedy mocno płacze. W każdym razie obudził się dopiero po trzech godzinach, dzięki czemu mogliśmy porozmawiać spokojnie ze wszystkimi gośćmi :)

I tym oto sposobem Wikuś stał się członkiem naszego kościoła, mam nadzieję, że wczoraj został obdarzony szczególną łaską i dzięki temu będzie miał same dobre dni :D

A oto i nasz Wikuś:


Prawda, jaki podobny do mamusi? :P Nawet się  ubraliśmy pod kolor ;)