*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Siódemka, czyli dziecko w ruchu.

W piątek nadszedł kolejny siódmy dzień miesiąca, a co za tym idzie, Wiking skończył kolejny miesiąc życia. Już siódmy. W naszym przypadku moment, gdy dziecko ukończyło osławiony trzeci miesiąc rzeczywiście przyniósł ze sobą jakieś konkretne zmiany na lepsze, ale to czwarty miesiąc był tym naprawdę przełomowym. Teraz było podobnie. Więcej się wydarzyło tuż po tym, jak Wikuś skończył pół roku, a więc już w siódmym miesiącu jego życia. Teraz zaczynamy ósmy, który też mi się jakoś dobrze kojarzy. Może dlatego, że kiedy w marcu zaczęłam z Wikingiem jeździć na zajęcia dla niemowlaków, on miał wtedy raptem dwa miesiące, a średnia wieku pozostałych dzieci, to było jakieś 7-8 miesięcy skończonych. Przy czym ze szczególnym zachwytem patrzyłam na te ośmiomiesięczne - widziałam, że już siedzą, przemieszczają się, obserwują uważnie, nie są bierne, tylko jakieś takie bardziej kumate... Już wtedy myślałam o tym, że nie mogę się doczekać aż Wiking będzie miał osiem miesięcy.

A tymczasem kochany synek nie zawiódł matki i nie lenił się czekając na ósmy miesiąc, tylko już teraz potrafi to, o czym wtedy patrząc na tamte maluchy mogłam tylko pomarzyć :) Pisałam już ostatnio, że siedzenie jest dla niego pozycją tak naturalną, że o istnieniu brzuszka przypomina sobie jedynie podczas spania. Raczkuje coraz śmielej, bo choć umiejętność tę opanował już jakieś trzy tygodnie temu, to mniej więcej od tygodnia jest już świadomy tego, że kiedy mama wychodzi z pokoju, on również może to zrobić. I o ile to jest całkiem fajne, bo przynajmniej kiedy idę do kibelka, to mam go mniej więcej nadal na oku, to gorzej jest, kiedy chcę sobie w spokoju posiedzieć w jednym miejscu, gdyż dziecię me bynajmniej mojego pragnienia nie podziela. I tak łażę za nim od pokoju do pokoju. Po dziesięć razy w ciągu dwóch minut powtarzam "nie wolno" i przenoszę go klękającego przy gniazdku elektrycznym z powrotem na matę, po to, by za dziesięć sekund zrobić to po raz jedenasty... Wiking zwiedza całe mieszkanie, a ja razem z nim, odkrywając raz po raz jakiś zapomniany kąt, na przykład za fotelem ;)

Niemniej jednak raczkowanie i tak nie jest dla Wikinga aż tak pociągającą rozrywką jak wspinanie się, którego początki widziałyście już trzy tygodnie temu na zdjęciu. Całkiem fajnie jest, gdy na przykład siedzę sobie na podłodze i czytam, a on wspina się po mnie - mam wtedy nad nim jakąś kontrolę. Ale częściej jednak Wiking staje przy fotelu, szafce albo wersalce i wtedy trzeba być bardzo czujnym, bo nigdy nie wiadomo, czy akurat nie straci równowagi i nie fiknie w kierunku, którego się trudno spodziewać. Kilka razy już się walnął głową o podłogę, bo ani czujność ani poduszki profilaktycznie porozkładane wokół dziecka nie pomogły. Ale Wiking szybko się uczy, bo mniej więcej po trzech dniach już pamiętał o tym, że kiedy leci, trzeba zgiąć nóżki i w ten sposób wyląduje mniej boleśnie na pupie :)
Przyznam, że się przez chwilę zastanawialiśmy, czy to aby nie za wcześnie dla niego - i czy 6,5 miesięczne dziecko może już stawać na nóżki. Ale naprawdę nie sposób mu tego zabronić, bo o ile początkowo zdarzało się to incydentalnie, to teraz jest to już norma, w dodatku idzie mu to zupełnie sprawnie. Nie potrzebuje niczyjej pomocy do tego, aby wstać, więc nie ma mowy o sztucznym przyspieszaniu czegokolwiek ani ciągnięciu za rączki. Dlatego też pomyślałam sobie, że widocznie takie właśnie ma tempo rozwoju - zresztą już na kontroli u neurologa miesiąc temu pani doktor powiedziała, że Wikingowi zanikł już atawistyczny odruch zawijania palców u nóg i że stawia całe stópki na ziemi, co sygnalizuje gotowość do tego, by stawać. Widocznie mały podsłuchał i zrobił z tego użytek :P A dzisiaj na wizycie kontrolnej u rehabilitantki dostaliśmy potwierdzenie, że wszystko jest w porządku.

Muszę przyznać, że opieka nad takim dzieckiem jest zdecydowanie bardziej absorbująca, bo dotychczas Wiking potrafił zająć się sam sobą przez godzinę, a ja w tym czasie mogłam robić "swoje" - cokolwiek to oznaczało. Teraz zajmuje się sobą nawet i przez trzy godziny, tyle, że trzeba być przy nim przez większość tego czasu. Z drugiej strony jednak ten rodzaj opieki jest zdecydowanie przyjemniejszy, bo i ja mam czasami z tego jakąś rozrywkę :) Na przykład jak się ścigamy :P Tzn - stawiam Wikinga w pozycji startowej (czyli na czworakach), po czym mówię "start" i biegnę do przodu. No tak, ja wiem, że to nie fair i Dzieciak jest z góry skazany na porażkę, ale jemu to nie przeszkadza - wręcz przeciwnie, tym chętniej "biegnie" do mnie po swojemu na czterech kończynach, z uśmiechem na buźce i aż piszczy z uciechy!
Albo inna zabawa - Wiking w łóżeczku, czasem siedzi, czasem leży, ale najczęściej stoi, tyle, że oczami jeszcze nie sięga powyżej jego krawędź. Ja siedzę obok i zbliżam i oddalam swoją twarz do jego, całuję go w rączki albo chowam się i po chwili nagle pokazuję. Czasami przy tym robię jakieś "a kuku" "apsik" albo "hahaha" - a on dosłownie rży z uciechy! Nie sądziłam, że takie małe dziecko może się zanosić ze śmiechu - a jednak może. Czasami tak się śmieje, że aż się nie umie na nogach utrzymać i leci do tyłu - dobrze, że w łóżeczku. Potrafimy się tak bawić nawet przez godzinę. Co ma swoje plusy, bo czasami pomiędzy jednym a drugim  "a kuku" coś tam sobie przeczytam albo nawet odpowiem na jakiś komentarz ;)
Kiedy nie bardzo chce mi się biegać i "kukać" wymyślam jakieś bardziej prozaiczne zajęcie, które Wikingowi zdaje się czymś niezmiernie interesującym. Na przykład efektem moich ostatnich porządków była cała sterta dokumentów do zniszczenia. Usiadłam więc sobie wczoraj przy niszczarce z Wikingiem na kolanach (w bezpiecznej odległości rzecz jasna) i przez 20 minut dziecko było zafascynowane tym burczeniem oraz faktem, że kartka nagle znika. A tymczasem ja drugim okiem zerkałam sobie na "Historię świata w 10 i pół rozdziałach" Barnesa :) Zawsze to coś!

Ale odkąd wróciliśmy do Podwarszawia Wiking potrafi się znowu zająć sobą w bezpieczny sposób na dłużej :) Może to kwestia mniejszej przestrzeni? W każdym razie np. dzisiaj przez dwie godziny eksplorował sobie dwie ściany naszego pokoju wraz z przyległościami :P I dopiero kiedy przeszedł do trzeciej i dorwał się do idącego wzdłuż niej kabla, musiałam interweniować :)
 Najlepsze zabawki? Oczywiście podłogowy włącznik od lampki, kontakty, ładowarka do laptopa, waga łazienkowa, uchwyty od szafek, stare kasety magnetofonowe i kable wszelkiej maści. To w Miasteczku. W w Podwarszawi upodobał sobie również kable, a ponadto małe świeczniki, moje notatki, suszarkę na pranie, a nade wszystko fotelik samochodowy lub leżaczek. Na leżaczku uprawia surfing. To znaczy włazi na niego, po czym staje na oparciu i próbuje utrzymać równowagę. Serio. Widok jest przekomiczny. W dodatku zorientował się, że oparcie tak fajnie sprężynuje i świadomie próbuje wywołać ten ruch.

No dobrze, kończę już, bo i tak notka miała mieć trochę inną formę, bo wydawało mi się że "cóż ja właściwie mogę jeszcze napisać"? A wyszło jak wyszło, trochę niechcący. Chodziło o to, żeby przekazać, że całkiem fajne się to dziecko robi :)
Na szczepienie idziemy dopiero za tydzień dni i wtedy będzie dopiero Wiking zmierzony i zważony, ale na moje to on rośnie bardziej wzdłuż niż wszerz. Pomiarów dokonałam w domu z pomocą siostry - Wiking mierzył wtedy jakieś 68-69cm (od razu precyzuję, że to nie po krzywiznach, bo ostatnio się dowiedziałam, że to nie takie oczywiste jak mi się wydawało - bo Wikinga tylko tuż po urodzeniu mierzono właśnie po krzywiznach). Tydzień temu ważył około 6400 - posadziłam go po prostu na wadze domowej, oczywiście pomiar nie jest aż tak precyzyjny jak ten na wadze w przychodni, ale jednak wygląda na to, że Wiking nadal do tych 6,5 kg nie dobił. Co mnie wcale nie dziwi, bo chociaż wcina tak, że uszy mu się trzęsą i nie mam w tej materii z nim żadnych problemów, to on jest tak ruchliwy, że wcale nie dziwi mnie, że większość z tego spala. (Ale z drugiej strony może przez ten tydzień jednak udało się jeszcze te 100 gramów nadrobić) A je nadal mniej więcej co dwie/trzy godziny. Cały czas bazą jest karmienie piersią, ale raz dziennie dostaje mleko modyfikowane i dwa razy dziennie pokarm stały - jakiś owoc bądź sok owocowy rozcieńczony wodą oraz obiadek ze słoiczka lub zrobiony przez nas. No dobra, kończę już, bo i tak o jedzeniu pewnie jeszcze napiszę, więc się więcej nie rozpisuję.

Jeszcze tylko jedno - w poniedziałek czytałam sobie, na jakim etapie rozwoju jest siedmiomiesięczne dziecko. Jeśli chodzi o postępy ruchowe, to umiejętności opisywane w tym "rozdziale" Wikuś nabył mniej więcej półtora miesiąca temu. Ale stwierdziłam, że jeśli chodzi o rozwój mowy (trochę za dużo powiedziane, ale wiadomo o co chodzi) to jest trochę do tyłu, bo nie zauważyłam, zeby sylabizował. Nie martwiłam się tym, bo słyszałam, że dzieci, które są bardzo ruchliwe nie tracą czasu na gadanie, tak jak gadułom nie chce się tracić energii na ruch :) Wiadomo, w której grupie jest Wiking. Może jednak jakiś frasunek dostrzeżony przez Wikinga na mej twarzy się odmalował, bo parę godzin później usłyszałam po raz pierwszy z jego ust: baba, abała, ałała ababababa - i tak sobie babuje teraz.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Przeżyliśmy, wróciliśmy, jesteśmy :)

Jak w tytule. Wróciliśmy już do Podwarszawia. Wczoraj po 20. Wesele za nami. I jak było? Trudne pytanie :) Z jednej strony dużo lepiej niż się spodziewałam, z drugiej... dużo gorzej! 
Kiedy teściowie zgodzili się zaopiekować Wikingiem w czasie wesela, wpadli na pomysł, że pojadą z nami i sobie wynajmą tam pokój. Gdy para młoda się o tym dowiedziała, to nie dość, że powiedzieli, że ten pokój dla nich opłacą, to oficjalnie zaprosili ich na wesele. W tym miejscu muszę podkreślić, że młodzi - a w szczególności pan młody, który od lat koleguje się z Frankiem, a ze mną również od jakichś ośmiu - sprawiali wrażenie, jakby im bardzo zależało na naszej obecności tego dnia. Marcin kilka razy do nas dzwonił, żeby się dopytać o to i owo, aby mieć pewność, że nic nam tego dnia nie zakłóci i że będziemy mieli co zrobić z Wikingiem. W czasie wesela wiele razy podchodził do nas, tańczył ze mną kilka razy i to właśnie z Frankiem jako ostatnim gościem siedział już po zabawie i rozmawiał. Wczoraj wieczorem, mimo, że był padnięty po poprawinach, zadzwonił do nas, żeby zapytać, czy spokojnie dojechaliśmy i czy wszystko jest w porządku. Gdybym miała określić Marcina jednym słowem, to powiedziałabym, że jest najbardziej poczciwą osobą, jaką znam :) Bardzo go lubiłam od samego początku - a początki były takie, że zaczął mi mówić "cześć", kiedy się mijaliśmy na osiedlu, tylko dlatego, że wiedział, że jestem dziewczyną Franka. Bo oficjalnie jeszcze nie zostaliśmy sobie przedstawieni :) 
O kolegach Franka pisałam już wiele razy i wspominałam, że wobec mnie byli i są zawsze bardzo życzliwi i pełni szacunku. Nie raz było tak, że Franek mnie pozostawiał pod ich opieką :) Zawsze świetnie się czułam w ich towarzystwie - również w towarzystwie Marcina, z którym spotykaliśmy się stosunkowo często. Początkowo byłam jedyną dziewczyną w tej paczce, dopiero jakieś dwa lata temu pojawiła się dziewczyna, a dziś żona Marcina, a rok temu dziewczyna Ediego (i już spodziewają się dziecka, więc to raczej coś poważnego :P). Singli więc w paczce coraz mniej, ale przyznać trzeba, że każda nowo pojawiająca się dziewczyna jest traktowana z taką samą estymą, co ja :)
W każdym razie, jeszcze raz - o kolegach Franka pisałam już wiele razy, więc dzisiaj już temat skończę i wrócę do wesela. Kiedy para młoda dowiedziała się, że rodzice będą z nami na weselu, postanowili zaprosić ich oficjalnie również do stołu. To było bardzo miłe z ich strony i w sumie skoro teściowie i tak zdecydowali, że z nami przyjadą (co oczywiście miało swoje dobre strony, choć początkowo zdziwiło mnie to bardzo i nie powiem, że skakałam z radości :)) stwierdziliśmy, że nawet dobrze wyszło. Choć chwilami wydawało mi się, że Marcin wyświadczył nam niedźwiedzią przysługę, bo bałam się trochę, że skończy się tak, że to ja będę się stresować, że Wiking płacze w kościele, że to ja będę go musiała nakarmić i uśpić...
Ale na szczęście się pomyliłam! Początki były faktycznie trudne, bo rzeczywiście w kościele Wiking był trochę niespokojny (choć nie zawsze tak jest, ale tego dnia akurat kościół mu nie pasował:)) a teściowie trochę zwlekali z wyjściem na zewnątrz. Później jeszcze przy obiedzie trochę marudził, bo miał już po prostu dość siedzenia w foteliku, wózku albo krzesełku do karmienia - chciał sobie pohasać (żebyście widziały jego minę, jak w końcu został puszczony na "wybieg" w postaci dwóch złączonych łóżek :P), ale generalnie mniej więcej o 19 mogłam zapomnieć, że mam dziecko... A na początku w ogóle było fajnie, bo Wiking jako najmłodszy gość robił furorę wśród innych zaproszonych, a zresztą z kolegów tylko Marcin i Edi mieli już okazję go zobaczyć, więc reszta teraz chętnie przywitała się z nowym członkiem naszej paczki :P
Teściowie po obiedzie poszli z Wikingiem do pokoju i tam się nim zajmowali przychodząc tylko od czasu do czasu po coś do picia. Kiedy ten zasnął, na zmianę przychodzili na salę coś zjeść i porobić jakieś zdjęcia. Nie stresowałam się niczym i naprawdę nie myślałam o Wikingu, bo wiedziałam, że teściowie jakoś sobie poradzą. Dopiero kiedy się położyłam przed trzecią, zaczęłam myśleć o tym, że dziecka przy mnie nie ma. Generalnie to choć bardzo się starałam, nie mogłam zasnąć - i nie wiem, co było tego przyczyną, ale przypuszczam, że po prostu oduczyłam się tak późnego chodzenia spać i mój organizm, choć wykończony, po prostu stwierdził, że pora na zasypianie już minęła :/
Kiedy więc o szóstej usłyszałam płacz Wikinga, który mieszkał kilka pokoi dalej, poszłam go normalnie nakarmić, bo pełne piersi już zaczęły mi dokuczać a nie chciało mi się odciągać pokarmu - w takim upale i tak musiałabym go wylać, a szkoda by było. 
Cały poranek byłam bardzo zmęczona i pomimo kilku podejmowanych prób nie udało mi się już zasnąć. Czekałam z niecierpliwością na śniadanie i na moment, kiedy pojedziemy do Poznania. W samochodzie faktycznie udało mi się trochę przysnąć, a potem jeszcze miałam 1,5h drzemki, podczas gdy teściowie rzeczywiście zajmowali się Wikingiem - a mnie po tym naprawdę zrobiło się wreszcie lepiej i czułam się już prawie wypoczęta :)

W czym więc problem i dlaczego napisałam, że było też dużo gorzej? Bo niestety Franek, pomimo zarzekania się wypił za dużo. Przez większość czasu bawił się ze mną, kilka razy tańczyliśmy. Był wobec mnie bardzo szarmancki i przymilny, chociaż momentami znikał z kolegami (ale rozumiem, w końcu długo się z nimi nie widział, a dawno nie mieli okazji się spotkać w tym gronie) - ale zawsze sobie wtedy jakoś radziłam, bo albo jadłam, albo tańczyłam z teściem lub jakimś kolegą pozostałym przy stole. Kiedy wreszcie nad ranem przyszedł do pokoju też nie było najgorzej, ale potem pokazał różki i niestety zaczął się zachowywać tak, jak kiedyś, gdy za dużo wypił. Te z Was, które nas znają od dawna, pewnie pamiętają, że prawie zawsze, kiedy Franek popłynął z alkoholem, kończyło się to jakimiś zaczepkami wobec mnie i ostatecznie poważną kłótnią. On po prostu nie był sobą, ale to nie zmienia faktu, że bardzo mi się to nie podobało i ogólnie skwasiło mój nastrój na długi czas. Do tego byłam zła, bo Franek wiedząc, że następnego dnia musi prowadzić samochód miał nie pić za dużo (a było z tego tylko tyle, że po prostu nie pił wódki a jedynie piwo, które niestety zdaniem Franka praktycznie nie jest alkoholem :/) i nie wiedziałam, jak wrócimy do domu. Był już nawet pomysł teścia, że nas zawiezie i sam wróci pociągiem! Na szczęście o 16tej Franek się obudził w lepszym nastroju i z lepszym samopoczuciem, zachowywał się w stosunku do mnie, jakby nic się nie wydarzyło. Zbadał się alkomatem i wyszło, że nie ma już alkoholu w wydychanym powietrzu, więc przed 18 wyruszyliśmy w drogę. Ja nadal byłam zła, a może nawet bardziej smutna. Trochę mi przeszło dopiero wieczorem, kiedy Franek przeprosił za swoje zachowanie. 

Wiking wymęczony wakacjami, kolejną zmianą miejsca (na Poznań i na hotel) oraz weselem, spał całą drogę. Kiedy przyjechaliśmy o 20:30 do domu, nie chciał nawet jeść, tylko od razu podraczkował do swoich ulubionych zabawek, za którymi się stęsknił. Byliśmy zmęczeni, więc chcieliśmy się jak najszybciej położyć i obawialiśmy się, że Wiking się z nami nie zgodzi w tej materii ;) I rzeczywiście, włożony do łóżeczka, co chwilę wstawał i uwieszony na szczebelkach cieszył do nas, leżących na łóżku obok, swoją mordkę :) W końcu o 22 zarządziłam spanie i po prostu zgasiłam światło! Wiking jeszcze chwilę się powiercił, ale zasnął - zresztą nawet nie jestem pewna kiedy, bo ja chyba zasnęłam wcześniej (jak przez mgłę pamiętam, że Franek powiedział, że chyba już mały zasypia, bo jego wiercenie się zmieniło formę), dopiero o północy wybudziłam się na chwilę, żeby sprawdzić, co tam w łóżeczku słychać.
Spaliśmy do szóstej, potem Franek pojechał do pracy a my się jeszcze dosypialiśmy do ósmej. Później Wiking się bawił podczas gdy ja jadłam śniadanie, a teraz od godziny już zażywa swojej pierwszej drzemki i pewnie zaraz się obudzi i nie zdążę już odpowiedzieć na komentarze pod poprzednią notką :P

Podsumowując, poza tym przykrym porannym incydentem, było całkiem fajnie. Miło było spotkać się ze znajomymi, trochę się powygłupiać, zjeść coś dobrego i potańczyć. Przyjemnie było posłuchać męża szepczącego mi do ucha, że ładnie wyglądam i wyznającego swoje uczucia i cieszyć się tym, że coraz bardziej zgrani jesteśmy we wspólnym tańcu (co potwierdziła teściowa, która obiektywnym okiem obserwatora mogła porównać nasz tanieć z tym na pierwszym weselu, na które poszliśmy razem w 2007 roku).
Ale teraz już wróciliśmy po trzytygodniowej labie i musimy sobie na nowo wypracować codzienność i rutynę. Pewnie będzie już inaczej wyglądała, bo kiedy wyjeżdżaliśmy w połowie lipca, Wiking jeszcze nie był aż tak mobilny.