*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 14 sierpnia 2015

Tak mi źle.

Nie znoszę takich dni jak dzisiaj :/ Niby dzień jak co dzień, ale nie do końca i to nie do końca właśnie powoduje, że mnie wkurza. Bo ani się nie dzieje nic specjalnego, ani codzienne zwyczaje kupy się nie trzymają.
Wiking chyba ma podobne odczucia, bo jakiś dzisiaj przestawiony jest - zresztą już sama nie wiem, co z czego wynika. Franek ma dzisiaj wolne. To właściwie nasz pierwszy wspólny jego wolny dzień bez towarzystwa (tak, wiem, brzmi skomplikowanie) od dłuższego czasu, bo od ponad miesiąca. Prawdę mówiąc liczyłam na coś specjalnego, że zrobimy dziś coś fajnego, może gdzieś pójdziemy... No sama nie wiem, na co liczyłam. 
Rano to nawet wyglądało na to, że coś z tego będzie, bo kiedy podzieliłam się moim pomysłem z Frankiem, to nie protestował a wręcz wyglądał na zachęconego. Ale później jakoś się rozeszło po kościach. Trzeba było posprzątać (kiedy Franek ma wolne, to zazwyczaj sprząta łazienkę), położyć Wikinga spać, ogarnąć parę rzeczy. I potem się okazało, że jednak jest za gorąco. Niby wiadomo było, że będzie i od początku wzbudzało to trochę nasze wątpliwości, ale myślałam, że jakoś nam się, ekhm, upiecze :) Może jeszcze nic straconego, może za jakąś godzinę/dwie, kiedy zrobi się chłodniej. Teraz i tak Wiking znowu śpi...

Wkurza mnie, że jest już piętnasta godzina, a ja mam poczucie, że ten dzień całkowicie się rozpłynął w nicości. Nic nie zrobiłam. Chciałam pomóc Frankowi może w odkurzaniu, ale kazał mi odpoczywać. Miałam zrobić pranie, ale jakoś mi nie wyszło, sama nie wiem, dlaczego. Myślałam, że jak Wiking będzie spał, to napiszę jakąś porządną notkę. Skończyło się na tym, że mam cztery nowe szkice, bo jakoś żaden nowy temat mi się nie kleił (i dlatego właśnie piszę właściwie o niczym). Poza tym spanie Wikinga też się jakoś nie kleiło. Od pewnego czasu wszystko szło jakoś sprawnie i bez większych awantur. Dzisiaj natomiast udał się na drzemkę o godzinę później niż zwykle (po długim płaczu) i spał tylko 20 minut. Przed drugą drzemką znowu się spłakał - właściwie nie wiadomo dlaczego. Obudził się, zaczął się bawić, a kiedy się uderzył, długo trwało zanim się uspokoił i stwierdziłam, że właściwie to wygląda jeszcze na śpiącego. Ale zasnął dopiero po tym, jak podałam mu butelkę z mlekiem modyfikowanym. Bo właśnie dzisiaj dodatkowo Wiking ma chyba Dzień Wybrednego Głodomora. Zdarza mu się to od czasu do czasu, że widać (lub domyślam się), że jest głodny, ale np. piersi nie chce za bardzo ssać albo robi to bez przekonania. Deserek ze słoiczka je chętnie, ale stęka przy tym z jakimś niewytłumaczalnym niezadowoleniem. Pije wodę (lub wodę z sokiem) do dna, ale jak już się napije, to humor ma nadal zły. Względnie mieszanka pomaga...Generalnie Wikuś ma chyba dzisiaj jakiś gorszy dzień. Odzwyczaiłam się od tego, bo już naprawdę bardzo dawno takiego nie miał. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz był marudny - nie licząc oczywiście czasu gdy był chory i gorączkował, bo to inna sytuacja.

Ogólnie ja sama nastrój też mam raczej kiepski. Zresztą to trwa już od jakiegoś czasu, ale staram się po prostu to ignorować. Niestety nie zawsze się da. Dzisiaj na przykład nie bardzo. Franek śpi razem z Wikingiem, zadowolony, że może sobie na to pozwolić (spanie to Franka hobby, niestety, bo mnie trudno się z tym pogodzić). A ja siedzę jakaś taka rozmemłana, rozczarowana, zduszona, z ciężkim sercem, ściśniętym żołądkiem (dziś przez cały dzień zjadłam tylko trochę płatków kukurydzianych z mlekiem, parę chipsów i orzeszków, ot śmieci, na jedzenie też nie mam ochoty) i poczuciem beznadziei i bezcelowości. Nie do końca wiem, czego bym chciała. A właściwie to wiem, bo chciałabym poczuć się szczęśliwa. Problem w tym, że nie wiem, jak to zrobić. Mam wrażenie, że jakiś czas temu straciłam tę umiejętność. Nie rozumiem. Wcześniej jakoś nie miałam z tym problemu.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Woda, czyli notka zawierająca lokowanie produktu ;)

Kilka lat temu, nie do pomyślenia było dla mnie, żeby ugasić pragnienie wodą. Blee. Przecież, żeby się napić, trzeba poczuć smak, a taka woda, to co?? Nie piłam więc wody prawie wcale, mimo, że u mnie w domu już od jakiegoś czasu była stałym elementem.

Co więc piłam? Uwierzycie, że nie bardzo pamiętam? :) Na pewno jakieś kompoty gotowane przez moją mamę,ale to chyba tylko w weekendy. Przypuszczam, że wodę z sokiem w niej rozcieńczanym, soki owocowe, wodę z witaminkami typu Pluszzz. Bardzo możliwe, że jeśli nie było do picia nic poza wodą, nie piłam wcale :) 
Kiedy byłam na studiach, kupowałam "po taniości" w Biedronce jakieś kolorowe, gazowane, słodkie coś. I tak sobie piłam. Bo picie nie kojarzyło mi się z gaszeniem pragnienia, chyba raczej z chwilowym jego zaspokajaniem. A inna sprawa, że moje zapotrzebowanie na picie nigdy nie było jakieś szczególnie duże, zwłaszcza latem (chyba limity wypełniałam alkoholem :P), bo gdy było zimno, to jeszcze pijałam sporo herbat.

Nie jestem pewna kiedy to się zmieniło, ale możliwe, że jakieś siedem lat temu, kiedy postanowiłam się odchudzać z głową, przeszłam na dietę niskokaloryczną i najłatwiejszym sposobem było wyeliminowanie tych artykułów spożywczych, które mają dużo cukru i puste kalorie. Powoli przyzwyczajałam się do wody. Gdy zamieszkaliśmy z Frankiem razem, coraz mniej było u nas w domu kolorowych napojów, bo nawet Franek zaczynał się przekonywać, że woda bywa lepsza. Bardzo możliwe, że taki prawdziwy przełom nastąpił, kiedy byliśmy w podróży poślubnej na Fuerteventurze - najedliśmy się, naopalaliśmy, cały dzień spędziliśmy obijając się i popijając słodkie drinki. Kiedy wieczorem poszliśmy na kolację, zdarzyło się coś niebywałego (naprawdę!) - nie mieliśmy ochoty na nic innego do picia, tylko na wodę! Niegazowaną w dodatku! Wtedy przekonaliśmy się chyba tak naprawdę na własnej skórze, że tylko woda potrafi ugasić pragnienie skutecznie.

Od jakiegoś czasu słodkie, gazowane napoje oraz soki owocowe już naprawdę rzadko są przez nas spożywane. Jest to raczej na zasadzie jakiejś dziwnej zachcianki od czasu do czasu i traktujemy coś takiego bardziej jako przekąskę niż napój. Nie licząc herbat, pijamy tylko wodę. W tym roku w wyjątkowo dużych ilościach, bo o ile Franek zawsze pił dość dużo, mnie trzeba było w tej kwestii pilnować, bo naprawdę rzadko odczuwałam pragnienie. Starałam się pić bardziej świadomie w ciąży, ale tak naprawdę dopiero kiedy zaczęłam karmić piersią poczułam co to znaczy, że organizm naprawdę potrzebuje wody! Przez pierwsze trzy miesiące piłam naprawdę dużo (jak na mnie) - 3-4 szklanki z Ikei dziennie. Potem już przy karmieniu nie odczuwałam aż takiego pragnienia, ale jednak zwyczaj mi pozostał. Teraz wypijamy z Frankiem 1,5-2 butelek półtoralitrowych dziennie.

Jest jednak jedno ale. To nie jest tak, że woda to woda i pijemy każdą :) O, nie, nie, jesteśmy wybredni. Poza sytuacjami naprawdę wyjątkowymi, nie pijamy wód niegazowanych (źródlanych) - które smakują jak kranówa, a tej nie toleruję (Franek jeszcze jako tako, ale z kolei jak nie ma bąbelków, to on się nie napije - w sensie, że pije, ale tak jakby nie pił :D) ani gazowanych z dużą ilością CO2, które sprawiają wrażenie, jakby chciały urwać łeb :) 
Kompromisem w tej kwestii są - zwykle oznaczone jako niegazowane - wody mineralne wysoko lub średniomineralizowane, ewentualnie (gdy nie ma innego wyboru) lekko nasycone CO2 lub lekko gazowane.

Woda, która jest dla mnie absolutnie numerem jeden i która jest u nas w domu prawie zawsze to Staropolanka 2000. Smakuje mi najbardziej i pijam jej najwięcej. Problemem jest często jej dostępność, bo nie w każdym sklepie można ją kupić. Dlatego jeśli się już pojawia, np. u nas w Tesco, to Franek kupuje nawet sześć zgrzewek i potem mamy całą baterię w domu :P

Z kolei dla Franka, chociaż pije też Staropolankę, najlepszą wodą jest Muszynianka. Ja też ją lubię, ale jest dla mnie troszkę za bardzo gazowana w stosunku do tej pierwszej. Niemniej jednak jest dobrym zamiennikiem a bywa częściej dostępna, więc łatwiej na nią trafić, kiedy na przykład jestem na mieście i nagle zachce mi się pić.

Czasami kupujemy również Muszynę, która też jest dość mocno gazowana (oczywiście w porównaniu do innych wód niegazowanych, bo tych naprawdę gazowanych w ogóle nie biorę pod uwagę ;)). Zaletą jest to, że czasami można dostać ją w małych butelkach 0,33l, co jest dla mnie pojemnością idealną, kiedy jestem poza domem. Ale wcale nie tak łatwo ją znaleźć.
Mniej więcej od półtora roku pijamy także Kingę Pienińską, która dla mnie jest najlepszą alternatywą dla Staropolanki 2000. Zaczęło się od tego, że dostawałam tę wodę w pracy w nieograniczonych ilościach, później zobaczyliśmy, że od czasu do czasu bywa do kupienia w Tesco. Dla Franka jest ona trochę zbyt gorzka, ale przyznam, że ja tej goryczy nie odczuwam. 
Znalezione obrazy dla zapytania kinga pienińska
Gdy już nie ma absolutnie żadnej z wyżej wymienionych wód w sklepie (choć staramy się nie dopuścić do tego, aby całkowicie wyczerpały nam się zapasy :)), posiłkujemy się na zasadzie "no ewentualnie" Cisowianką lekko gazowaną (chociaż to już nie ten smak, czuć ewidentnie dwutlenek węgla) albo Kryniczanką. Pozostałych wód w zasadzie nie pijamy.

Mnie denerwuje tylko to, że wody, które lubię, są stosunkowo łatwo dostępne (ale nie we wszystkich sklepach) w butelkach półtora lub dwulitrowych (to Muszyna), natomiast bardzo trudno kupić je w mniejszych pojemnościach w pierwszym lepszym sklepie lub kiosku. Wtedy niestety jestem zmuszona wypić jakąś wodę niegazowaną, która w ogóle mi nie smakuje. Najczęściej jest to Cisowianka lub Nałęczowianka, jeśli nie ma żadnej z tych dwóch to już jest mi wszystko jedno, choć Kropla Beskidu to już naprawdę ostateczna ostateczność :)
Jednak jestem zdania, ze nic nie zastąpi mojej Staropolanki 2000, którą pijam od lat (i która paradoksalnie w Miasteczku jest łatwo dostępna, był czas, kiedy woziłam ją do Poznania :)

Dzisiejsza notka sponsorowana jest oczywiście przez panujące upały ;)