*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 15 sierpnia 2015

15 sierpnia przez 10 lat



Zastanawiałam się dzisiaj nad tym, co robiłam lub też jak wyglądał 15 sierpnia  (albo jego „okolice”) rok temu. A potem dwa i trzy lata temu… I okazało się, że pamiętam niemal dokładnie środek każdego sierpnia na przestrzeni minionych dziesięciu lat! Nie wiem dlaczego, bo mimo tego, że jest to święto, nie jest ono jakieś bardzo znamienne. Jest to trochę zasługa bloga, bo zauważyłam, że jak coś zapiszę, to potem o tym pamiętam, nawet jeśli nie czytam. 

15 sierpnia 2014 – przyjechali do nas w odwiedziny Wojtek i Aneta z dziećmi, czyli kuzyn Franka z rodziną; ja w piątym miesiącu ledwo zauważalnej ciąży, jeszcze nieświadoma tego, że za cztery dni otrzyma przykrą wiadomość w pracy; bardzo miło spędziliśmy tamten długi weekend; na tę okoliczność zadzwoniłam dzisiaj do Anety i pogadałyśmy sobie przez godzinę

15 sierpnia 2013 – ostatni dzień pracy Franka w Zielonej Firmie w Poznaniu, dlatego też nie mógł do mnie przyjechać, bo już dwa dni później miał przyjechać do Podwarszawia na stałe; ja sama jeszcze w mieszkaniu w Podwarszawie Dalszym, trochę smutna – ale w taki nostalgiczny sposób – zastanawiam się, jak dalej potoczą się nasze losy, co z Franka pracą i myślę o tym, że szkoda Zielonej Firmy…; nagle nachodzi mnie ochota na kanapkę z Subwaya, wsiadam więc na rower, jadę na pierwszą warszawską stację SKMki, wsiadam w pociąg i szukam otwartego lokalu; w międzyczasie wymieniam się smsami z Dortą, która na głowi e ma jakiegoś uciążliwego absztyfikanta

15 sierpnia 2012 – Franek pracuje, więc nigdzie się nie wybieramy, gotuję za to "niedzielny obiad" (jakieś kluski, czy kopytka, aż tak dobrze nie pamiętam), rozmawiamy o ślubnych sprawach, ustalamy kilka kwestii na miesiąc przed wybiciem godziny zero

15 sierpnia 2011 – gościmy u siebie naszych rodziców, trzy tygodnie po zaręczynach ustalamy pierwsze najważniejsze kwestie związane z naszym ślubem i weselem

15 sierpnia 2010 – razem z moim wujkiem, który przyjechał do nas w odwiedziny, zwiedzamy Wielkopolskę

15 sierpnia 2009 – jedziemy (znowu z moim wujkiem) do wrocławskiego zoo

15 sierpnia 2008 – chwilowo osobno, ja w Miasteczku, spędzam miło czas z rodziną, Franek dojeżdża później i wyruszamy w Tatry

15 sierpnia 2007 – tu mam zagwozdkę… tylko tego czasu nie jestem pewna, ale wiem,  że miałam wtedy urlop, byłam w Zakopanem z moim wujkiem i siostrą oraz że byliśmy na weselu, nie pamiętam tylko dokładnych terminów )

15 sierpnia 2006 – jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało, spędzamy z Frankiem niemal pół dnia w łóżku i oglądamy bajkę Toy Story, znamy się dopiero niecały miesiąc, ale wydaje nam się, że jest to o wiele dłużej, to były upalne wakacje (może tak samo upalne, jak w tym roku?), które wspominam jako czas na wiecznym kacu :), popołudniami pracowałam, wieczorami i nocami balangowałam, rano próbowałam odsypiać i pozbyć się kaca, tamten dzień też był spędzony w takim klimacie, tyle, ze po południu zamiast do pracy, pojechaliśmy z Frankiem na poznańską Ławicę, nie pamiętam w jakim celu :)

15 sierpnia 2005 – po raz pierwszy od wielu lat uczestniczę w weselu mojej dalszej kuzynki, w dodatku jest to pierwsze wesele, na które jestem zaproszona oddzielnie, a nie jako dodatek do moich rodziców :), nawet z osobą towarzyszącą, ale takowej nie mam, więc jadę sama; to wesele zapoczątkowało cały cykl wesel, bo od tamtego czasu, aż do dziś, właściwie nie ma roku, w którym nie byłabym PRZYNAJMNIEJ na jednym; mam ich za sobą dziś czternaście, a łącznie z moim piętnaście, na szesnaste (mojej koleżanki z byłej pracy – Kasi), które odbędzie się za dwa tygodnie niestety nie możemy pójść…

Dalej trop mi się urywa. Nie pamiętam. Nic. Kompletnie :) Tak, jakby wcześniej nie było dnia 15 sierpnia :P

Niemal każdy dzień z opisanych wspominam z nostalgią, choć nie zawsze działo się coś ciekawego i wartego uwagi. Ciekawa jestem, jak będę za jakiś czas wspominać ten dzisiejszy, który jest już wybitnie zwyczajny – Franek poszedł do pracy na siódmą (co niestety oznacza, że wróci do domu dopiero przed 17 :(), my z Wikingiem też wstaliśmy, ja zajęłam się swoimi sprawami Dzieciak swoimi :), potem udał się na krótką drzemkę, a o 9:30 postanowiłam, ze wyjdziemy na spacer. To była dobra decyzja, bo na dworze było jeszcze bardzo, choć po półgodzinie było już czuć wysoką temperaturę. Wikuś nie spał, tylko wszystko uważnie obserwował. Ale fajnie chodzi się z nim teraz na spacery! :) W dodatku po powrocie jest tak stęskniony za swoimi zabawkami, że przez dłuższy czas bawi się spokojnie na macie i nawet niespecjalnie wspina się na meble.

Tak, dobrze Wam się wydaje, dzisiaj mam się trochę lepiej. Już wczoraj popołudniu się trochę poprawiło. Nie pojechaliśmy co prawda nigdzie, ale wyszliśmy na spacer. Poszliśmy na lody, a potem Franek mnie przekonał do porcji frytek na późny obiad(doprawdy, przeszłam wczoraj samą siebie jeśli chodzi o zdrowe odżywianie się…, na kolację był melon). Zaliczyliśmy też parkową siłownię na świeżym powietrzu i połowę Harrego Pottera w telewizji. Nawet to nieszczęsne pranie jednak zrobiłam. Dzisiaj więc jest ok, chociaż i tak mam obawy, czy jeszcze mnie za jakiś czas dołek  nie dopadnie, bo ostatnio tak się zdarza.

A co do 15 sierpnia - chciałabym kiedyś zobaczyć na żywo defiladę. Ciekawe, czy mi się to uda...

piątek, 14 sierpnia 2015

Tak mi źle.

Nie znoszę takich dni jak dzisiaj :/ Niby dzień jak co dzień, ale nie do końca i to nie do końca właśnie powoduje, że mnie wkurza. Bo ani się nie dzieje nic specjalnego, ani codzienne zwyczaje kupy się nie trzymają.
Wiking chyba ma podobne odczucia, bo jakiś dzisiaj przestawiony jest - zresztą już sama nie wiem, co z czego wynika. Franek ma dzisiaj wolne. To właściwie nasz pierwszy wspólny jego wolny dzień bez towarzystwa (tak, wiem, brzmi skomplikowanie) od dłuższego czasu, bo od ponad miesiąca. Prawdę mówiąc liczyłam na coś specjalnego, że zrobimy dziś coś fajnego, może gdzieś pójdziemy... No sama nie wiem, na co liczyłam. 
Rano to nawet wyglądało na to, że coś z tego będzie, bo kiedy podzieliłam się moim pomysłem z Frankiem, to nie protestował a wręcz wyglądał na zachęconego. Ale później jakoś się rozeszło po kościach. Trzeba było posprzątać (kiedy Franek ma wolne, to zazwyczaj sprząta łazienkę), położyć Wikinga spać, ogarnąć parę rzeczy. I potem się okazało, że jednak jest za gorąco. Niby wiadomo było, że będzie i od początku wzbudzało to trochę nasze wątpliwości, ale myślałam, że jakoś nam się, ekhm, upiecze :) Może jeszcze nic straconego, może za jakąś godzinę/dwie, kiedy zrobi się chłodniej. Teraz i tak Wiking znowu śpi...

Wkurza mnie, że jest już piętnasta godzina, a ja mam poczucie, że ten dzień całkowicie się rozpłynął w nicości. Nic nie zrobiłam. Chciałam pomóc Frankowi może w odkurzaniu, ale kazał mi odpoczywać. Miałam zrobić pranie, ale jakoś mi nie wyszło, sama nie wiem, dlaczego. Myślałam, że jak Wiking będzie spał, to napiszę jakąś porządną notkę. Skończyło się na tym, że mam cztery nowe szkice, bo jakoś żaden nowy temat mi się nie kleił (i dlatego właśnie piszę właściwie o niczym). Poza tym spanie Wikinga też się jakoś nie kleiło. Od pewnego czasu wszystko szło jakoś sprawnie i bez większych awantur. Dzisiaj natomiast udał się na drzemkę o godzinę później niż zwykle (po długim płaczu) i spał tylko 20 minut. Przed drugą drzemką znowu się spłakał - właściwie nie wiadomo dlaczego. Obudził się, zaczął się bawić, a kiedy się uderzył, długo trwało zanim się uspokoił i stwierdziłam, że właściwie to wygląda jeszcze na śpiącego. Ale zasnął dopiero po tym, jak podałam mu butelkę z mlekiem modyfikowanym. Bo właśnie dzisiaj dodatkowo Wiking ma chyba Dzień Wybrednego Głodomora. Zdarza mu się to od czasu do czasu, że widać (lub domyślam się), że jest głodny, ale np. piersi nie chce za bardzo ssać albo robi to bez przekonania. Deserek ze słoiczka je chętnie, ale stęka przy tym z jakimś niewytłumaczalnym niezadowoleniem. Pije wodę (lub wodę z sokiem) do dna, ale jak już się napije, to humor ma nadal zły. Względnie mieszanka pomaga...Generalnie Wikuś ma chyba dzisiaj jakiś gorszy dzień. Odzwyczaiłam się od tego, bo już naprawdę bardzo dawno takiego nie miał. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz był marudny - nie licząc oczywiście czasu gdy był chory i gorączkował, bo to inna sytuacja.

Ogólnie ja sama nastrój też mam raczej kiepski. Zresztą to trwa już od jakiegoś czasu, ale staram się po prostu to ignorować. Niestety nie zawsze się da. Dzisiaj na przykład nie bardzo. Franek śpi razem z Wikingiem, zadowolony, że może sobie na to pozwolić (spanie to Franka hobby, niestety, bo mnie trudno się z tym pogodzić). A ja siedzę jakaś taka rozmemłana, rozczarowana, zduszona, z ciężkim sercem, ściśniętym żołądkiem (dziś przez cały dzień zjadłam tylko trochę płatków kukurydzianych z mlekiem, parę chipsów i orzeszków, ot śmieci, na jedzenie też nie mam ochoty) i poczuciem beznadziei i bezcelowości. Nie do końca wiem, czego bym chciała. A właściwie to wiem, bo chciałabym poczuć się szczęśliwa. Problem w tym, że nie wiem, jak to zrobić. Mam wrażenie, że jakiś czas temu straciłam tę umiejętność. Nie rozumiem. Wcześniej jakoś nie miałam z tym problemu.