*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 6 października 2015

Nie ma tego złego... Rok później.

Wspominałam, że 1 października był dla mnie datą podwójnie symboliczną. O pierwszym symbolu już pisałam, o drugim będzie dziś.
Otóż 1 października minął dokładnie rok odkąd wylądowałam na tak zwanej zielonej trawce... Z tej okazji przeczytałam sobie notkę z ubiegłego roku, żeby przypomnieć sobie, co wtedy myślałam i skonfrontować to z tym, co myślę dzisiaj. I tak sobie myślę, że nie jest źle...

Na przykład wielokrotnie tam podkreślałam, że nie potrafię dostrzec pozytywnych stron utraty pracy i wyobrażałam sobie, że jeszcze długo ich nie dostrzegę. Potrzeba mi było do tego niemal całego roku i teraz z tej perspektywy dojrzałam wreszcie to, co dobre...
Po pierwsze - gdyby firma nie została zlikwidowana, na 100% pracowałabym tak długo, jak się da. Przypuszczam, że do świąt, kiedy to mieliśmy zaplanowany wyjazd. Bardzo możliwe, że po Nowym Roku chciałabym pracować nadal i pewnie fakt, że wylądowałam w Sylwestra w szpitalu mocno by mnie zestresował, bo nie byłabym na to kompletnie przygotowana i nie zdążyłabym zrobić wszystkiego. Tak czy inaczej, wtedy oczywiście nie wyobrażałam sobie innej opcji i nie widziałam żadnego problemu w tym, ze chodziłabym do pracy. Teraz nadal tego problemu nie widzę i nie jest tak, że zmieniłam nagle swój pogląd na to, że każda cieżarna powinna od razu zrezygnować z pracy. Ale teraz potrafię już docenić fakt, że było mi dane przesiedzieć te trzy miesiące w domu!
Nie dlatego, że miałam czas na przygotowanie się do narodzin Wikinga itp, bo ten czas znalazłby się nawet pomimo pracy. Ale dlatego, że dostałam w prezencie od losu (tak to teraz widzę, naprawdę) trzy miesiące czasu tylko dla mnie! Mogłam całkowicie poświęcić go tylko sobie i temu, co lubię robić. Nigdy wcześniej (może po maturze, choć nie aż do tego stopnia) nie miałam tyle czasu i pewnie nigdy później już się to nie powtórzy. Pod tym względem to był niezapomniany czas i wspominam go sentymentem. Mogłam czytać, uczyć się słówek, słuchać muzyki, blogować, prowadzić swoje statystyki i domową księgowość, robić porządki na dysku, rozwiązywać krzyżówki, szydełkować, ćwiczyć...
Nie wiedziałam, że jak się pojawi Wiking to aż tak bardzo będzie mi brakowało tego wolnego czasu (choć przecież i tak go mam, ale same przyznajcie, że jak się ma tyyyle ulubionych rzeczy do roboty, to zawsze będzie go brakowało ;)), dlatego żałowałam, że nie pracuję. Ale teraz myślę sobie, że bardzo dobrze się stało, bo... jednak należało mi się przed tym macierzyństwem. A co! :P
Po drugie - dwa tygodnie po tym, jak wylądowałam na bezrobociu okazało się, że mam cukrzycę ciążową. Dzięki temu, że byłam w domu, miałam czas na to, żeby zastanawiać się nad odpowiednią dietą i wprowadzać ją w życie. W pracy byłoby mi jednak bardzo trudno tę dietę utrzymywać - musiałabym chyba nosić ze sobą do biura tony półproduktów, z których przygotowywałabym coś odpowiedniego (a miejsca na to za bardzo nie było). Poza tym w pracy nie da się uniknąć sytuacji stresujących, a stres dobrze na poziomy glikemii na pewno nie wpływał.
Po trzecie - przynajmniej w lipcu nie miałam dylematu co dalej robić - czy wracać do pracy, czy zostać z Wikingiem w domu. Trudno jest mi teraz gdybać, ale wiem, że praca była dla mnie bardzo ważna. I niełatwo byłoby mi siedzieć w domu wiedząc, że coś mnie tam omija. Lubię się wszystkim zajmować osobiście i trudno byłoby mi odpuścić. Z drugiej strony, gdybym wróciła do pracy, pewnie też czułabym, że coś mnie omija... Oczywiście to uczucie i tak jeszcze przede mną, ale przynajmniej nie musiałam przez to przechodzić wcześniej niż to konieczne. 

Cieszę się, że jednak okazało się, że rzeczywiście czasami jest tak, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na pewno też nie bez znaczenia jest jednak fakt, że tak, jak pisałam rok temu, nie jestem typem depresyjnym. Chociaż utrata pracy - zwłaszcza takiej rewelacyjnej - bardzo mnie bolała (i do dziś oboje z Frankiem nad tym ubolewamy), potrafiłam przerobić swój smutek a potem ruszyć dalej i nie grzebać się w tym, co niedobre. Skupiłam się na pozytywach, odsunęłam na bok niepokój i tak sobie żyłam przez ostatni rok. I trochę jeszcze żyję. Dołki są, ale z innych powodów. Może i nie jestem optymistką, ale jednak usposobienie mam chyba jednak pogodne :) 

Tak, wiem, co napisałam rok temu o szukaniu pracy :) Ale umówmy się, że to nie jest jeszcze pora, żeby na ten temat rozmawiać, dobrze? :) To jest dla mnie trudna kwestia, nie chcę poświęcać jej więcej myśli, niż muszę, nie chcę na ten temat rozmawiać, bo i tak przyjdzie jeszcze na to czas, więc proszę tylko o uszanowanie mojej prośby :) 

Miniony rok uzmysłowił mi coś jeszcze - mianowicie to, że absolutnie nie nadaję się na bycie kurą domową! Wcześniej to podejrzewałam, teraz wiem na pewno... 
Co ciekawe, w pewnym momencie doszłam do wniosku, że jednak wbrew temu, co zawsze myślałam, mogłabym siedzieć w domu i nie pracować, ale pod dwoma warunkami: po pierwsze, że ktoś by mi za to płacił :P (jak teraz ;) po drugie: że mogłabym zajmować się swoimi sprawami. Bo siedzenie w domu w okresie ciąży było całkiem przyjemne, to późniejsze jest niezłe i stwierdzam, że można się do tego przyzwyczaić. Ale gdybym tak była gospodynią domową na pełen etat, to już zobowiązywałoby mnie do wykonywania wszelkich prac domowych, bo przecież głupio, żeby chłop po powrocie z pracy zajmował się wszystkim, a ja tylko czytaniem, szydełkowaniem i nauką języków :P Bo teraz to jeszcze dzieckiem się zajmuję, ale przy założeniu, że miałabym siedzieć w domu dłużej, dziecko zaczęłoby chodzić do jakiegoś przedszkola czy szkoły i wtedy już musiałabym się zająć domem.
Zajmowałam się nim (tyle o ile, no bo przecież bez przesady :P to naprawdę nie moja bajka) w ciąży. Gotowałam obiady, zmywałam na bieżąco, zamiatałam, sprzątałam itd. Wiele razy nachodziła mnie myśl - jak ja tego nie znoszę! 
Ale to nie chodzi o to, że ja tego w domu w ogóle nie robię. Oboje z Frankiem mamy swój przydział obowiązków, który ukształtował się w sposób naturalny. I tak na przykład ja gotuję zupy, ścieram kurze, robię pranie, prasuję, robię porządki w szafach, szufladach itp., zajmuję się wszelkimi segregacjami oraz naszymi finansami. Franek gotuje drugie dania, wynosi śmieci, myje podłogi, sprząta łazienkę... Oprócz tego są takie obowiązki jak np. zmywanie, które wykonujemy na zmianę (ale fakt, że częściej Franek). No i oczywiście dopuszczamy pewne odstępstwa od tego szablonu, bo i mnie się zdarzy ugotować pełny obiad i Frankowi powiesić pranie... Nie jest więc tak, że ja całkowicie stronię od wszelkich prac domowych. Ale będąc wtedy w domu, z całą masą wolnego czasu (pojęcie względne przy moim grafiku :)), uświadomiłam sobie, że naprawdę nie mogłabym funkcjonować w taki sposób, żeby wziąć na siebie prowadzenie gospodarstwa domowego. A przecież wypadałoby tak zrobić, gdyby facet zarabiał na rodzinę a ja siedziałabym w domu. W takim wypadku to ja jednak wolę pracować. Po prostu nie lubię co chwilę zmywać, stać nad garami, pucować kafelków i szorować podłóg. No nie lubię i już. Nie czuję się w tym. 
Kiedy mama mnie do tego wszystkiego goniła, to strasznie stękałam. Ona mi mówiła, że kiedyś i tak będę musiała się tym zajmować, a ja odpowiadałam, że znajdę sobie męża, który będzie to robił za mnie. I proszę bardzo ;) Znalazłam :P 

To był jednak całkiem niezły rok. Widocznie tak miało być, żebym mogła sobie przed pojawieniem się Wikinga odpocząć, żebym mogła nadrobić parę spraw a także, żebym uświadomiła sobie, że sam brak pracy nie jest taki zły. A przynajmniej nie musi być w pewnych okolicznościach :) Cieszę się, że ostatecznie tak to oceniam. Nie wiem, co będzie za kilka miesięcy. Ale mam nadzieję, że jakoś się to wszystko poukłada.

niedziela, 4 października 2015

U progu dziesiątego miesiąca.

Nie pamiętam, czy Wam juz wspominałam, ze mamy teraz czas intensywnie towarzyski. A właściwie - gościnny ;) W kazdy weekend (i nie tylko) ktoś do nas przyjezdza, najpierw byli rodzice, potem Dorota, następnie mój wujek i dziadek. Teraz byli u nas rodzice Franka, jutro wpadnie Karolina juz-nie-hiszpańska (pisałam, ze wraca do Polski po ośmiu latach?). Potem przyjedzie moja siostra. A potem my pojedziemy do Miasteczka ;) A potem nie wiem, ale to juz będzie prawie listopad, więc pewnie tez jakieś wyjazdy nam się będą szykować. Jeśli nie, to będzie syndrom przedszkolaka zapewne :)

Wiking ostatnimi czasy ma sporo wrazeń. Jak tylko ktoś przyjezdza, to zawsze gdzieś go zabieramy - jakiś dłuzszy spacer, sklepy, kawiarnia, restauracje... Ale kiedy nie mamy akurat gości, to tez na brak wrazeń chyba narzekać nie moze. Cały czas jeździ ze mną na zajęcia dwa razy w tygodniu. Słucha, bawi się, dotyka, nawet wącha i smakuje :) Ostatnio miał okazję na przykład pograć na bębenku, poganiać trochę za balonikiem albo posłuchać koncertu. A przede wszystkim ma mozliwość obcowania z innymi ludzmi, zwłaszcza innymi dziećmi. Od pewnego czasu Wiking bardzo chętnie inicjuje kontakt z innymi maluchami - zaczepia je, głaszcze, wkłada im palce do buzi (co ciekawe to się tym dzieciakom całkiem podoba ;)). Uśmiecha się do nich a na niektóre reaguje wręcz szerokim uśmiechem i pełen energii "biegnie" w ich kierunku na czworakach :). Wikuś zawsze był towarzyski, ale dotychczas raczej był bierną stroną tych kontaktów, poza tym nie przepadał za hałasem i zgiełkiem, reagował płaczem na jakiś głośniejszy pisk albo płacz. Mniej więcej dwa miesiące temu się to zmieniło i mam wrazenie, ze budzi się w nim jakaś dusza lidera wręcz :P To się oczywiście jeszcze dziesięć razy moze zmienić, ale na razie dokazuje na całego :) Ale o tym jeszcze będę pisać. To co mnie cieszy najbardziej, to ze cały czas daje się poznać jako pogodny maluch - potrafi podraczkować do innej mamy, popatrzeć na nią i nagle szeroko się uśmiechnąć - ciągle słodko bezzębnym ;)
Poza tym jest coraz bardziej zainteresowany otaczającym go światem, co oznacza, ze juz nie tylko na spacerach potrafi siedzieć długo i cierpliwie. Na przykład w kościele jest w stanie spokojnie wysiedzieć większość mszy, po kazaniu zwykle chce zeby go wyciągnąć z wózka (no w końcu jak wszyscy stoją, to on tez chce :P), ale nadal jest spokojny, do komuni wręcz lubi chodzić i dopiero na ogłoszeniach zaczyna się trochę nudzić, co pokazuje domagając się tego, zeby z nim chodzić albo po prostu zaczyna gadać po swojemu. Jest nieźle. Tylko kiedy chodzimy na 18 jest trudniej, bo jednak jest juz bardziej zmęczony i mniej wytrzymały, ale nie jest najgorzej.
Mozna tez z nim w miarę spokojnie zjeść obiad na mieście ;) Wczoraj na przykład byliśmy w restauracji i to dość późno, bo po osmienastej właśnie. Wikuś siedział na krzesełku dla dzieci i... jadł razem z nami :P Jedliśmy między innymi kopytka i się z nim podzieliliśmy. Całą kluchę zjadł i widać było, ze bardzo mu smakuje. A my mogliśmy w spokoju zjeść to, co mieliśmy na talerzach, bez zmianowego noszenia dziecka. W dodatku potem przyszedł czas na muzykę na zywo (to ta sama knajpa, co ostatnio) i Wiking bardzo chętnie przysłuchiwał się i obserwował panów grających na skrzypcach i akordeonie. Kiedy przyszliśmy do domu, ani myślał szykować się do spania, choć była juz prawie ósma ;) Wyjątkowo więc poszedł spać dopiero o 20.30... Ale dzisiaj juz goście pojechali i wszystko wróciło do normy - o 19:30 juz smacznie spał. Ubolewam tylko nad jednym - juz prawie od tygodnia mu nie czytałam, bo zasypia prawie od razu kiedy połozę go do łózeczka.Oczywiście cieszę się, bo mamy dłuzszy wieczór dla siebie, ale będę musiała sobie jakoś zmodyfikować dzień, zeby znaleźc czas na te 30 minut czytania.
A jeśli juz o ksiazkach mowa... Ostatnio juz kilka razy zauwazyłam, ze Wiking wreszcie interesuje się ksiązeczkami, które dla niego kupiłam! I to nie tylko wkładając je do buzi, jak dotychczas, ale przewraca sobie strony, klepie rączką po obrazkach, ogląda... Jeszcze nie popadam w euforię, bo nie mam pewności, czy to nie jest zwykły zbieg okoliczności... Ale bardzo chciałabym, zeby to właśnie ksiązeczki go interesowały! Póki co ma je cały czas pod ręką i sam sobie je ściąga z półki (co samo w sobie jest atrakcją, bo musi się trochę wspiąć)...

Właściwie zaczynając pisać tę notkę, nie wiedziałam, o czym będzie i jakoś tak samo wyszło o Wikingu :) Ale niech to juz będzie na poczet tego dziesiątego miesiąca, ktory się lada moment zacznie, choć pewnie krótkiej notki podsumowującej ten dziewiąty sobie i tak nie podaruję ;)