*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 27 października 2015

O duchach z przeszłości...

Wspominałam ostatnio, że o tym będzie.
Spaceruję sobie z tym Wikusiem w wózku po Miasteczku, rozglądam się i rozmyślam... Miasteczko to jest naprawdę małe miasteczko, nie ma tu za bardzo gdzie chodzić, dwa kroki w prawo, dwa kroki w lewo i już trzeba zawracać. Chodzi się więc cały czas tymi samymi utartymi szlakami. Tymi samymi, którymi chodziło się piętnaście lat temu. A to oznacza, że za każdym rogiem kryją się wspomnienia. Trudno jest mi się im oprzeć, bo tak naprawdę Miasteczko wiąże się dla mnie jedynie ze wspomnieniami. Prawda jest taka, że przestałam tu żyć, kiedy skończyłam 19 lat. Może nawet trochę wcześniej, bo w wieku lat 17 przeprowadziłam się do Przymiasteczka i mieszkałam z wujkiem i dziadkiem, do domu przyjeżdżając tylko na weekendy albo jak miałam problem z matematyką lub fizyką i tata musiał mi wytłumaczyć to i owo ;)
W każdym razie w pewnym momencie przestałam mieć tutaj jakiekolwiek sprawy - przyjeżdżałam do rodziców i tyle. Natomiast we wcześniejszych latach działo się dużo. Ileż to ja kilometrów zrobiłam szlifując miasteczkowe chodniki... Ileż jaj wysiedziałam przesiadując  na ławkach - najczęściej pod oknami obiektów moich westchnień (nie no akurat tylko w jednym przypadku byłam tak jawnie zauroczona :P)... Najciekawsze jest to, że teraz często tych ławek już nawet nie ma, a ja je nadal widzę... 
Są momenty, kiedy niemal widzę również samą siebie jako nastolatkę. To jest jak taka projekcja filmu w muzeum interaktywnym. Wspominam bardzo intensywnie i czasami trudno mi uwierzyć, że od tej margolki, której wyobrażeniowo-wspomnieniowy obraz nakłada mi się na rzeczywistość dzieli mnie cała przepaść doświadczeń i zdarzeń. I znowu wtedy nachodzi mnie takie irracjonalne pragnienie, żeby pobiec do niej jak do dobrej koleżanki i opowiedzieć jej wszystko - jak to będzie i które zmartwienia warto sobie podarować...

Miasteczko bardzo się zmieniło. Brakuje mi co prawda niektórych miejsc, które niegdyś służyły jako kryjówki przed wścibskim okiem wrogów-dorosłych :P, a teraz są zagospodarowane, ale prawda jest taka, że zmieniło się na lepsze, głównie dzięki funduszom europejskim. Moi rodzice, którzy żyją tu na co dzień i nigdy Miasteczka nie polubili (głównie ze względu na małomiasteczkową mentalność, która w tym miejscu jest naprawdę bardzo specyficzna) nie dostrzegają tego tak wyraźnie jak ja, która jestem bardziej obiektywna. Wybudowano nową, ogromną szkołę, dwie, które istniały wcześniej wyremontowano, powstał kompleks rekreacyjno sportowy, osiedle mieszkaniowe zostało odnowione (jestem zachwycona, bo każdy blok jest pomalowany na inny kolor i jest taaak kolorowo)... Park, do którego chodziłyśmy z Juską i Dorotą, kiedy odwiedzały mnie 3 maja (to taka coroczna tradycja była) i siedząc po turecku na trawie popijałyśmy piwko i jadłyśmy lody z kubeczka został odświeżony i powstała tam siłownia pod chmurką... Tak naprawdę zostało jeszcze jedno miejsce do odnowienia, które chyba planowane jest na przyszły plac zabaw, ale na razie niestety okupowane jest przez miasteczkową żulernię (no gdzieś się muszą spotykać, skoro cała reszta miasta została odnowiona i zabezpieczona monitoringiem), choć liczę na to, że za jakiś czas i to się zmieni. 

Łapię się na tym, że spacerując, rozglądam się dookoła, szukając osób, które niegdyś można było zawsze spotkać w poszczególnych miejscach. Wiadomo było gdzie kogo można zazwyczaj znaleźć. Widzę z daleka jakąś grupkę chłopaków i wydaje mi się, że wiem kto tam stoi - rozpoznaję sylwetkę, sposób chodzenia, charakterystyczne gesty.. A potem okazuje się, że to zupełnie obce małolaty... Dokonuję w głowie szybkich obliczeń- mogą mieć teraz 15-17 lat, czyli urodzili się, mniej więcej wtedy, gdy ja tyle miałam - nie ma szans, żebym ich kojarzyła.
Kiedyś znałam wszystkich snujących się po mieście, okupujących ławki, parki i boiska. Teraz są to obce twarze. Skończyły się już nawet czasy, kiedy czasami w rysach twarzy jakiegoś młodzieńca ze zdumieniem dostrzegałam buzię chłopca, którego mgliście przypominałam sobie z podstawówki, z czasów, kiedy byłam w ósmej klasie, a on był pierwszakiem - buzię na tyle słodką, że zwróciłam na nią uwagę i ją zapamiętałam*. Teraz przeżywam niejednokrotnie szok, kiedy widzę, że te "maluszki" mają już swoje rodziny (prawda jest taka, że jeśli młodzież zostaje w Miasteczku, to szybko zakłada rodzinę - jak za czasów naszych rodziców, jeśli ktoś stąd ma 25 lat i nie założył jeszcze rodziny zwykle oznacza, że na co dzień nie mieszka w Miasteczku, tylko wyjechał do większego miasta lub za granicę:).
Rozglądam się za tymi samymi osobami, za którymi rozglądałam się piętnaście lat temu. I dopiero po chwili dociera do mnie, że dla nich czas się nie zatrzymał, podobnie jak dla mnie :) To prawda, że Miasteczko - nawet zmienione - chyba już zawsze pozostanie dla mnie miejscem dzieciństwa i okresu dojrzewania i zawsze będę miała wrażenie, że cofam się w czasie, gdy będę chodzić jego ulicami. Ale inni tutaj żyją - mają swoje rodziny, pracują, robią zakupy, prowadzą takie samo życie, jakie ja prowadziłam najpierw w Poznaniu a teraz w Podwarszawie - a przecież nie chodzę bez celu po mieście, nie wystaję w parkach i przy ławeczkach :) Oni także dorośli. A bardzo często, podobnie jak ja - wyjechali. Miasteczko się zestarzało, bardzo. Ale oczywiście niektórzy zostali - zdziwiona dowiaduję się potem przypadkiem, że na przykład mieszkają w bloku, w którym nigdy nie miałam żadnych znajomych, bo to miejsce kojarzone było jako blok emerytów... Cóż, nastąpiła wymiana pokoleniowa.
Mimo wszystko, rzadko spotykam nawet tych, którzy zostali. Z jednej strony się cieszę, bo chyba niektórych duchów nie chciałabym wywoływać, a przynajmniej wolałabym nie stawać z nimi twarzą w twarz. Z drugiej, cały czas czuję się dziwnie z tym, że dla mnie to jest tylko miasto przeszłości, dla innych - to teraźniejszość i obecne życie... Nie wyobrażam sobie żyć tu na co dzień i chyba dlatego właśnie jestem taka zdziwiona, że dla innych jest to normalne :)
Ostatnio jednak przechodziłam ulicą i nagle usłyszałam, że ktoś bardzo ucieszony woła "cześć margolka!". Odwróciłam się i zobaczyłam szeroko uśmiechniętego duszka przeszłości, o którym napiszę przy kolejnej okazji, bo warto ;)

* Z ogromnym sentymentem wspominam, że kiedy byłam w ósmej klasie, miałam wielbiciela z czwartej :) Prawda jest taka, że to ja go przyuważyłam chyba ze dwa lata wcześniej - mieliśmy czasami dyżury w budynku, gdzie miały lekcje młodsze klasy. Był tam taki jeden sympatyczny rozrabiaka ze śliczną buźką. Nie wiem nawet, czy  nie powiedziałam mu przypadkiem, że jak dorośnie, to będzie z niego przystojniak :P Nie pamiętam jak to się stało, że zyskałam jego sympatię, ale wiem, że on i jego kolega (też fajny) przychodzili później do mnie i mojej koleżanki prawie na każdej przerwie :) Widać było, że wpatrzeni są w nas jak w obrazek, chyba imponowało im to, że mają takie "dorosłe" koleżanki, zwłaszcza, że działałyśmy w samorządzie szkolnym. Wtedy to naprawdę było coś mieć takie znajomości ;) A nam bardzo pochlebiało, że byłyśmy obiektem westchnień takich sympatycznych chłopaczków. Pamiętam, jaki szok przeżyłam parę lat temu, kiedy uświadomiłam sobie, że ten dwudziestolatek, który śmignął właśnie obok mnie na rowerze i to tamten czwartoklasista! Trudno było mi oswoić się z myślą, że on dorósł, podobnie, jak ja ;))

poniedziałek, 26 października 2015

Kumulacja, czyli lęki, skoki, zęby i...

Wiking ostatnio bywa bardzo niespokojny a do tego ma bardzo zmienne humory. Potrafi bawić się na całego, sprawiając wrażenie, jakby zapomniał o całym świecie, a potem nagle wybuchnąć głośnym płaczem, którego nie koi nawet przytulanie ani noszenie. Nie chce w tym momencie ani jeść, ani pić, a rękę podającą mu smoczek zdecydowanie odpycha! Płacz jest głośny i wręcz słychać w nim złość. Albo w drugą stronę - marudzi, jęczy, płacze, czasem histeryzuje, a potem jakby ktoś palcami pstryknął - szeroki uśmiech, gardłowe hihihi, energiczne raczkowanie po całym mieszkaniu i jakieś absolutnie absorbujące zajęcie - na przykład pożeranie własnej skarpetki albo zabawa z mamą pod tytułem "ja będę rzucał czapeczkę na podłogę, a ty mi ją podasz! I tak sto razy - hihihi"

Niestety w ostatnim czasie Wiking ma nawroty stanu określonego przeze mnie dawno temu jako "nieodkładalność" :) To pojawiło się również mniej więcej dwa tygodnie temu i niestety bywa bardzo problematyczne. Wiking dosłownie trzyma się mamusinej spódnicy (a właściwie spodni) - potrafi się bawić z całym zaangażowaniem aż nagle podnosi głowę, patrzy na mnie, robi podkówkę i... buuuuu, płacze...  Podchodzi do mnie, staje obok i obejmuje moje nogi albo szarpie moją garderobę, czasami wyciąga też rączki. Oczywiście biorę go wtedy na ręce, bo trudno inaczej zinterpretować ten gest. Ale czasami jest to bardzo kłopotliwe, bo Wiking takie ataki nieodkładalności miewa często w sytuacjach, kiedy albo chcę iść do łazienki, albo coś zjeść, albo naszykować jedzenie jemu, albo przygotować nas do wyjścia na spacer itp.

Na całe szczęście często wcale nie chodzi mu o to, że to mama koniecznie musi być obok! Podobnie reagował na odejście Franka (marudził, więc Franek podszedł do niego i zaczął go zabawiać, kiedy Wiking zajął się klockami, Franek delikatnie wstał i chciał się oddalić, bo wyglądało na to, że dziecko jest całkowicie zaabsorbowane zabawą, ale nic z tego). Poza tym zauważyłam, że on się tak zachowuje tylko wtedy, kiedy jestem z nim sama! W weekendy ma bardzo dobry humor. Podobnie jest popołudniami, kiedy moi rodzice wracają z pracy albo kiedy przyjeżdżają wujek z dziadziem. Wiking przez dwie godziny potrafi być tak cichy, że muszę raz po raz sprawdzać, co się dzieje i czy dziecko przypadkiem nie zniknęło. Nie, wcale nie zniknęło, tylko bawi się w najlepsze swoimi zabawkami... Ewidentnie więc wcale nie chodzi mu o matkę, tylko o towarzystwo w ogóle. Im więcej ludzi, tym lepiej. Kiedy jestem z nim sama, ma oczywiście momenty, kiedy zajmuje się sobą, ale są one dużo krótsze niż jeszcze niedawno. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko jest to stan przejściowy...

Drugim problemem jest to, że niepokój Wikinga objawia się głównie wieczorem i w nocy. Bywa, że przez kilka dni z rzędu zasypia bez większego problemu, a potem znowu przez kilka dni jest z tym problem. Pół biedy, jeśli się chce wtedy bawić (choć oczywiście trochę mnie to denerwuje, bo to w końcu mój "czas wolny" :)), gorzej jeśli widać, że chce spać, ale się przed tym broni i płacze. W ogóle sypia dość niespokojnie. Na przykład jak już zaśnie bezproblemowo, to potrafi się po godzinie, dwóch obudzić z głośnym, jakby przestraszonym płaczem. Zwykle wystarczy go przytulić i zasypia z powrotem, ale zdarza się, że zanosi się płaczem i przez chwilę absolutnie nic nie pomaga i dopiero po paru minutach energicznego chodzenia z nim na rękach (zwykle rękach Frankach, chyba chodzi o to, że powierzchnia do przytulania jest większa, no i ramiona jednak silniejsze) się uspokaja i nagle śladu po tym płaczu nie ma, a wręcz zaczyna się uśmiechać i wierzgać nóżkami, co jest oznaką zadowolenia.

W nocy też różnie bywa. Nigdy nie mieliśmy większych problemów z nieprzespanymi nocami (choć Wiking prawie zawsze się budził przynajmniej dwa razy na jedzenie), a od jakiegoś czasu Wikuś w nocy się bardziej kręci, popłakuje i ewidentnie chce, ale nie umie zasnąć. Czasami musimy się ratować nawet podaniem mu butelki z mlekiem. Ogólnie nie jest najgorzej, bo nie chodzę niewyspana, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy, co utrudnia Wikingowi spokojny nocny wypoczynek.

Mam na te zachowania kilka teorii.
Po pierwsze - wspominałam jakiś czas temu, że Wiking chyba przechodzi przez coś w rodzaju lęku separacyjnego. Ominęło nas to w okolicach siódmego miesiąca, przyszło z opóźnieniem. Świadczyłaby o tym ta niechęć przed zostaniem samemu w pomieszczeniu, niesamowita czujność na to, czy ktoś się nie próbuje ostrożnie ewakuować, trzymanie się kurczowo moich nóg i głośny protest, gdy próbuję zostawić go samego w łóżeczku (wcześniej nie było z tym problemu). I tak nie jest najgorzej, bo tylko w niektórych momentach jedynie mama jest lekiem na całe zło, w większości przypadków wystarczy ktokolwiek, kto się nim zajmie.

Po drugie - siódmy skok rozwojowy i "czarny czas" jak ja to nazwałam, który może pojawić się na przełomie 41 i 42 tygodnia życia dziecka. U nas właśnie wtedy nastąpiło pewne pogorszenie w zachowaniu Wikinga, choć pewne symptomy występowały już wcześniej. Tę tezę potwierdza na przykład fakt, że Wiking znowu sobie przypomniał, że jest małym ssakiem i ciągle domaga się piersi. Czasami lubi sobie przy niej przysnąć. Widać, że często nie chodzi mu wcale o to, żeby zjeść, tylko żeby się poprzytulać. Podchodzi do mnie, wstaje i szarpie mnie za sweter, jednocześnie kierując główkę w kierunku mojego biustu i stukając w niego nosem :D I jak tu się oprzeć takiej prośbie? :D

Po trzecie -  ząbkowanie. Tak jest, Wikuś dojrzał do tego, żeby w dziesiątym miesiącu życia, wypuścić wreszcie na świat swoje pierwsze ząbki :) Mam nadzieję, że będą tak mocne, jak zapowiadają nam wszyscy, którzy potwierdzają, że im później tym lepiej i mam nadzieję, że jest to wystarczająco późno ;) Coś białego na dziąśle zauważyłam półtora tygodnia temu, teraz już prawa dolna jedynka już się przebiła (choć nadal jest malutka), a lewa jest w drodze. Nie wiem, na ile ząbkowanie ma wpływ na zachowanie Wikinga - nasłuchałam się i naczytałam tak dużo o tym, jaki to może być trudny czas dla dziecka i rodziców, że ciągle wyobrażam sobie, że to jednak powinno wyglądać gorzej. U nas jest ten niepokój, marudzenie w ciągu dnia i od czasu do czasu jakiś napad płaczu. To oczywiście męczy, ale obiektywnie rzecz biorąc, wydaje mi się, że wcale nie jest tak źle. Z jednej strony więc może ominie nas zębowa katastrofa, z drugiej, może dopiero nadejdzie :)

Po czwarte - może to być kombinacja jedynki z dwójką, czyli jakieś lęki związane z rozwojem. Być może Dzieciak przetwarza duże ilości wrażeń, które ma w ciągu dnia i potem w nocy jest niespokojny, może ma złe sny. W dzień z kolei może czasami ma za dużo bodźców. Trudno powiedzieć.

Po piąte - nie wykluczam oczywiście również tego, że Wikuś po prostu odnotował, że nie jest u siebie i że nie ma obok taty. Jest mu tu dobrze, to widać, ale przecież każdy tęskni za swoim domem i swoimi zabawkami prawda? :))

Nie wiem tak do końca, co temu naszemu Wikusiowi dolega, ale być może wszystko, o czym wspomniałam ma jakiś wpływ. 

Z jednej strony jest to bardzo uciążliwe i mam trudne momenty - szczególnie rano, kiedy muszę iść do łazienki a mały mnie nie puszcza. Poszłabym z nim, ale za bardzo interesuje go wnętrze muszli klozetowej, którą potrafi już otworzyć i kończy się na tym, że wyje biedaczek pod drzwiami :(, bo wyrodna matka go zostawiła - na szczęście tylko na chwilę :))
A z drugiej strony stwierdzam, że naprawdę nie jest wcale tak źle. Tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy jak na taką kumulację, to radzę sobie dobrze, a może nawet rewelacyjnie :) Znoszę to wszystko całkiem nieźle. Nie wiem, być może po prostu się już mocno uodporniłam, być może Wikuś jest taki fajny przez większość czasu, że to wystarcza, aby łagodzić skutki tych niefajnych momentów. A może jestem zwyczajnie silniejsza, a mocy dodaje mi myśl, że jednak nic nie trwa wiecznie. I ta, że niejedna trudna przeprawa jeszcze przed nami, więc nie można się tak łatwo załamywać.
Powiem Wam, że widzę różnicę w moim podejściu. Teraz nawet jeśli ogarnia mnie zwątpienie to jest ono chwilowe i trwa tylko tyle, ile napad gorszego humoru Wikusia. Kiedy jemu przechodzi (na szczęście zwykle dość szybko) i ja zapominam o tym, że coś mi przeszkadzało. A wcześniej przecież zawsze w takich gorszych okresach było tak, że miałam zły nastrój przez dłuższy czas, bo dołowałam się i stresowałam każdą niedogodnością i nawet kiedy było dobrze, już na zapas martwiłam się co będzie za godzinę, dwie, wieczorem, jutro... Teraz mam w sobie wewnętrzny spokój i mam nadzieję, że mnie nie opuści! Nawet kiedy będę już u siebie. 
Bo oczywiście to, że jestem teraz u rodziców też bardzo dobrze na mnie wpływa. Co prawda ten gorszy nastrój Wikinga zaczął się jeszcze w Podwarszawie (co też wskazywałoby na to, że nie chodzi tylko o tęsknotę za tatą) i wtedy też sobie z tym radziliśmy, ale ja w Miasteczku w ogóle zawsze czuje się dobrze. A przecież nie ma jak u mamy - o czym już chyba nawet Wiking się przekonał :)

*** Ale tak abstrahując już od tych gorszych momentów - zazwyczaj jednak Wikuś jest przekochany. I na przykład dzisiaj mieliśmy wspaniały dzień. Co prawda znowu z pobudką o 5:00 (czy jest szansa, że on się przestawi, czy tak będzie do końca marca? :P), ale wspaniale spędziliśmy razem dzień. I owszem, okazuje się, że z takim maluchem można już miło spędzać dzień (tak, dla mnie to też była abstrakcja! :) Bawiliśmy się w kosi-kosi łapki, w akuku, w ence-pence. Poczytałam mu trochę, potańczyliśmy razem, bawiliśmy się klockami i piłeczką pingpongową (wymiata!) Powiem Wam, że nawet mi aż tak bardzo nie przeszkadza, jak się Wiking rzuca na moją twarz z otwartą buzią i ślini mnie na potęgę. Tak, tak, dziąsła go swędzą - ale ja tam wolę myśleć, że to w jego wykonaniu buzi :D

***
Tak czy inaczej, trzymajcie za nas kciuki. Za Wikinga, żeby mu żadne strachy i bóle nie dokuczały, i żeby dobry nastrój trzymał się go jak najdłużej i jak najczęściej. Za mnie, żebym nie poddawała się chwilom zwątpienia, żeby siła i determinacja mnie nie opuszcza, i bym cały czas miała takie podejście jak teraz :) I za naszą rodzinkę, żebyśmy się po prostu nie dali i bardzo się kochali :D 
(nie mogłam się oprzeć :P)