*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 14 listopada 2015

Ja wiedziałam, że tak będzie :)

Znaczy się, wiedziałam, że Wiking ładnie przespał noc, ale nie zrobi tego ponownie dziś - nie wtedy, kiedy mieliśmy w planach późny powrót do domu i nadzieję na względnie przespane 5 godzin :D

Oczywiście zgodnie z prawami Murphy'ego, akurat wczoraj, na kiedy to mieliśmy zaplanowane wieczorne wyjście, Wiking lekko gorączkował. A właściwie miał stan podgorączkowy, ale tak poza tym nic mu  nie dolegało i stąd nasz wniosek, że to chyba na ząbkowanie. Mam wrażenie, że jego górne dziąsła jakoś inaczej wyglądaj i od wczoraj dużo więcej gryzie, ale oczywiście, czy to o ząbki chodzi okaże się dopiero za jakiś czas. Niemniej jednak nie miał żadnych innych dolegliwości. Tuż przed naszym wyjściem Wiking dość mocno marudził, bo był już zmęczony a lek obniżający temperaturę przestał działać. Inni rodzice pewnie zostaliby w domy albo chociaż się dwa razy zastanowili nad wyjściem, ale jak powszechnie wiadomo, my jesteśmy wyrodni :P więc spokojnie się szykowaliśmy do wyjścia od czasu do czasu przytulając Wikinga lub posyłając mu buziaka, podczas gdy dziadkowie zabawiali malucha. O 18:45 po prostu wyszliśmy z domu.
A tak serio - wiedzieliśmy przecież, że nic złego się nie dzieje, że Wikuś zostaje pod dobrą opieką, daliśmy znać, że jesteśmy w gotowości "jakby co", więc byliśmy spokojni. Za jakiś czas zadzwoniliśmy do teściów i dowiedzieliśmy się, że synek znowu bez większych problemów zasnął, więc mogliśmy się już spokojnie pogrążyć w rozmowie ze znajomymi. Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie w fajnym towarzystwie najbliższych poznańskich znajomych. Było dużo śmiechu i czas szybko minął. O północy postanowiliśmy, że czas wracać.

W ogóle to czas powrotu był przez chwilę kością niezgody między mną i Frankiem. Z jednej strony przyznawałam mu rację, że jeśli wyjdziemy wcześniej to się za bardzo nie nagadamy, z drugiej obawiałam się braku snu, następnego poranka i zmęczenia w ciągu dnia. Wiedziałam, że będzie tak, że rano Frankowi się nie będzie chciało wstawać (zwłaszcza po planowanym piwkowaniu), a ja - mimo, że też będę zmęczona - będę musiała zająć się wyspanym Wikingiem. Franek obiecał jednak, że oboje wstaniemy rano i będziemy się razem zajmować dzieckiem. No i muszę przyznać, że tym razem nie wiedziałam, że tak będzie :) Bo nie bardzo mu wierzyłam. 
W każdym razie położyliśmy się o 1:00 i dosłownie pięć minut później Wiking zaczął stękać! Udało się go prawie od razu uspokoić i zasypiał znowu, ale niestety przebudzał się tak jeszcze kilka razy, co dla nas oznaczało wypoczynek wątpliwej jakości. Musieliśmy go też raz nakarmić i podać środek obniżający gorączkę. Wreszcie około godziny 6:00 Wikuś zdecydowanie zarządził koniec spania, który objawił się tym, że Dzieciak zaczął się wygłupiać i po nas łazić. Ja byłam dosłownie nieprzytomna! Bardzo rzadko zdarza mi się, żebym tak nie mogła się dobudzić, ale już nad ranem było mi aż niedobrze ze zmęczenia, więc tym razem nie dałam rady wstać. I muszę przyznać, że Franek stanął na wysokości zadania, kiedy zobaczył, że nie jestem w stanie otworzyć jednego oka :) Słyszałam przez sen, jak się z Wikingiem bawił, jak zmieniał mu pieluchę i go ubierał. Normalnie nie potrafiłam się obudzić - wydawało mi się nawet, że wstaję, szykuję Wikingowi ubranko, po czym stwierdzałam, że to mi się tylko śni :) Wreszcie po godzinie trochę się zregenerowałam. 
Jestem bardzo wdzięczna Franusiowi, że się tak poświęcił i jednak zachował się zupełnie wbrew moim oczekiwaniom :) Myślę, że w dużej mierze dzięki temu spędziliśmy ogólnie całkiem przyjemny dzień.  I nawet - mimo, że zwykle wolę położyć się wcześniej i zrezygnować z rozrywek różnego rodzaju - tym razem stwierdziłam, że warto było spędzić czas w takiej formie, jak za starych, przedwikingowych czasów :) W końcu raz nie zawsze, a z pomocą męża i teściów udało mi się przetrwać ten dzień, mimo, że czułam się jakbym była na kacu. Wiking już śpi, my niedługo chyba też pójdziemy w jego ślady ;)

A jeszcze co do tego porannego wstawania - nie raz marudzę trochę, że ja muszę wstawać i bawić się z Wikingiem (bo mi się nudzi:)), a Franek jeszcze śpi (kiedy nie idzie do pracy). Mówię mu wtedy, że musimy któregoś dnia się umówić, że to on wstanie, a ja sobie pośpię. Ale prawda jest taka, że ja zazwyczaj o tej szóstej jestem już wyspana i pewnie nie skorzystałabym specjalnie z tego "Dnia Śpiocha", za to kilka razy zdarzyło się, że tak jak dziś, wyjątkowo byłam rano półprzytomna i muszę oddać Frankowi, że zawsze potrafi zauważyć u mnie ten niezwykły stan i pozwala mi dospać, podczas gdy sam zajmuje się dzieckiem.

piątek, 13 listopada 2015

Samosie i niesamosie :)

Wczoraj wieczorem wyskoczyliśmy sobie z Frankiem do kina. Tym razem na 11 minut Skolimowskiego. W internecie są bardzo różne recenzje, ale nam się bardzo podobał ten film. Nie nudziliśmy się i nas trzymał w napięciu. Oczekiwałam co prawda trochę innego zakończenia, ale nie czuję się zawiedziona.
Kino znajduje się w galerii handlowej, więc po seansie skusiłam się jeszcze na lody McFlurry Twix z McDonalds'a, które chodziły za mną od jakiegoś czasu, a konkretnie od momentu kiedy zobaczyłam, że coś takiego jest. Muszę przyznać, że było pyszne! A do tego głodna byłam, to jeszcze cheesburgera wciągnęłam. Nie ma to jak śmieciowe żarcie o 21:00 :) Ale jak widać mój żołądek nie miał nic przeciwko, bo czułam się rewelacyjnie.
Kiedy wróciliśmy, okazało się, ze Wiking śpi już od godziny. To znaczy zasnął tak, jak przewidywaliśmy od razu po jedzeniu po 19:30. Ale zapomniałam teściów uprzedzić, że czasami jak Wiking tak padnie, to się budzi po jakiejś godzinie z głośnym płaczem i trudno go trochę uspokoić, ale poradzili sobie mimo wszystko - pobujali go trochę w wózku i szybciutko zasnął, a potem go przenieśli. I kolejną pobudkę Wiking zaliczył dopiero o 5:30. Byłam w szoku, bo to jego rekord! Dotychczas najdłużej spał do 4:00 bez przerwy. Za to ja się obudziłam już o 5:00 wyspana, bo skoro miałam nieprzerwany prawie siedmiogodzinny sen to mój organizm chyba został odurzony taką dawką :P Z drugiej strony nie lubię takich nocy (choć oczywiście "nie lubię" jest zdecydowanie zbyt mocnym słowem:)), bo zazwyczaj podświadomie liczę na to, że może to początek nowych zwyczajów, a potem okazuje się, że następnej nocy Wikuś znowu po staremu budzi się między 1:00 a 2:00 :) I jestem rozczarowana.
A dziś wieczorem znowu mamy w planach wyjście, tym razem do znajomych i trochę dłużej pobalujemy (niestety moim zdaniem). W dodatku Franek piwa sobie nie odmówi, bo w końcu się spotka z kumplami, więc jutro oczywiście nic mu się nie będzie chciało. Ale w sumie będzie musiało mu się chcieć, bo na 10:00 jesteśmy umówieni z Karolą, jej facetem i Jowitką :)

Fajnie jest tak móc zostawić dziecko dziadkom i sobie wyjść. Oj fajnie... I chociaż mam świadomość, że nawet gdybyśmy mieszkali w tym samym mieście, to nie korzystalibyśmy wcale tak często z tego przywileju, to zawsze trochę żal, że takiej możliwości teraz nie mamy wcale. Owszem, żal jest, wiecie o tym, bo czasami przecież wspominam coś na ten temat. Ale z drugiej strony, tak na co dzień, wcale dużo nie myślę na ten temat. I prawdę mówiąc widzę też sporo dobrych stron tego, że mieszkamy sami - na przykład to, że jesteśmy zupełnie niezależni i samodzielni i w dodatku uważam, że naprawdę dobrze sobie z tym wszystkim radzimy. To niby nic nadzwyczajnego, ale ja często jestem dumna z tego, że jednak sobie radzimy, nie robimy z siebie ofiar losu, nie biadolimy i nie oczekujemy wsparcia z każdej strony. Trzeba sobie radzić, to sobie radzimy. Samodzielność jest dla mnie w życiu bardzo ważną umiejętnością i często jest tak, że zanim skorzystam z czyjejś pomocy, upewniam się, że w razie czego sama też sobie dam radę...
Takie dwa przykłady - kiedy w Podwarszawie remontowali tory, okazało się, że będę miała problem żeby jechać z Wikingiem do Warszawy, bo nie dam sobie rady z wózkiem. Akurat tak się zdarzyło, że Franek miał wolne i przez większość tego czasu woził nas samochodem, bo tak było po prostu wygodniej. Ale zanim pierwszy raz skorzystałam z tego rozwiązania, zawiązałam Wikinga w chustę i pojechałam po prostu bez wózka. Jasne, że autem wygodniej, ale przynajmniej miałam świadomość, że nie jestem całkiem uzależniona i w razie czego sobie poradzę.
Z kolei w Miasteczku początkowo umówiłyśmy się z mamą, że będę wychodzić na spacer dopiero kiedy wróci z pracy, żeby pomogła mi wnieść i znieść wózek. Przez chwilę tak robiłam. Ale czułam się źle z tym, że nie jestem panią swojego czasu i któregoś dnia zaczęłam trochę inaczej sobie układać dzień - na przykład zajmowałam czymś Wikinga a sama znosiłam wózek a potem po niego wracałam. Od razu czułam się lepiej ze świadomością, że mogę czekać na mamę, ale nie muszę. 
I jeszcze jeden przykład, tym razem nie związany z macierzyństwem. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Poznaniu i pracowałam w podpoznańskiej miejscowości, musiałam jakoś dotrzeć do pętli tramwajowej. To były jakieś 3-4 km, zwykle dojeżdżałam rowerem, ale zimą miałam problem. Zabierałam się z kolegą samochodem - niby to dla niego nie był problem, bo i tak jechał w tym samym kierunku i po prostu "wyrzucał" mnie na skrzyżowaniu. Ale ja nie czułam się komfortowo, bo znowu nie byłam niezależna. Dogadałam się więc z moim szefostwem, że zaczynałam i kończyłam pracę pół godziny wcześniej, dzięki czemu mogłam dojeżdżać lokalnym autobusem, który kursował raz na godzinę. Niby samochodem kolegi taniej i wygodniej, ale dla mnie to, że byłam samodzielna było bezcenne :)

Ja po prostu zawsze szukam jeszcze innych rozwiązań i nawet jeśli później nie koniecznie z nich zawsze korzystam, to czuję się dobrze mając świadomość, że w razie czego jakoś sobie dam radę. Przyznam, że czasami bardzo dziwi mnie inna postawa. Każdy ma swój sposób na życie, to oczywiste i to nie jest moja sprawa, ale przyznam się Wam, że zdziwiłam się, kiedy jakiś czas temu usłyszałam, że teściowa codziennie jeździ po pracy do brata Franka, kiedy ten idzie odebrać Chrześnicę z przedszkola. On nie pracuje, na co dzień zajmuje się młodszą córką (ma prawie 2 latka, jest dokładnie rok starsza od Wikinga). Myślałam, że jest jakiś ważny powód, dla którego nie może iść do tego przedszkola razem z dzieckiem. No i jest. Otóż akurat wtedy, kiedy szwagier idzie do przedszkola, młodsze dziecko ma drzemkę i babcia jest potrzebna, żeby z nią zostać. Logiczne prawda? Ale przyznam, że szczęka mi opadła. Jasne, że wiem doskonale, jak ważne są dla dzieci drzemki w ciągu dnia, ale ja bym jednak wolała przeorganizować dziecku plan dnia tak, żeby zasypiało wcześniej albo później. Nie zniosłabym myśli, że muszę się dostosować i jeszcze korzystać z pomocy osoby trzeciej. Brat i bratowa Franka są świetnymi rodzicami dla swoich dzieci, naprawdę, pewnie nawet na swój sposób lepszymi niż ja dla Wikinga - choćby dlatego, że zawsze dostosowują się do nich. U nas jest inaczej, bo chociaż oczywiście zawsze bierzemy pod uwagę potrzeby Wikinga i jest on w jakimś sensie na pierwszym miejscu, to jednak zwykle jest tak, że to jego wpasowujemy w nasz plan. Czyli jeśli na przykład zwykle chodzi spać o 9:00, a my chcemy/musimy gdzieś wyjść o 10:00, to zabawiamy go przez tą godzinę tak, żeby zasnął w samochodzie. Raczej nie rezygnujemy ze spotkań z powodu dziecka ani tym bardziej nie spóźniamy się na nie, bo trzeba było Wikinga nakarmić/przewinąć/obudzić/uśpić - co niestety jest na porządku dziennym u szwagrów. Po prostu uważam, że wszystko można jakoś przewidzieć, a czasami przesunąć lekko w czasie. Trzeba być w życiu elastycznym i dziecko chyba też powinno się elastyczności (nie chaosu!) uczyć od małego. Może i jesteśmy egoistycznymi rodzicami, ale za to naprawdę samodzielnymi. Bo to nie była pierwsza sytuacja, kiedy sobie pomyślałam, że szwagier i jego żona są bardzo niesamodzielni, mimo, że sporo od nas starsi. Przypuszczam, że gdyby teściowie nie mogli do nich po pracy przyjeżdżać, to jakoś by sobie poradzili, więc może usprawiedliwia ich to, że po prostu korzystają z udogodnienia, które jest im dane. Ale to tak bardzo nie w moim stylu, że chyba dlatego trudno mi to zrozumieć. 
Pewnie, że fajnie byłoby mieć pomocnych dziadków pod ręką, ale nie zazdroszczę, że to u nich a nie u nas są codziennymi gośćmi. Przyznam, że zwyczajnie bym tego nie chciała. Pewnie inaczej przedstawiałaby się sprawa z moimi rodzicami (choć o pomoc tego rodzaju też nie przyszłoby mi do głowy prosić), no ale to już jest zupełnie inna para kaloszy :) 

Generalnie to naprawdę nie jest moja sprawa, jak szwagier i jego żona sobie układają życie i w jaki sposób funkcjonują a już na pewno nie chcę oceniać, czy to co robią jest dobre, czy złe. Bo dla mnie byłoby złe, a dla nich dobre, ale tak zupełnie obiektywnie przecież ocenić się tego nie da. Chciałam po prostu podzielić się swoją refleksją i opinią na ten temat. I tak najważniejsze jest to, że oni są po prostu dobrymi rodzicami i swoim zachowaniem krzywdy nikomu nie wyrządzają - a w każdym razie na pewno nie mnie :)