*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 19 grudnia 2015

Wiking i niania.

Pytacie jak tam Wiking i niania... Na razie wygląda na to, że się bardzo dobrze dogadują :) Wczoraj spędzili razem zupełnie sami 3,5h (nie licząc 1,5h spaceru) i Wiking ani razu nie zapłakał. Kiedy wróciliśmy z Frankiem do domu, powitał nas zadowoloną miną :) Od razu poznać było, że jest w doskonałym humorze i świetnie bawił się podczas naszej nieobecności.

Przyznam, że kiedy parę miesięcy wcześniej myślałam o tym, że ktoś będzie musiał się zająć Wikingiem i sobie z nim poradzić, robiło mi się gorąco. Właśnie dlatego to był dla mnie tak trudny temat. Odsuwałam te myśli, bo nie umiałam sobie wyobrazić, że ktoś będzie umiał poradzić sobie z charakterkiem Wikinga - że będzie umiał go uspokoić, uśpić, nakarmić... I nie chodzi o to, że uważałam, że nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie (choć pewnie tak jest, dla dziecka jednak matka to matka), tylko obawiałam się, że Wiking będzie zbyt trudnym dzieckiem dla takiej niani. Już miałam wizję, że ta po paru dniach przychodzi do nas i mówi, że nie da rady...
Ale Kinga mówi, że wszystkim rodzicom się tak wydaje ;) I że ona problemów nie przewiduje, bo nie widzi, żeby Wiking był jakimś szczególnie wymagającym dzieckiem. Wręcz przeciwnie, powiedziała, że pierwszy raz spotyka się z maluchem, który tak bez żadnego problemu od samego początku do niej idzie - nawet kiedy ja jestem obok. Mówi, że Wiking jest bardzo pogodnym i otwartym dzieckiem. Chętnie się z nią bawił, bez problemu dał się nakarmić (podobno w poprzednich wypadkach, musiały minąć jakieś dwa tygodnie, zanim podopieczne pozwoliły nakarmić się Kindze a nie swojej mamie), przewinąć, wziąć na ręce. Tylko parę razy zdarzyło się, że przypomniał sobie o mojej obecności, podszedł się przytulic i wrócił z powrotem do Kingi. 
Wygląda na to, że osiągnęłam swój cel! Pamiętacie, jak zawsze się bałam, że Wiking będzie się wychowywał tu sam, tylko z mamą i tatą? Postanowiłam sobie, że pokażę mu jak najszybciej, że świat, to całe mnóstwo innych, również przyjaznych ludzi. Chyba się to udało, Wikuś nie stroni od osób, które widzi rzadko lub nawet po raz pierwszy, a w tym wypadku to akurat bardzo dobrze. Nie wyobrażam sobie, jak przeżyłabym te dni, gdyby on płakał za mną :(
Oczywiście wszystko jeszcze się może zmienić, na razie on jeszcze niewiele rozumie, ale pewnie jak będzie trochę starszy, to skojarzy, że wychodzę i nie ma mnie przez parę godzin, wtedy może zacznie za mną płakać. Ale myślę, że do tego czasu, opiekunka już stanie się dla niego na tyle bliską osobą, że złagodzi jego żal. W każdym razie, mam nadzieję, że nie będzie większych problemów.

Co prawda jeden dzień był trochę trudniejszy - Wiking bardzo płakał i nie chciał się uspokoić nawet u mnie na rękach, a potem szybko zasnął. Obawiałam się przez chwilę, czy nie zaczął przypadkiem czegoś wyczuwać, ale zdaje się, że po prostu coś mu dolegało - może to było jeszcze echo jelitówki, bo tamtego dnia nie chciał w ogóle nic jeść i marudził od rana. Kinga była z nim tylko przez dwie godziny, potem zajmował się nim Franek i przez ponad godzinę musiał go cały czas nosić, a potem przeszło mu jak ręką odjął i do wieczora już był spokojny. Od tamtej pory skończyła się też biegunka, odbijanie i problemy z jedzeniem. Kiedy niania przyszła następnego dnia, Wiking od razu do niej podszedł z uśmiechem.
 Po raz kolejny przekonuję się, że Wikuś jednak nie marudzi bez powodu. Zawsze kiedy jest bardziej płaczliwy, okazuje się później, że albo boli go brzuszek, albo łapie przeziębienie, albo ząbki się pojawiają (a właśnie, dzisiaj zauważyłam że na górze zaczynają się przebijać, więc kto wie, czy to wszystko ze sobą powiązane nie było).

Wracając do tych moich obaw, że sobie niania z Wikingiem nie poradzi... Wygląda na to, że były zupełnie niepotrzebne. Wikuś wcale nie daje jej popalić. Chyba znowu te moje myśli wynikały z tego, o czym pisałam już wielokrotnie - jako że jestem perfekcjonistką, wymagającą bardzo dużo od siebie i innych (również od własnego dziecka) mam chyba nieco wypaczone spojrzenie na naszego Dzieciaka :P Już tyle razy słyszałam (również od niektórych z Was), że Wiking to złote dziecko albo przynajmniej, że to normalne dziecko, a mnie się ciągle wydaje, że jest bardziej wymagający :) Pewnie nie bez znaczenia pozostają też te pierwsze miesiące, kiedy jako noworodek tak dużo płakał z powodu (chyba?) kolek albo może po prostu nieprzystosowania...  W głowie mi się utrwaliło, że inni mają dzieci łatwiejsze w obsłudze :) Chyba też przyczyniła się trochę do tego teściowa, która przyjeżdżając do nas chyba spodziewała się dziecka, które ciągle tylko śpi, a on tak dużo płakał. To ją przerosło. Nas trochę też, bo ja się wtedy poczułam, jakbym dostała obuchem w łeb - skoro nawet teściowa niejako ucieka od nas (wyjechała dwa dni wcześniej), bo Wiking ją tak bardzo stresuje (mówiła, że chyba jest po prostu bardziej wrażliwa, na jego płacz, bo trudniej jej go znieść). Zwłaszcza, że to był wystarczająco trudny dla nas czas. Trochę to potem trwało zanim Pani Mama przestała bać się Wikinga. Ona twierdzi, że jej chłopcy tak nie płakali... Może faktycznie płakali trochę mniej, ale ja i tak teraz myślę, że ona po prostu już zapomniała jak było, a poza tym była wtedy o ponad 30 lat młodsza, to i wrażliwość miała inną i cierpliwość też. No, ale odbiegłam od tematu, wracając więc: bardzo miło jest usłyszeć od osoby postronnej, obiektywnej i w dodatku mającej porównanie, że zdecydowanie przesadzam i że Wikuś to fajny chłopczyk, który może mieć gorsze dni, jak każde dziecko, ale generalnie sprawia wrażenie radosnego i raczej bezproblemowego :)

Przez pierwsze dni niania wpadała do nas na krótko, ale wczoraj już została ponad siedem godzin, czyli tyle, ile mniej więcej będzie zostawać normalnie. Założenie było takie, że my z Frankiem jesteśmy na widoku, ale nie zajmujemy się Wikingiem (oczywiście bez przesady, nie że nie weźmiemy dziecka na ręce, kiedy ewidentnie tego chce :)). Początkowo nie umiałam się skupić na żadnej czynności, bo miałam wrażenie, że zaraz będę musiała iść do dziecka, a poza tym przecież nawet jeśli ktoś z rodziny zajmował się Wikusiem, to takie rzeczy jak przewijanie i ubieranie należały do nas. I dziwne to trochę było, że tym razem tylko stałam z boku i się przyglądałam, ręce mnie świerzbiły!  :) Cały czas musiałam w głowie zwalczać pokusę, żeby "odciążyć" Kingę, tłumaczyłam sobie, że przecież za to będziemy jej płacić ;) A poza tym widziałam, że sobie świetnie radzi. Myślę, że z dnia na dzień będzie lepiej.

Na chwilę obecną jesteśmy naprawdę zadowoleni. O tym, dlaczego zdecydowaliśmy się właśnie na Kingę i jaka ona jest, jeszcze napiszę. Jestem dobrej myśli, dobrze się dogadujemy (a to przecież też ważne) i wydaje mi się, że to początki bardzo dobrej współpracy. I oczywiście mam taką nadzieję!

piątek, 18 grudnia 2015

Szalony grudzień.

Naprawdę szalony! Czas przyspieszył jeszcze bardziej, ostatnie dwa dni jesteśmy ciągle w biegu! Czekamy na święta, mam nadzieję, że wtedy trochę zwolnimy.
Wirus przysłużył nam się o tyle, że Franek dostał aż trzy dni zwolnienia - nie poszedł do pracy w poniedziałek, bo w niedzielę do późna czuł się źle, a w jego zawodzie jednak trudno funkcjonować z problemami żołądkowymi, no bo jak? Potrzebował więc na ten jeden dzień zwolnienia i poszedł do lekarza, który dał mu zwolnienie aż na trzy dni. Dzięki temu mogliśmy więc jeszcze parę spraw pozałatwiać.

W środę zaklepaliśmy sobie nianię Kingę i spotkaliśmy się z nią w celu omówienia najdrobniejszych szczegółów. Po spotkaniu pojechaliśmy do nowej przychodni przyszpitalnej, bo chcieliśmy umówić Wikinga na wizytę do specjalisty. Straciliśmy tam kupę czasu, bo staliśmy w kolejce, która bardzo powoli się posuwała do przodu aż w końcu, kiedy przed nami zostały już tylko dwie osoby, system padł i niczego nie załatwiliśmy! Niestety zmarnowaliśmy prawie dwie godziny :( Byłam niepocieszona, ale Franek to był naprawdę wściekły, że nie udało nam się załatwić tej - jakby nie było - istotnej sprawy. 
Następnie popędziliśmy do mojej nowej pracy, bo miałam tam się zgłosić do kadr. Stałam tam przebierając nogami, bo potem spieszyliśmy się na zajęcia dla niemowląt - bardzo zależało mi, żeby pojechać, bo przecież to ostatni raz i chciałam się pożegnać. Z tego wszystkiego więc, kiedy dostałam skierowanie na badania wstępne i kwestionariusze do wypełnienia, nie upomniałam się o list intencyjny, który babka od HR przekazała kadrom. Zupełnie zapomniałam, no i ta kobieta w kadrach też - zadzwoniła do mnie dopiero po dwóch godzinach, czy będę mogła podjechać jeszcze raz... Na zajęcia na szczęście zdążyliśmy :) A potem już do domu, w którym też było sporo do zrobienia, więc ani się obejrzeliśmy i trzeba było kłaść się spać.

Wczoraj z kolei pojechaliśmy (Wiking i ja) z Agnieszką i Adasiem do Muzeum Narodowego, bo tam jest w czwartki akcja "Mamy w muzeum" i już dawno byłyśmy na to wyjście umówione. Wróciliśmy około 14, z pociągu odebrała nas Kinga i przyszła z nami do domu. Zajęła się Wikingiem w ramach oswajania go ze swoją osobą. Ja się zajęłam sobą, bo na 18 byłam umówiona na spotkanie ze znajomymi z poprzedniej pracy. Ale musiałam wyjść wcześniej, żeby właśnie jeszcze podjechać po ten list intencyjny do nowej pracy :) I wszystko w biegu! Na szczęście wieczorem usiadłam sobie w knajpce ze znajomymi i udało mi się odsapnąć. 

Dzisiaj już jest trochę wolniej. Od rana jest u nas niania i zajmuje się Wikusiem. Teraz wyszła z nim na spacer, a ja załatwiam domowe sprawy i siedzę przy komputerze, jak widać :) Kiedy wrócą, pojadę do galerii handlowej, bo od dawna mam dla wszystkich prezenty, tylko nie dla Franka (a przynajmniej nie w całości), bo nie było kiedy tego załatwić. 
Jutro jesteśmy umówieni z (już nie) hiszpańską Karoliną, będzie nam robić hiszpańską tortillę na obiad :) W niedzielę akcja - pakowanie, a w poniedziałek z samego rana jedziemy do Miasteczka.

Dzieje się dużo, zaczynam nie wyrabiać, a to przecież dopiero początek! W styczniu, to dopiero się zacznie. Niestety muszę się liczyć z tym, że znowu będę musiała wszystko sobie przeorganizować i że pewnie znowu mój blog zwolni z produkcją notek :P (Dla wielu z Was to w sumie dobra wiadomość - nie będziecie się już skarżyć, że nie nadążacie z czytaniem :D) Dlatego też mam ambitny plan, żeby w grudniu napisać o wszystkim, co w ostatnim czasie mnie nurtowało. A sporo tych tematów jest, spisuję je sobie na karteczce - ale może chociaż najważniejszą część tych zaplanowanych i naszkicowanych notek uda się opublikować :) Dotychczas szło mi to całkiem dobrze, mam nadzieję, że zakończę ten rok blogowo zaspokojona ;)