*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 24 stycznia 2016

Cudowny, aktywny weekend.

Tak, jak pisałam, pojechaliśmy wczoraj na zajęcia w nowe miejsce. Bardzo nam się podobało! Franek stwierdził, że ta kawiarnia jest nawet lepsza od poprzedniej. Mnie jeszcze trudno to ocenić, bo mam ogromny sentyment do tamtej. Ale fakt, że na te muzyczne zajęcia jest lepiej wyposażona. Na przykład stoi tam pianinko. Jednak jakby nie było, najważniejsze, że formuła zajęć jest taka sama i prowadząca również. Dzięki temu od razu poczuliśmy się tam, jak na starych śmieciach. Wiking przez pierwsze dziesięć minut siedział trochę onieśmielony - widać było, że rozpoznaje głos, ale reszta mu nie grała. Rozglądał się z zaciekawieniem dookoła, obserwował nowe koleżanki i nowych kolegów, ale później już doszedł do siebie i zaczął po staremu dokazywać. Na te zajęcia chodzą też starsze dzieci i widzę, że Wiking bardzo lubi się im przyglądać i je naśladować. Na przykład wczoraj chłopczyk około dwuletni biegał dookoła swojej mamy i siostry. Wikuś akurat usiadł sobie obok nich i patrzył na niego, po czym wstał i zaczął biegać za tym chłopcem. A jeszcze jedna różnica, między tymi zajęciami a wcześniejszymi jest taka, że na tamte przychodziły jednak tylko mamy z dziećmi, tu przychodzą także tatusiowie. Może się Franek wreszcie da namówić :P On się trochę wstydzi śpiewać na forum, ale myślę, że jak zobaczy innych panów to się ugnie i wejdzie z nami do środka :)
Wiking wyglądał na bardzo zadowolonego, ale przyznam, że ja miałam z tego wypadu chyba najwięcej frajdy :) Poczułam, że jestem tam gdzie trzeba! Poza tym przywitałyśmy się z prowadzącą jak stare znajome - można zresztą powiedzieć, już nimi jesteśmy. W końcu na tych zajęciach jest ogromna rotacja, więc jeśli widywałyśmy się prawie co tydzień od marca, to już trochę tego czasu razem spędziłyśmy i trochę o sobie wiemy. A ponieważ to były jej ostatnie zajęcia tego dnia, to potem jeszcze z godzinę gadałyśmy o różnych sprawach.
Minusem jest to, że choć to miejsce jest bliżej naszego miejsca zamieszkania i samochodem jedziemy tam krócej o jakieś 15 minut, to jest trochę gorszy dojazd komunikacją miejską. Nie wiem więc, czy będzie udawało mi się tam jeździć z Wikingiem samej. Zobaczymy za tydzień.

Dzisiaj natomiast wreszcie wybraliśmy się całą trójką na basen! Próbowaliśmy to zrobić chyba od września! Ale najpierw Wiking miał katar, potem Franek był przeziębiony. Następnie wyjechaliśmy z Wikingiem na dłużej, potem Dzieciak znowu się przeziębił. Później dopadła nas jelitówka, innym razem mieliśmy gości. Do tego jeszcze doszły święta i duże mrozy... No i tak nam zeszło do dnia dzisiejszego z tym wybieraniem się. Ale w końcu się udało i było wspaniale! 
A Wiking był po prostu zachwycony!! Takiej radości u niego przez tak długi czas to ja jeszcze naprawdę nigdy nie widziałam. Cieszył się bite 40 minut w wodzie i nawet bałam się, że nie będzie chciał wyjść :) Być może pamiętacie, że chodziliśmy z Wikingiem na zajęcia z pływania dla niemowląt, kiedy miał 5 miesięcy. Podobało mu się wtedy (zawsze był zainteresowany, nie marudził, znając go i jego zachowania mogłam stwierdzić, że lubi te zajęcia, choć bez szału), ale w porównaniu do tego, jak zachowywał się dzisiaj, to w ogóle nie ma o czym mówić! Cały czas głośno się śmiał, piszczał z uciechy, chlapał rączkami, śmiał się z tego, że ja i Franek mrużymy oczy, kiedy pryskał w nas wodą, machał nóżkami i absolutnie nic nie robił sobie z tego, że woda leciała mu do oczu, uszu i że się ze trzy razy zakrztusił. Cudownie było patrzeć na tę jego ogromną radość.
Byliśmy przekonani, że po pływaniu będzie wrzeszczał przy ubieraniu (nic takiego się nie stało, śmialiśmy się, że chyba wieczorami musimy z nim na basen przyjeżdżać, żeby go wykąpać i ubrać w piżamkę), a potem padnie ze zmęczenia, tak, jak to się zawsze działo w czerwcu. Ale okazało się, że nasze dziecko jest już dużo bardziej wytrzymałe i wcale nie było śpiące. Kiedy usiedliśmy w restauracyjce przy basenie, żeby coś zjeść i porządnie wyschnąć, Wiking bawił się w kąciku dziecięcym, oglądał kolorowe rybki, stał z nosem przyklejonym do szyby i obserwował pływających na dole ludzi a nawet łaził za panem, który zamiatał podłogi i był zafascynowany tą czynnością.
Zdecydowanie musimy się częściej wybierać na basen! Co tydzień się pewnie nie uda, bo Franek pracuje, ale może chociaż co dwa. Na razie chyba nie będziemy szukać zajęć zorganizowanych, głównie właśnie dlatego, że nie chcemy się deklarować na cotygodniową obecność, ale też dlatego, że chociaż nie żałujemy, że wzięliśmy udział w tych letnich zajęciach, to pani prowadząca niestety nie podbiła naszych serc. Mieliśmy mieszane uczucia i nie pałamy ogromną chęcią, żeby znowu do niej się zapisywać, a tylko ona prowadzi tam zajęcia. Oczywiście moglibyśmy szukać na innych basenach, ale tam jest nam póki co najwygodniej dojechać. No i nie zależy nam aż tak bardzo na tym- póki co lepiej, jak się pochlapiemy we trójkę na własną rękę. Jak Wiking będzie starszy i będzie już szansa na to, że będzie mógł nauczyć się pływać, to go zapiszemy.

Weekend minął mi w tempie ekspresowym! Poza tym była u nas siostra z koleżanką (a ściślej rzecz ujmując swoją nieformalną szwagierką), bo przyjechały na jakiś koncert. Ale w sumie nie było za dużo okazji, żeby spędzać czas razem. Niemniej jednak sprzedaliśmy dzisiaj rano dziewczynom Wikinga i wybraliśmy się do kościoła tylko we dwoje :)
Czuję się zmęczona, ale też absolutnie spełniona. Lubię taki aktywny wypoczynek, lubię, jak coś się dzieje. Trochę mało zrobiłam w domu co prawda i chwilami odczuwam lekki niedosyt, ale zduszam go w zarodku, bo to w gruncie rzeczy głupie myślenie :) Zrobiłam pranie, prasowanie, ugotowałam obiad, zrobiłam sałatkę, posprzątałam z grubsza... Walnęłam se maseczkę na pyszczek, pozbyłam zbędnego owłosienia. Nadrobiłam serialowe zaległości, poczytałam i pobawiła się z Wikingiem. W zasadzie to sama nie wiem, co ja bym jeszcze więcej chciała :P Przecież nie będę robiła co tydzień porządków generalnych i inwentaryzacji zabawek :D Niniejszym uznaję miniony weekend za bardzo udany. Szkoda, że się skończył, ale na szczęście następny już za pięć dni. Szybko zleci. Chyba :)

piątek, 22 stycznia 2016

Trochę tego i owego.

Dokładnie rok i jeden dzień po tym (albo przed tym, bo na sam koniec powstało jakieś zamieszanie z datą porodu i w szpitalu jakoś tak obliczyli, że wyszło 23 stycznia), jak Wiking miał się urodzić, nasz Dzieciak waży 8,4 kg i mierzy 72 cm. A wiemy o tym stąd, że dziś Wiking poszedł z tatą się szczepić. Pamiętam, jak umawiałam nas na tą wizytę... To było w listopadzie albo nawet jeszcze październiku (do naszego pediatry takie są terminy). Obliczyłam sobie wcześniej, kiedy Franek będzie miał wolny weekend - tak na wszelki wypadek, bo kiedy ostatnio (w sierpniu chyba to było) Wiking był szczepiony to później był bardzo marudny po południu - żebym nie była sama. Postarałam się o wizytę możliwie jak najpóźniejszą, żeby Franek zdążył już wrócić z pracy i pójść do lekarza z nami. Słowem, przygotowałam się od każdej strony i tylko nie przewidziałam, że to ja będę rodzicem, którego przy tym szczepieniu nie będzie :P Jakoś mi wtedy przez myśl nie przeszło, że faktycznie będę już pracować, bo mi się tak szybko uda coś znaleźć. Życie lubi zaskakiwać :)

Ale póki co Wikuś dzisiaj był w bardzo dobrym nastroju i nic nie wskazywało na to, żeby to szczepienie w ogóle go obeszło. Zapłakał tylko przy ukłuciu, potem śmiał się już z wygłupów taty. Mnie przywitał szerokim uśmiechem, a teraz już od dwóch godzin smacznie śpi. Oby tak dalej, mam nadzieję, że jutro też nic się nie będzie działo, bo się nasłuchałam trochę o tej szczepionce i bałam się, jak Wiking ją zniesie. A na jutro mamy ambitne plany, bo jedziemy po długiej przerwie na zajęcia dla małych dzieci (już nie mogę pisać, że dla niemowląt, bo przecież Wiking to już nie niemowlę :P). W innym miejscu, w innej kawiarni, ale z tą samą panią. Zobaczymy, co Wikuś na to.

Nie wiem, co było tego przyczyną, ale faktem jest, że dzisiaj od rana byłam w wyśmienitym humorze - ale nie z gatunku tych, kiedy człowiek sobie myśli "ale mam dzisiaj fajny dzień, tak mi wesoło i radośnie...", tylko raczej nareszcie poczułam, że wszystko jest na swoim miejscu. Ostatnio to wiedziałam, ale tego nie czułam. Mam nadzieję, że to dobry objaw i powoli wszystko zaczyna się już w mojej głowie i nie tylko układać. Oczywiście nadal tęsknię bardzo za niektórymi momentami, ale taka już jest domena czasu, że mija i trzeba się z tym pogodzić.

Czas pędzi jak szalony, kiedy pracuje się osiem godzin dziennie. I nawet mimo tego, że obłożona robotą nie jestem, to czas w biurze też płynie mi bardzo szybko. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Tak naprawdę nadal jeszcze niewiele o samej pracy mogę powiedzieć. Na pewno nie czuję się już tak, jak ostatnio pisałam, czyli nie jest mi tak nieswojo i obco. Przeszło mi mniej więcej tydzień temu. Wydaje mi się, że to całkiem niezły rezultat. W większości sytuacji całkiem swobodnie przemieszczam się po całej firmie, a nawet kursuję w te i we wte, bo tego wymagają niektóre z moich obowiązków. Nie mam też problemów z nawiązywaniem kontaktów z innymi. Do jednego z handlowców powiedziałam dzisiaj nawet "a sio", jak mi coś w ustawieniach komputera chciał zmieniać, więc możecie sobie wyobrazić, że się nie spinam za bardzo ;) To tak pokrótce, postaram się napisać więcej na ten temat, ale muszę się trochę zastanowić, co właściwie o tym wszystkim myślę, bo chyba nie jestem pewna :P Tak czy inaczej, nie jest źle. 
A najważniejsze, że mam pracę. Coś, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało mi się totalną abstrakcją stało się faktem i na pewno jest się z czego cieszyć. A ogromnym plusem tego, że się pracuje jest na przykład to, że co tydzień (zazwyczaj) ma się weekend :P Żegnam Was więc piątkowo i życzę udanego weekendu :)