*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 8 lutego 2016

W innym życiu.

Miewam czasami takie chwile, kiedy atakują mnie przebłyski. Na przykład teraz - siedzę w pokoju przy lampce, jednym okiem spoglądam na telewizor i słucham "Na Wspólnej" a na kolanach mam laptopa i piszę. Na fotelu obok siedzi Franek. I nagle przypomina mi się jakiś inny wieczór w bliżej niesprecyzowanej przeszłości. Też siedzę, oglądając "Na Wspólnej" z laptopem na kolanach i próbuję zebrać myśli, a potem przelać je na ekran komputera. Za chwilę mam zamiar się położyć i zasnąć, żeby około pierwszej przebudzić się na chwilę i odnotować powrót Franka z pracy...
Kiedy to było? Dwa lata temu? To właściwie nie tak dawno. A ja mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie pamiętam już, jak to było, kiedy Franek pracował na dwie zmiany, a przecież to było naszą rutyną. Nie pamiętam, jak to było, że siedziałam zupełnie sama w domu, kiedy kładłam się do łóżka obok którego nie stało łóżeczko ze śpiącym Wikingiem.
Ostatnio w pracy usłyszałam, jak jedna dziewczyna (chyba jedyna bezdzietna singielka w naszym dziale - przynajmniej ona sama się tak określa :)) mówiła, że na weekend pojechała do rodziców i miała totalną labę, bo leżała cały dzień na kanapie przed telewizorem i nic nie musiała robić. Kiedy ja jadę do rodziców, też mam labę, bo mogę wejść na godzinę do łazienki i poleżeć w wannie, mogę zamknąć się na chwilę w pokoju i posiedzieć przy komputerze, podczas gdy ktoś inny zajmie się Wikingiem. Ale żeby tak cały dzień przeleżeć? Że nie chce mi się nic robić, to nie robię? To tak można? Serio? No tak, kiedyś tak miewałam... Świadczą o tym nawet moje wpisy na blogu. Tyle, że zupełnie tego nie pamiętam.
Czasami słyszę, że ktoś idzie do kina na 21:00. Albo na imprezę, a na drugi dzień ma wolne i może dłużej pospać. Albo nawet, że po prostu wraca po pracy do domu i spędza wieczór z książką. Zawsze wtedy - to nawet dziwne, że jeszcze mi to nie przeszło, że jeszcze się nie przyzwyczaiłam :) - zawsze przez ułamek sekundy myślę sobie - jak to możliwe? Przecież o tej porze nie można wychodzić, bo co z dzieckiem? Dłużej pospać się nie da, bo dzieciak i tak zrobi pobudkę najpóźniej o 7:50... Trzy godziny z książką tak po prostu, nieprzerwanie, z kubkiem ciepłej herbaty na stoliku obok to w ogóle jakaś abstrakcja. Tyle zdążę pomyśleć przez ten ułamek sekundy, zanim nie uświadomię sobie, że dookoła mnie są ludzie, którzy nie są rodzicami ;) Lub są rodzicami starszych dzieci. A potem uświadomię sobie, że ja też tak miałam! Też mogłam sobie wrócić z pracy, usiąść na kanapie i pogrążyć w lekturze. Albo odpalić komputer i pogapić się bezmyślnie w monitor. Mogłam też raz się poświęcić i wyjść późnym wieczorem (choć nie lubiłam tego, kiedy następnego dnia szłam do pracy) ryzykując niewyspanie się - ale wiedziałam, że w takim razie  prześpię się popołudniu albo następnej nocy.
Tak było. Ale właściwie to nie pamiętam. To było w innym życiu. I stwierdzam, że w zasadzie nie pamiętam mojego dawnego życia! :) Coś tam mi się mgliście przypomina czasami, ale i tak mam wrażenie, że to nie ja jestem bohaterką tych wspomnień. Takie to nierealne. Pojawienie się dziecka naprawdę zmienia życie, choć mam wrażenie, że w zupełnie inny sposób niż sobie to kiedyś wyobrażałam.

O dziwo, wcale nie żałuję, że moje życie zmieniło się w taki sposób. Kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie odżałuję tych chwil tylko dla siebie albo momentów we dwoje z Frankiem. Myślałam, że nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że nie jestem panią swojego czasu, bo muszę się w pewnym sensie dostosować do małego człowieczka. Ale okazuje się, że nie tylko do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale w dodatku zapomnieć, jak było kiedyś, a przede wszystkim stwierdzić, że teraz też jest fajnie :)

Inaczej, to prawda, ale jednak też fajnie. Gdyby nie Wiking, być może nadal cieszyłabym się swobodą i ogromną ilością wolnego czasu. Byłoby mi dobrze z tym, że jestem niezależna i mogę robić w większości to, na co mam ochotę. Pewnie by tak było. Ale z drugiej strony wiem, że swoje już przeżyłam - nie czuję niedosytu, nie myślę sobie, że się nie wyszalałam albo, że nie korzystałam z życia wtedy, kiedy jeszcze mogłam. Myślę, że dotychczas moje życie układało się tak, że mogę mówić o tym, że wszystko miało swój czas i miejsce. Poza tym wiem, że jeszcze wiele dobrych chwil przede mną. Na pewno nie żałuję tego, co już minęło i cieszę się tym, co jest teraz. Ale przyznaję, że dziwne jest dla mnie to poczucie oderwania od swojej własnej przeszłości :) Przepaść między tym, jak było kiedyś, a jak jest teraz, jest ogromna. A najdziwniejsze jest to, że nawet nie chodzi o jakieś poważne sprawy, tylko właśnie o takie drobiazgi jak sposób spędzania wolnego czasu albo takie oczywistości jak jedzenie, czy spanie :) Bo nawet to się zmieniło.
Wiedziałam, że dziecko wszystko zmieni w naszym życiu, ale prawdę mówiąc, myślałam, że będą to inne rzeczy :) Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że ta rewolucja w mojej głowie była ogromna, ale dotyczyła zupełnie innych spraw niż to się okazało w rzeczywistości. Ale ostatecznie okazało się, że i tak sobie radzę z tym, co jest teraz. Mało tego - potrafię się tym cieszyć. To chyba dobrze wróży na przyszłość, bo daje nadzieję na to, że jakiekolwiek jeszcze zmiany by nas nie czekały i tak się do nich będziemy umieli dostosować.

czwartek, 4 lutego 2016

Są powody do mruczenia*

*pamiętacie reklamę Whiskasa?

Właśnie skończyłam wprowadzać do mojej ewidencji paragony z ostatnich dni, ugotowałam (z pomocą Franka, który obrał część warzyw) krupnik w dwóch wersjach na najbliższe dni (Wikinga trochę inaczej przyprawiony). Wcześniej wróciłam z pracy, po dość intensywnym dniu, pobawiłam się z Wikingiem, potem położyłam go spać. Chwilę dzisiaj trwało zanim zasnął, ale też nie potrzebował niczego więcej niż mojej obecności i ewentualnie lekkiego smyrania po plecach, więc przy okazji czytałam książkę - zostało mi jeszcze 50 stron i chyba nie pójdę spać, dopóki nie skończę, bo to kryminał i właśnie dochodzę powoli do rozwiązania zagadki. W każdym razie, teraz jeszcze na moment usiadłam do laptopa, bo podczas gdy tarłam i kroiłam włoszczyznę do zupy, pomyślałam sobie, że jest z czego się cieszyć.

No bo tak - Wiking zupełnie naturalnie przyjął do wiadomości fakt, że pewnego dnia mama wyszła do pracy na osiem godzin i później tak już było codziennie. Myślę, że to jest jednak ogromny powód do radości, bo nie musiałam przechodzić przez poranny stres, kiedy płaczące dziecko nie chciałoby mnie wypuścić z domu, nie wyrzucam sobie, że jestem wyrodną matką, nie gryzie mnie sumienie. Nie borykamy się z żadnymi zmianami w zachowaniu i zwyczajach Wikinga - jeśli już to raczej poszły one w dobrą stronę, bo na przykład mniej więcej od miesiąca przesypia on większość nocy w całości. Cieszę się, że Wiking okazał się takim dzieckiem, które dobrze radzi sobie ze zmianami. Muszę Wam powiedzieć, że nawet nie reaguje jakoś euforycznie na mój powrót - przez pierwsze dni witał mnie szerokim uśmiechem, podbiegał do mnie i się przytulał. Teraz zawsze przychodzi się przywitać, ale uśmiecha się tylko i za chwilę leci dalej do swoich zajęć. Czasami jak go zawołam, to się przyjdzie przytulić i trochę mnie obślini, ale mój generalnie moje pojawienie się nie jest sensacją. Ale nie jest mi przykro z tego powodu, nawet się z tego cieszę, bo znowu - przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia, że dziecko usycha z tęsknoty za mną.

A tak poza tym - w pracy nareszcie się dzieje! To znaczy dzieje się u mnie. Mam ręce pełne roboty i zajmuję się naprawdę wszystkim, co tylko możliwe na razie :) Od drobiazgów takich jak zamówienie dla  naszego działu artykułów biurowych (nie że robię zakupy, tylko zgłaszam zapotrzebowanie na recepcji), poprawianie umów, zbieranie pod nimi podpisów (to bardziej skomplikowane w naszej firmie, niż mogłoby się wydawać :)) i archiwizowanie dokumentów, po bardziej rzeczowe zajęcia - na przykład wysyłanie do kontrahentów ofert w imieniu handlowców, wprowadzanie zamówień do systemu albo analiza danych w excelu. Ale bywa też, że jestem proszona o przeczytanie broszury, bo juz co niektórym wpadło w oko, że jestem drobiazgowa i chcieli, żebym sprawdziła, czy wszystko jest ok. Jako, że poproszono mnie, abym była czepialska, przyczepiłam się do jednego przecinka, jednej wielkiej litery, za dużej czcionki w jednej linijce i jednego "i" pozostawionego na końcu linijki. Zdarzyło się też, że zastępowałam kierownika jednego pionu w naszym dziale na spotkaniu. Wydeptałam też już ścieżkę do biura działu logistyki - rzeczywiście jestem łącznikiem i mam sporo z nimi do czynienia. 
Wiem, że to wszystko może brzmieć strasznie, ale ja nareszcie poczułam, że to jest to :) Naprawdę się spełniam wykonując tego rodzaju obowiązki. Lubię po prostu planować sobie zadania na dany dzień, ustalać priorytety, odhaczać kolejne zadania. Wyzwaniem jest dla mnie to, żeby te wszystkie czynności ze sobą pogodzić i połączyć je w jedną, spójną całość. Kiedy się to udaje, czuję ogromną satysfakcję. Podobnie jak wtedy, gdy zamykam za sobą drzwi biura i zastanawiam się, kiedy minęło te osiem godzin, bo przecież dopiero co tu wchodziłam...

Oczywiście myślę o tym, że i tak raczej marne szanse są na to, że będzie w tej pracy tak idealnie, jak w poprzedniej. Poza tym nadal coś mnie ściska w środku, kiedy przechodzę z tramwaju do kolejki - tą samą trasą, którą przez prawie rok, pokonywałam przynajmniej dwa razy w tygodniu z Wikingiem w wózku. Wciąż tęsknię za tamtymi chwilami. Zdaję też sobie sprawę z tego, że kryzys pewnie jeszcze nadejdzie i to nie jeden. Wiem, że będą momenty, kiedy będę zmęczona i poczuję, że sobie ie radzę.
Ale mimo to wiem, że nie ma co się roztkliwiać nad tym, co minęło i nie wróci, skoro i tak jest dobrze. Inaczej, ale przecież dobrze. Oby tak dalej się układało, to pojawią się nawet szanse na prawdziwe szczęście ;) Jakoś sobie póki co radzę i to daje mi potężnego kopa energetyczego.  Świadomość, że większość rzeczy mam pod kontrolą bardzo mnie motywuje. Tak samo, jak myśl, że jeszcze tylko jutro, a potem cudowny weekend, w dodatku z Frankiem, który ma wolne :)