*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 13 maja 2016

Sukces rekrutacyjny...

Takim mianem zostałam określona dzisiaj przez dyrektor HR w naszej firmie. Usłyszałam też, że nie mam obawiać się, że wraz z przybyciem nowego dyrektora działu stracę pracę, bo jestem zbyt cennym pracownikiem...
Powinnam zacząć od początku. Tylko jak to zrobić, skoro sytuacja jest tak dynamiczna?? Szkoda, że nie opisywałam na bieżąco tego, co się działo i dzieje u nas w firmie, ale z drugiej strony to chyba nie byłoby możliwe :) W każdym razie, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rotacja pracowników jest ogromna. Chyba też trochę brakuje pomysłu na rozwiązanie pewnych problemów... Nie wiem, jak to się wszystko dalej ułoży, nic nie jest pewne. Ale z jakiegoś powodu jestem spokojna. 

Nie wiem, być może po prostu to, co się wydarzyło w mojej poprzedniej pracy mnie tak zahartowało, a może się tak bardzo zmieniłam od półtora roku, ale niewiele sytuacji zawodowych jest w stanie wytrącić mnie z równowagi, wprowadzić w stan niepokoju i zestresować. Prawdę mówiąc od stycznia, nie przypominam sobie ani jednej. Nawet wiadomość o tym, że dyrektor naszego działu - ta sama, z którą (oprócz dyrektor działu HR) miałam rozmowę kwalifikacyjną - została zwolniona, przyjęłam raczej ze spokojem.
Pamiętam doskonale ten permanentny stres i niepokój, który cały czas wisiał mi nad głową przez ponad rok w poprzednim miejscu pracy. Robiłam swoje i robiłam to najlepiej, jak umiałam. Lubiłam swoją pracę, nie chciałam jej stracić i cały czas miałam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Miałam nadzieję, a jednak chyba cały czas gdzieś w głębi serca czułam, że tak nie będzie. Z kolei teraz jest zupełnie inaczej. Sytuacja w tej firmie jest o wiele mniej stabilna, a jednak nie mam w sobie tego stresu, który dwa lata temu towarzyszył mi non stop. Cały czas mam wrażenie, że jakoś się poukłada i że wszystko będzie dobrze. Może to ta słynna kobieca intuicja?
A może się mylę i przejadę się na tym moim optymizmie,? Ale w tym wypadku chyba najlepiej wyjdę na takim podejściu do sprawy. Bo jeśli nawet straciłabym tę pracę z jakiegoś powodu, to i tak nie mam na to wpływu. Więc chyba lepiej się tym nie przejmować, prawda? ;) 
Jest mi tak lekko i dobrze z tym nowym podejściem do życia, które przyszło do mnie nie wiedzieć kiedy i jak. A trzyma się mnie ono już całkiem długo. I lepiej niech nie opuszcza :) Bo przecież nie wiem co będzie za miesiąc, pół roku, rok... Mogę spodziewać się zarówno dobrych rzeczy, jak i tych złych. Tylko co to zmieni, że będę się nad tym zastanawiała i przejmowała tymi ewentualnymi złymi? Absolutnie nic. Zawsze to wiedziałam, ale i tak się przejmowałam. Dlatego tak bardzo cieszy mnie to, że tym razem jest inaczej.

Wpis miał być o czymś innym, a wyszedł taki filozoficzny. Postaram się następnym razem napisać trochę bardziej konkretnie :)Może uda mi się opowiedzieć po krótce moją dotychczasową historię zatrudnienia w Jabłeczniku, jak postanowiłam nazwać moją firmę na potrzeby tego bloga ;)

Ps. Jestem w trakcie odpowiadania na komentarze - również te bardzo zaległe ;) Ale w końcu to zrobię, więc możecie się spodziewać odpowiedzi nawet na komentarze pod notkami sprzed kilku tygodni.



poniedziałek, 9 maja 2016

Chorobowe.

O tym, że doba jest za krótka, wiemy wszyscy, prawda? Więc nie będę się nad tym rozwodzić. Ale ostatnio stwierdziłam, że mój problem polega po prostu na tym, że zdecydowanie za dużo bym chciała. Wszystko bym chciała zrobić, ogarnąć, załatwić... A potem się dziwię, że mi się nie udało.  A przecież i tak nie jest najgorzej, przecież mnie znacie i wiecie, że w gruncie rzeczy nawet sporo zajęć udaje mi się w tej krótkiej dobie pomieścić.

A tak w ogóle to jestem na zwolnieniu lekarskim. Niby od dzisiaj, ale musiałam pójść do pracy. Teoretycznie tylko na spotkanie, ale spotkanie trwało prawie cały dzień. Miałam zamiar po prostu zapomnieć o tym zwolnieniu i nie zostawiać go w kadrach, ale dowiedziałam się, że to nie będzie oznaczało, że ten świstek sobie po prostu zniknie. A więc do środy choruję. 
I już mnie nosi! Mam świadomość, że jutro nie idę do pracy i już jest mi z tym bardzo dziwnie i mam wrażenie, jakby właśnie uciekł mi autobus, który wiezie wszystkich moich znajomych na wycieczkę i że ominie mnie coś bardzo ważnego. Baardzo dziwne uczucie. Czy to już pracoholizm? :)) Niee, pracoholiczką nie jestem na pewno. Ale nieswojo mi z tym. Zwłaszcza, że tak się niefortunnie złożyło, że zastępuję mojego kolegę handlowca, który jest na urlopie i mam sporo dodatkowej pracy. Więc i tak będę musiała na bieżąco załatwiać pewne sprawy.

To zwolnienie to pokłosie mojego złego samopoczucia z ubiegłego tygodnia. Tak naprawdę cały czas od tamtej pory źle się czuję, męczy mnie kaszel, bóle głowy i miewam stan podgorączkowy. Lekarka zasugerowała więc, że powinnam to wyleżeć. Nie miałam zbyt wiele czasu do namysłu, więc po prostu przyjęłam to zwolnienie, stwierdzając, że w razie czego mogę je właśnie zignorować. Ale okazało się, że to nie takie proste. I teraz żałuję, choć jeszcze dwa dni temu, perspektywa takiego przymusowego wolnego w sytuacji, kiedy niania i tak zajmie się Wikingiem brzmiała prawie kusząco. Myślałam, że ponadrabiam trochę zaległości... 
No nic, może jeszcze do jutra mi się odmieni. I może jakoś przeżyję te dwa dni bez mojej firmy :P