Uwaga, zanosi się na naprawdę dłuugą notkę
Żeby Was za bardzo nie przemęczać, obiecuję za to nie publikować niczego nowego jutro
No, trochę ochłonęłam. Oczywiście chyba podałam wystarczająco dużo
wskazówek, żebyście się wszystkie domyśliły, że chodziło o nową pracę? 


To była praca we włoskiej firmie. Stanowisko sales managera, co początkowo średnio mi odpowiadało, ale prawdę mówiąc później dowiedziałam się trochę więcej na ten temat i stwierdziłam, że może warto, że sobie poradzę… Poszłam na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną raczej na luzie, do tego byłam wtedy chora i tak średnio byłam z siebie zadowolona. Ale cieszyłam się, że mówię po angielsku lepiej niż mój potencjalny szef, nawet pomimo półrocznej przerwy, dość swobodnie z nim rozmawiałam i kiedy początkowe nerwy mi przeszły, zupełnie zapomniałam o tym, że jestem na rozmowie kwalifikacyjnej, a nie na spotkaniu ze znajomym. Od ręki zaprosił mnie na drugi etap. Oprócz mnie zaprosił jeszcze tylko jedną osobę z dwunastu, z którymi przeprowadził rozmowę. Przez chwilę miałam w tej firmie „wtyczkę” i dowiedziałam się, że przypadłam Włochowi do gustu. Spodobało mu się, że byłam otwarta, uśmiechnięta, pewna siebie i gadatliwa

Jak wiecie, okazało się, ze jednak jest „inaczej”. Kobieta zadzwoniła do mnie i w zasadzie od razu wiedziałam co chce mi powiedzieć, bo usłyszałam bardzo przepraszający, wahający się ton. Była strasznie miła, powiedziała, że wybrali chłopaka z dwóch powodów – oprócz angielskiego zna włoski (no i na nic się zdały mój hiszpański i niemiecki), a więc byłoby im łatwiej, po drugie miał już doświadczenie w pracy w branży technologicznej… Dodała, że wybór był dla nich ogromnie trudny, bo bardzo mnie polubili, powiedziała, że nawet przez chwilę rozważali, czy na pewno nie dadzą rady zatrudnić naszej dwójki… Usłyszałam, że bardzo się cieszy, że mnie poznała i że musi mi powiedzieć, że „the door is open” i jeśli tylko okaże się, że mogą zatrudnić jeszcze jedną osobę w Polsce to będą o mnie pamiętać. Nie wiem, być może zawsze się tak mówi, ale jakoś tak słyszałam szczerą sympatię w jej głosie. Zresztą dzień wcześniej na tej rozmowie też widziałam, że oni chyba naprawdę mnie polubili. Cóż, ktoś okazał się lepszy.
Tak, pewnie, że mi żal. Od początku wcale nie byłam przekonana do tej pracy i nie zakładałam, że ją dostanę. Bałam się, że mogę sobie nie poradzić, trochę się obawiałam częstych podróży służbowych. Ale potem się do wszystkiego przekonałam. Wiecie, ja zawsze jestem do takich spraw nastawiona dość asekuracyjnie, na nic się nie nastawiam, zakładam, że będzie, co ma być. A tym razem coś mi się stało, zaczęłam nagle snuć jakieś wizje… Nie wiem.. chyba zaczęłam marzyć. Do tego jakoś tak strasznie zaczęłam w siebie wierzyć, dodało mi skrzydeł to, że byłam sobą a zrobiłam dobre wrażenie na potencjalnych pracodawcach. Prawdę mówiąc nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo wierzyłam we własne siły i kiedy czułam się tak pewna siebie. Nie, nie okazywałam tego, nie byłam arogancka. Po prostu po cichu myślałam sobie: „a niby dlaczego miałoby mi się nie udać?”, wiedziałam, że spełniam wszystkie ich wymagania (włoski i doświadczenie nie były wymagane), że nauczę się wszystkiego, czego będzie trzeba i że jak nikt potrafię się przyłożyć do pracy. Miałam też cichą nadzieję, że ten chłopak nie będzie miał lepszych kwalifikacji, i tu się myliłam.
Franek powiedział, że i tak jest ze mnie dumny, że tak daleko zaszłam. Ale ja się trochę na sobie zawiodłam. Wolałabym chyba odpaść szybciej… Nie zastanawiałabym się wtedy nad tym dłużej, a tym sposobem bardzo się rozczarowałam. Nie mam żalu do nikogo, do losu też nie. Ale jest mi przykro, że akurat w momencie, kiedy zaczęłam tak bardzo wierzyć w to, że chcieć to móc, kiedy uwierzyłam, że może rzeczywiście jeśli będziemy stosować te różnego rodzaju wizualizacje, to wszystko to zadziała niczym samospełniająca się przepowiednia, akurat tym razem właśnie mi nie wyszło… Oczywiście żal mi trochę nowego stanowiska, nowych możliwości, większego prestiżu, a co za tym idzie wyższych zarobków i innych profitów. Ale tak naprawdę, to nawet nie tyle o tę pracę chodzi, co właśnie o niesamowicie zawiedzione nadzieje, o rozczarowanie samą sobą – mimo, że teoretycznie nie mam ku temu powodów, w końcu zrobiłam co mogłam, przedstawiłam siebie dobrze, zrobiłam na nich dobre wrażenie, polubili mnie… Ale jednak nie wystarczyło. Najgorsze jest to, że nie udało się w momencie, kiedy po raz pierwszy na czymś mi aż tak zależało. Uwierzcie mi, jeszcze nigdy czegoś takiego nie czułam – o niczym w ten sposób nie myślałam. Nie lubiłam marzyć. No i teraz sobie przypomniałam dlaczego :)) Oj nie, nie będę marzyć, zdecydowanie za bardzo popuściłam wodze mojej wyobraźni i źle na tym wyszłam. Ja jednak wolę tę bardziej realistyczną część samej siebie, tę Margolkę twardo stąpającą po ziemi – teraz same widzicie, że Margolka z głową w chmurach to nie najlepszy pomysł

Nie jestem w złej sytuacji. Ja naprawdę bardzo lubię swoją obecną pracę i byłoby mi bardzo żal ją opuszczać, do tego nie muszę się dostosowywać do nowych godzin pracy, nie będę wyjeżdżać. Tylko szkoda mi tej możliwości rozmawiania w języku angielskim. Kiedy tak siedziałam z Włochami przy stoliku w restauracji, poczułam, że jestem w swoim żywiole…
Taak, podsumowując, chyba naprawdę najbardziej mi żal tej nadziei, którą żyłam i tego wysokiego poczucia własnej wartości, które przez ostatni czas odczuwałam. Czułam się świetnie będąc sobą i snując wizje innego życia…
Wybaczcie, że się tak rozpisałam. Nie jest łatwo określić te wszystkie uczucia, które mi towarzyszą i opisać je w taki sposób, żeby były zrozumiałe dla innych. Zresztą nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe – zrozumieć czyjeś uczucia


