*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 1 października 2009

Dlaczego Franek gotowania ma dość? :)

Franek pracuje jako kucharz w zasadzie już dziesięć lat. Ale od jakiegoś czasu zaczęła go ta praca denerwować. Ja mu się wcale nie dziwię, bo jako że jestem księgową w tej branży, wiem ile się musi taki kucharz narobić i wcale nie oznacza to, że zarobi. Realia są takie (oczywiście mówię na podstawie doświadczeń moich i Franka), że kucharz jest cały czas na nogach. Żeby zarobić przyzwoicie musi wyrabiać  minimum 200 godzin miesięcznie. I to naprawdę jest tylko przyzwoicie. Oznacza to pracę po minimum dwanaście godzin dziennie, także w weekendy i święta. Żeby zarobić więcej niż przyzwoicie trzeba by być szefem kuchni. Ale to z kolei oznacza prawie permanentną nieobecność w domu. Oczywiście nie zawsze, ale szefowie kuchni, z którymi ja pracuję,  są w pracy po szesnaście godzin. Do tego czasami jeszcze dochodzą im służbowe wyjazdy.
Oboje jakiś czas temu zgodnie stwierdziliśmy, że taka praca nie bardzo ma sens. Franek za wiele nie zarobi. A ja jak mam faceta, to chcę go faktycznie mieć przy sobie a nie tylko na zdjęciu. Bo znając Franka, jakby miał wolne, to odsypiałby zmęczenie. Franek zaczął kombinować, że chciałby być kierowcą. Ale ja się na to nie zgodziłam. Powiedziałam, że po pierwsze będę się o niego za bardzo martwić a po drugie na jedno wychodzi, bo i tak w ogóle w domu go nie będzie. I poszliśmy na kompromis. Franek będzie kierowcą, tyle że w mieście. Jego tato pracuje jako kierowca miejskich autobusów, więc wiemy jak wygląda ten zawód.
Oczywiście, że kokosów nie zarobi, ale jednak jest to w miarę stała posada w budżetówce.  Pewnie, że będzie musiał też jeździć w niedziele i święta, ale jako kierowca nie będzie mógł przekroczyć określonej ilości godzin, nie to co w pracy kucharza. A poza tym, fajnie będzie wyglądał w mundurze ;) Wiemy, że praca ta wiąże się z dużą odpowiedzialnością za pasażerów a czasami z koniecznością użerania się z naprawdę wrednymi osobnikami. Tato Franka ma często problemy z kręgosłupem. Ale ja też je miewam – mimo, że siedzę nie za kierownicą a przed komputerem. Wzięliśmy pod uwagę wszystkie za i przeciw i zgodnie stwierdziliśmy, że jednak to nie jest zła praca i Franek będzie się o nią starał. Tak po cichu Wam powiem, że przekonało mnie jeszcze to, że nie będzie mógł sobie za często popijać :) Oczywiście wiedzieliśmy, że cała procedura, szkolenie itd. tak długo trwa. Wiedzieliśmy na co się decydujemy. Ale mimo to łatwo nie jest.  Pozostaje wierzyć tylko, że doczekamy się wreszcie nagrody za nasze wyrzeczenia. A żeby Franek z wprawy nie wyszedł – będzie gotował obiadki w domu ;)
Jeszcze jedno. Franek ma takiego kolegę Edi na niego mówimy. Bardzo w porządku chłopak, zawsze można na niego liczyć. Ostatnio miał problem z pracą. A Franka w pracy zagadał jeden z dostawców, że brakuje im ludzi. Kiedy Franek mi o tym opowiedział, powiedziałam od razu: „A może Edi?” Franek odpowiedział, że już im to zaproponował. Szybko okazało się, że Edi pracę dostał i jest zadowolony. Praca okazała się bardzo fajna. W godzinach 8-16 od poniedziałku do piątku, za przyzwoite pieniądze. W pewnym momencie oboje pomyśleliśmy, że trochę nam to przeszło koło nosa, bo przecież Franek mógł być na miejscu Ediego teraz… Ale jednak cieszymy się ze względu na Ediego. Cieszymy się, że w końcu my coś dla niego mogliśmy zrobić. A poza tym to było zupełnie bezinteresownie. Oboje w pierwszej chwili pomyśleliśmy o nim a nie o nas. Dlatego mamy nadzieję, że los nam to wynagrodzi i nie będziemy musieli pluć sobie w brodę. Bo przecież chcieliśmy dobrze…

wtorek, 29 września 2009

Przebranżowienie.

No dobra. Dość tych sentymentalnych bzdur. Bujało się ostatnio w obłokach, czas teraz zejść na ziemię i skupić się trochę na rzeczywistości. Która wcale różowa nie jest…
Franek z zawodu jest kucharzem i od ładnych paru lat wykonuje ten zawód. Tyle, że w lutym tego roku postanowił się przebranżowić zupełnie. Złożył papiery i został przyjęty. Będzie kierowcą miejskich autobusów. Jak tylko skończy kurs. A kurs, Moi Drodzy, trwa już od kwietnia. Tak jest. Najpierw pozaliczał wszystkie testy psychologiczne, refleksyjne i takie tam. Potem miał cykl wykładów. Potem musiał wyjeździć wszystkie godziny przygotowujące go do egzaminu na prawo jazdy kategorii D. Teraz został mu jeszcze egzamin, znowu cykl jakichś wykładów i potem jeszcze chyba jakieś symulatory. Ilość tych wykładów jest określona wymogami Unii Europejskiej. Ma być tego 280 godzin. Tak jest. I od dwóch tygodni wygląda to tak, że ja chodzę na siódmą do pracy. Wracam około czwartej. Natomiast Franek siedzi w domu a na trzecią leci na te wykłady. Trwają one do ósmej lub dziewiątej. Potem od razu leci do pracy na nockę. Pracuje do drugiej, trzeciej nad ranem. Czy ktoś dostrzega już problem? Tak jest, właśnie, szanse, żebyśmy się mogli zobaczyć są zerowe. Jak nie było mojej współlokatorki Eli, to jeszcze przychodził do mnie po pracy i chociaż trzy godziny spaliśmy razem – i czasami udało się porozmawiać o świcie. Teraz już nawet to odpada… Zostają jeszcze weekendy – owszem. Tyle, że w weekendy Franek chodzi do pracy za dwóch, bo w końcu tam mu poszli na rękę, to się musi odwdzięczyć w weekendy.  Tak jest. I też się nie widzimy. I tak będzie przynajmniej do grudnia, bo dokładnie 10 grudnia kończą się wykłady. Co będzie później sama nie wiem. Może znowu coś wynajdą.
A mnie, delikatnie mówiąc szlag już trafia. Bo kiedy się okaże, że akurat jakoś się uda, że mamy przez chwilę wolne w tym samym momencie, to i tak zwykle wypadnie coś, co uniemożliwi nam spotkanie. Może i czasami się widzimy. Ale dla mnie jest to zdecydowanie niezadawalające. Już bym czasami wolała w ogóle się nie widzieć przez jakiś czas, niż te pięć minut dziennie. Tak jest. Bo wtedy przynajmniej by się stęsknił.
Franek cały czas uzależnia naszą przyszłość od tej roboty. Już od dawna mówił, że on ma jakiś dokładny plan, ale nie chce nic o nim mówić, bo to ma być niespodzianka. Od żyje myślą, że wszystko zacznie się od tego, jak on zacznie tę pracę. Teraz najważniejsze jest osiągnięcie tego celu. Ok, to się chwali. Ale tak szczerze to ja mam dość tego gadania i tej sytuacji przejściowej. Na chwilę obecną wkurza mnie niemiłosiernie, że w ogóle nie ma czasu na to, żeby zwyczajnie razem spędzić czas. Co chwilę się o to kłócimy, bo jak długo tak można? To jest gorsze niż związek na odległość. Bo jak ja siedziałam za granicą a on w Polsce, to przynajmniej wiedziałam, że nie ma szans na spotkanie. A tak, polega to na wyszukiwaniu krótkich chwil, kiedy można by się spotkać, a kiedy te nie wychodzą, frustracja się nasila.
To mówiłam ja, sfrustrowana i zgorzkniała Margolka :/