*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 6 listopada 2009

Z cyklu "Faceci mojego życia" : Marcin

Rzecz będzie o Marcinie. Trochę już czasu upłynęło od mojej pierwszej wzmianki o nim, więc jeśli ktoś nie wie lub nie pamięta co i jak odsyłam do notek Z Margolkowej szuflady część pierwsza i druga :)

Marcin był bratem mojej najlepszej koleżanki Kasi. Właściwie kojarzyłam go wcześniej. Pierwszy raz zauważyłam go kiedy byłam w czwartej klasie (on był w szóstej), kiedy rzucił mnie śnieżką i trafił w oko. Nic mi się nie stało. Nawet nie bolało za bardzo, ale byłam wściekła. Rok później poznałam Kasię, która była w klasie wyżej. A potem dowiedziałam się, że „ten głupek z VII a” to jej brat. Ale jak to się stało, że stwierdziłam, że Marcin mi się podoba, nie pamiętam. Nie pamiętam też jak to się stało, że on przyznał, że ja podobam się jemu. A być może to Kasia maczała w tym palce. W każdym razie ona chyba pierwsza zorientowała się co jest grane i że mamy się ku sobie. Oczywiście ja na początku do niczego się nie chciałam przyznać, ale ona zauważała chociażby to, w jaki sposób o  nim mówiłam – miała czterech braci i o wszystkich mówiłam po imieniu, a w odniesieniu do niego zawsze używałam zwrotu „ten twój brat” :)

W każdym razie w końcu wyszło szydło z worka i ja wiedziałam, że się jemu podobam, a on wiedział, że ja – jak to się kiedyś mówiło – też chciałabym z nim kręcić. Ale mieliśmy 12 i 14 lat… Więc do tego kręcenia łatwo się zabrać nie było. Ja się krępowałam, on chyba też. Tak naprawdę przez pół roku nawet „cześć” sobie nie mówiliśmy i tylko patrzyliśmy na siebie na szkolnym korytarzu… Aż jestem pełna podziwu dla swojej cierpliwości w tamtym czasie :) Marzyłam o nim codziennie, chodziłam, tam, gdzie mogę go spotkać, wypatrywałam go w szkole i… nic więcej. Aha, no i oczywiście rozmawiałam na jego temat z Kasią.

Potem przyszły pamiętne wakacje, o których pisałam w cytowanym dzienniku. No i Marcinowi w końcu znudziła się zabawa w kotka i myszkę. Mi się też nudziła, ale nie miałam śmiałości do niego pierwsza podejść. A teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, dlaczego on tego pierwszego kroku nie zrobił. W każdym razie podczas tamtych wakacji zaczęły się koło niego kręcić Hipki (znowu odsyłam do notki :)) no i w końcu z jedną z nich zaczął chodzić. Oj, pamiętam ten dzień jak dziś. To było moje pierwsze rozczarowanie miłosne. Strasznie się wtedy czułam i myślałam, że już nigdy nie będzie tak jak wcześniej. Oczywiście nie nazywałam niczego po imieniu, może dlatego, ze sama nie wiedziałam, co to za dziwne uczucie mnie gryzie… Jednak zaskakująco szybko doszłam do siebie, chociaż obawiałam się, jak to będzie kiedy znowu zacznie się szkoła… Przecież nie miałam już prawa gapić się na niego na przerwach.

Los okazał się dla mnie przychylny i Marcinowi nie spodobało się chodzenie z Hipką. Jak tylko z nią zerwał, przypomniał sobie o mnie. I kolejne pół roku bawiliśmy się w podchody na szkolnym korytarzu. Chociaż, nasza znajomość przeszła na wyższy poziom, gdyż teraz już „byliśmy na cześć” :)

Aż nadeszła pewna styczni0wa noc. Nie mogłam spać i rozmyślałam o tym, że przecież Marcin jest już w ósmej klasie i zaraz skończy szkołę. I co będzie dalej? Miałam już dość tego stania w miejscu. Oświeciło mnie. Napiszę do niego liścik! Serce biło jak oszalałe na samą myśl tego szaleństwa, ale jak postanowiłam, tak zrobiłam. Liścik składał się z dwóch zdań, ale zanim powstał, wyrzuciłam chyba z dziesięć wersji ;) W końcu na trzęsących się nogach, z bijącym sercem podałam mu na korytarzu tę karteczkę i uciekłam… Napisałam tam, żeby przyszedł do mnie wieczorem, bo chcę go o coś poprosić i zapytać o coś… Możecie sobie wyobrazić, że cały dzień siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się: przyjdzie, czy nie przyjdzie… Przyszedł. Z obstawą oczywiście w osobach Kasi i psa :) Zapytałam, czy mu się podobam, a on powiedział, że tak….

Jeśli ktoś myśli, że od tego momentu wydarzenia potoczyły się w tempie błyskawicznym, to się myli :) Owszem, nastąpił postęp w relacjach między nami, ale generalnie strasznie się to ślimaczyło :) Nie będę tu wszystkiego opisywać. Przejdę od razu do naszej pierwszej randki, która miała miejsce 1 maja 1998 roku. Przyszedł po mnie wieczorem i poszliśmy na spacer. Od tamtej pory zaczęliśmy ze sobą chodzić ;) Parę dni później już nawet trzymaliśmy się za rękę. Oczywiście jak nikt nie widział :P I tak chodziliśmy ze sobą kilka miesięcy. Spacerowaliśmy, okupowaliśmy ławki na boisku szkolnym, chodziliśmy po działkach – takie mam wspomnienia z tamtego okresu. Czasami przychodził do mnie do domu, ale nie lubiłam tego, bo miałam wrażenie, ze nie przychodzi do mnie, tylko pograć na moim komputerze ;) I pewnie tak było hi hi. Raz prawie mnie pocałował. W szyję. Ale tak prawie, bo tylko przytknął swoje usta do mojej szyi, dalej nigdy się nie posunęliśmy.

Nasz „związek” umarł śmiercią naturalną w październiku 1998 roku. Marcin poszedł do szkoły średniej i mi wydawało się, że się zmienił. Przychodził po mnie nadal, ale ja coraz rzadziej miałam ochotę na spotkania z nim. Nie wiem co on sobie myślał i czy to przeżywał, ale nigdy się nie żalił. W końcu przestaliśmy się spotykać… Wkrótce z Kasią też urwał mi się kontakt. Spotykaliśmy się od czasu do czasu sporadycznie na ulicy, ale poza słowem „cześć” nie powiedzieliśmy sobie nic więcej.

Do czasu… Ale o tym w następnym odcinku :))

środa, 4 listopada 2009

Codzienność.

Zgodnie z postanowieniem, że postaram się wprowadzić w życie skupianie się nie tylko na tych gorszych chwilach w naszym związku, dzisiaj też będzie miło :) Odkąd nie mieszkam z Dorotą, Franek trochę częściej u mnie bywa. Chociaż przez te jego kursy i pracę, wcale się tego nie odczuwa. Bo może i częściej, ale za to mniej. Bo wpada jak po ogień. Ale okazało się, że w poniedziałek nie miał kursu. Sam o tym nie wiedział, więc ja też nie spodziewałam się, że wrócę do domu a tu on właśnie otworzy mi drzwi. Miła to była niespodzianka, bo spodziewałam się samotnego popołudnia – Eli więcej nie ma w Poznaniu, niż jest. Mało tego, że mi otworzył, to od razu poleciał do kuchni, bo właśnie coś mu się przypalało. A właściwie nie coś, tylko obiadek dla mnie.
Zimne jesienne popołudnie spędziliśmy wspólnie w ciepłym mieszkanku zajęci każde swoimi sprawami. Ja pisałam pracę, on uczył się do swojego egzaminu. Później ja czytałam książkę, on zajął się swoją ulubiona rozrywką, czyli, jak na faceta przystało, grą komputerową. I może w mieszkaniu wcale nie było tak ciepło. Ale ciepła była ta atmosfera, która panowała w pomieszczeniu. Nawet nie siedzieliśmy obok siebie, bo ja przy stole, on na łóżku. Niewiele rozmawialiśmy ze sobą. Czasami tylko spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem. Czasami on powiedział , że miło jest siedzieć tak razem, czasami ja mu odpowiedziałam . Ale nie musieliśmy ze sobą rozmawiać ani odczuwać fizycznej bliskości, żeby czuć, że jesteśmy razem. Wieczorem przytuleni obejrzeliśmy serial (Franek się czasem skusi i ogląda ze mną, a potem nawet komentuje :))). Wczoraj spędziliśmy podobny dzień.
To nic takiego, zwykła codzienność. Ale ja takiej wspólnej codzienności właśnie nie mam każdego dnia. Dlatego delektuję się każdą chwilą. I myślę sobie, że może za jakiś czas… Że może tak właśnie będzie. Czasami zastanawiam się, jak miałoby wyglądać nasze wspólne życie. Jeśli właśnie tak, to nie mam nic przeciwko. Ja jestem domatorką (choć lubię wyjść od czasu do czasu), więc chwile spędzone wspólnie w domu są dla mnie bezcenne. Miło jest wiedzieć, że on jest obok, mimo, że myślami jest w swoim świecie. Przyjemnie jest, kiedy wracam do domu, gdzie on czeka. Fajnie jest dzielić się obowiązkami. Miło jest patrzeć na siebie w dowolnej chwili.
Od dzisiaj wracamy każde do swojej codzienności. Ale może jeszcze trochę. Może za miesiąc już się skończą te kursy? Może za jakiś czas on będzie gdzie indziej pracował. Może w końcu pomyślimy o czymś wspólnym. Zobaczy się. Na razie trzeba żyć, tak jak można.
Aha, wczoraj Franuś poszedł mi te szyby drapać ;) Tyle, że akurat nie było przymrozku nad ranem :P Ale może w piątek będzie miał szansę, bo zdaje się, że zima się zaczęła – dzisiaj pierwszy raz w tym sezonie zobaczyłam śnieg w Poznaniu.
A następnym razem cofnę się w czasie o 12 lat i wreszcie napiszę kim był Marcin… :)
Ps. Jak to jest, że zawsze chcę napisać krótką notkę, a wychodzi jak zwykle? :))