*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 3 grudnia 2009

Dystans.

Chciałabym nawiązać dzisiaj do mojej notki sprzed tygodnia, dotyczącego samotności. Niektóre z Was troszkę zbyt dosłownie zrozumiały moje słowa o odwyku od ludzi :) To był tylko i wyłącznie żart :) Ja nie jestem osobą, na którą dobrze podziałałoby coś takiego. W jaki sposób więc udzielałam sama sobie tych pierwszych lekcji? Po prostu siedziałam w domu sama i starałam się nie zwracać na to uwagi :)) Nic oryginalnego. Jako, że cały czas jeszcze siedzę po uszy w magisterce, miałam co robić. Nie spotykałam się w tym czasie z Dorotą a i Franek rzadziej u mnie bywał. I nie było wcale źle, ale cóż z tego, skoro wiem, że jak przyjdzie co do czego i będę miała jakieś zmartwienie, to cztery ściany będą straszyć swoją pustką i wtedy dopiero tę samotność odczuję dotkliwie. Ostatnio w ogóle jakoś tak wyszło, że nauka poszła w las i umawiałam się z Dorotą na wieczorne oglądanie Na Wspólnej albo Franek u mnie przesiadywał.
Cała ta nauka samotności wiązała się też trochę z dystansem jaki postanowiłam względem Franka zachować. No bo właściwie co u nas? On rzeczywiście się stara i ja to widzę. Stara się odkręcić sytuację zawodowo-finansową, że tak to określę i systematycznie załatwia to, co ma do zrobienia. Na razie z zapałem. W stosunku do mnie zachowuje się bardzo dobrze. Jest przymilny i uczynny. Jeśli nie jest w pracy, przychodzi do mnie codziennie. Pyta jak mi minął dzień w pracy, proponuje herbatę, przytula, cierpliwie znosi wszystkie moje płacze. Zwłaszcza to ostatnie jest zaskakujące, bo kiedy miałam dołki i nie mogłam powstrzymać łez, on się szybko irytował. Teraz siedzi, jest obok, przytula, czeka aż mi przejdzie. Nawet próbuje pocieszyć. A potem wieczorem grzecznie wychodzi, bo zapowiedziałam mu, że nie chcę, żeby na razie przez jakiś czas zostawał na noc.
W tamtym tygodniu trzymałam go na duży dystans. I to pomagało. Widział, że nie przejdę nad tym wszystkim do porządku dziennego. Kiedy dzwoniłam do niego i mówiłam, że się umówiłam z Dorotą, szedł do domu i spędzał tam grzecznie wieczór (nie tak jak wcześniej od razu wychodził do kolegów). Kiedy się za długo nie odzywałam, to on dzownił do mnie i domagał się kontaktu, co się wcześniej rzadko zdarzało. Któregoś dnia zrobił mi niespodziankę i czekał na mnie w domu po mojej pracy (nadal ma klucze). Był naprawdę bardzo miły. Ja jednak podchodziłam do tego wszystkiego z dużą rezerwą. I on się w końcu zbuntował. Bo powiedział, że on się naprawdę stara, ale widzi, że to nie przynosi efektów, bo mnie to nie rusza. Trochę odpuściłam.
Od tamtej pory napił się tylko raz - jego rodzice robili w domu imrezę andrzejkową to się z nimi napił kilka drinków, ale akurat nie miałam nic przeciwko temu. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że potem przyszedł i mimo, że był podpity (on ma bardzo słabą głowę, wiele mu nie trzeba), to zachowywał się w miarę normalnie i dało się z nim porozmawiać. Był po prostu sobą i potrafiłam się z nim porozumieć. Na drugi dzień szedł do pracy a jego rodzice dalej balowali, więc zapytał, czy może się u mnie przespać. Pozwoliłam mu, więc grzecznie położył się pod kocem na kanapie obok. Podoba mi się, że szanuje moją decyzję.
W tym tygodniu jest już prawie normalnie. Prawie tak jak kiedyś. Choć ja chyba nie do końca jeszcze chcę, żeby tak było, bo cały czas się boję, że on zbyt szybko zapomni o całej sprawie. Ale jakoś tak samo wyszło… On cały czas mówi, że już się zmienił, a ja wiem że to niemożliwe, takie rzeczy nie dzieją się w tydzień ani dwa. Na razie nie spotyka się z kolegami, ale przecież to w nieskończoność nie będzie trwało i jestem ciekawa jak się wtedy zachowa… Czy znowu mu nie odbije i czy znowu oni nie wyjdą na pierwszy plan (choć on zawsze powtarza, że oni nigdy nie byli najważniejsi). Jestem jeszcze cały czas nieufna i choć sytuacja się ustabilizowała i nawet ja powoli nad tym wszystkim przechodzę do porządku dziennego, to cały czas mam gdzieś w głębi serca ten strach, że będę musiała przechodzić przez to wszystko jeszcze raz. A wiem, że to będzie musiał być ostatni raz. No i tak to wygląda u nas.
Ogólnie notka jest do dupy. Chciałam napisać zgodnie z tym co czuję, ale w ogóle jakoś słowa nie popłynęły z mojego wnętrza tylko topornie wyskakiwały spod palców i jak to czytam to mi się nie podoba. Owszem, wszystko zgodne z prawdą, ale jakoś tak sucho i brakuje płynności.
Tym „optymistycznym” akcentem kończę i idę sobie. Chciałabym wrócić, jak już będę w stanie napisać coś sensownego.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Andrzejki 2005, czyli Margolka czaruje

Mieliśmy w tym roku z Mietkiem i Mietkową iść na Andrzejki. Ale umawialiśmy się dawno i od tamtej pory dużo się zmieniło. Ostatecznie sobotniemu wyjściu nie sprzyjała nasza sytuacja finansowa i nastroje. Ale nie ubolewam nad tym. Szczerze, to po prostu nie chciało mi się wychodzić. Ani robić powtórki z zeszłorocznych Andrzejek :P Ale zebrało mi się na wspominki.
Najlepsze Andrzejki na jakich kiedykolwiek byłam miały miejsce cztery lata temu. Spotkałyśmy się wtedy z dziewczynami z mojej ówczesnej grupy na studiach i było po prostu genialnie. To były takie prawdziwe Andrzejki z wróżeniem i czarowaniem :)) Zaczęły się już z samego rana, kiedy to z Pitufiną i Alą jeździłyśmy po całym mieście w poszukiwaniu akcesoriów potrzebnych na wieczorne czarowanie. Nie było problemem zakupienie iluśtam centymetrów czerwonej i zielonej wstążeczki. Żadnych kłopotów nie miałyśmy też z winem, orzechami, świeczkami czy nawet małymi różyczkami. Dało nawet radę pozbierać kilka gałązek wierzbowych. Ale wyobraźcie sobie, że przez pół dnia poszukiwałyśmy obłego kamienia. A właściwie czterech :) Dla każdej po jednym. Taki właśnie obły kamień był niezbędny do jednego z hokus-pokusów jakie odprawiałyśmy. W końcu znalazłyśmy takowe gdzieś nad rzeką. Do dziś nie zapomnę bólu skostniałych rąk, kiedy brodziłyśmy przy rzeczce. Bo listopad 2005 nie był taki łągodniutki jak tegoroczny i przymrozki były całkiem konkretne.
Kiedy już miałyśmy cały ten niezbędnik czarownic wzięłyśmy się za szykowanie sabatu. Wiecie kanapki, chipsy i te sprawy. No i winko. Tu się pojawił pierwszy problem, bo korkociągu na stanie nie było. Zaczęły się więc pielgrzymki po sąsiadach. Bo jakoś przy pierwszym winie nie wpadłyśmy na to, żeby otworzyć od razu pozostałe butelki :) Dzięki temu przynajmniej miałam okazję dowiedzieć się kto mieszka dookoła :)
Zaczęłyśmy zwyczajnie – od dużego serca i wbijania w nie szpilek, żeby poznać imię naszego przyszłego męża. Trochę śmiechu przy tym było, jako że Ala pisała chyba z dwudziestu Rafałów,bo takowy jej się akurat podobał a Pitufina tyleż samo Łukaszów. No i mi się ten nieszczęsny Łukasz trafił, ale że żadnego Łukasza wtedy nie znałam, zaszachraiłam trochę i obwieściłam wszem i wobec, że ukłułam Szymona, z którym w owym czasie kręciłam ;)
Potem było już bardziej magicznie. Zaklinałyśmy los. Te obłe kamyki miały nam posłużyć jako talizmany, ale najpierw trzeba było je zaczarować.
Zapaliłyśmy czerwone świeczki na cztery strony świata a pomiędzy nimi na kierunkach południowo-wschodnich itd zielone. Każda z nas po kolei wchodziła do koła i trzymała w jednej ręce ten kamień, drugą natomiast miała zapalać po kolei każdą ze świec i zjadając orzecha włoskiego zamoczonego w czerwonym winie, wypowiedzieć życzenie… Życzeń miało być osiem. W tle płynęła nastrojowa muzyka. Nigdy nie zapomnę tego magicznego klimatu. I powiem Wam, że czasami mam wrażenie, że naprawdę od tamtego wieczoru wiele w moim życiu zmieniło się na lepsze. Choć nie wiem czy to kwestia czarów czy po prostu podejścia :), ale mój obły kamień mam do dziś.
Później zaczęła się prawdziwa zabawa, tańce, hulanki swawole. Byłyśmy już pod wpływem procentów, więc było naprawdę wesoło. A około północy przyszedł czas na kolejne czary. Tym razem musiałyśmy poświęcić nasze włosy, bo każda z nas wiązała pukiel swoich kudłów wstążeczką do kwiatu róży. Później poszłyśmy nad Wartę. Połowę róży trzeba było wrzucić za siebie wypowiadając zaklęcie. Nie pamiętam jakie – coś tam o Wenus na pewno było ;) Drugą połowę zakopałyśmy w ziemi, (tak jak pamiętnego kaktusa :)) a muszę Wam powiedzieć, że to nie lada wyczyn, bo ziemia była zamarznięta :)
Potem wróciłyśmy do domu i zabrałyśmy się za ostatnie czarowanie. Tym razem splatałyśmy wstążeczkę z gałązkami wierzbowymi a następnie trzeba było to przyczepić do świczki, na której wyryte było imię ukochanego. Wcale to nie było łatwe i dobre pół godziny się z tym mocowałyśmy ;) Ela wymiękła. A potem najlepsze - z zapalonymi świeczkami wyszłyśmy na balkon i znowu wypowiadając jakieś życzenia i zaklęcia zwracałyśmy się z nimi w stronę księżyca. To musiał być przekomiczny widok o trzeciej w nocy :P A wierzcie mi, ze parę osób nas widziało. Imprezę zwieńczyłyśmy tradycyjnym laniem wosku.
Po wszystkim odprowadziłyśmy Alę a po drodze każdego napotkanego chłopaka pytałyśmy o imię, bo a nóż, któryś był nam przeznaczony ;) Ale jakoś dziwnie trafiałyśmy na samych Bonifacych, Maurycych i Ksawerych. Hmm, czyżby ktoś sobie z nas jaja robił ?:) W każdym razie Ala się ewakuowała a my wróciłyśmy z powrotem do mnie, gdzie padłyśmy jak kawki.
Na drugi dzień oczom naszym ukazał się najprawdziwszy krajobraz po burzy. Pokój autentycznie wyglądał jak po przejściu huraganu – na samym środku dwie miski z wodą i woskiem. Dookoła pełno liści, gałęzi i płatków róż (które to Dorota znajdowała jeszcze przez jakiś czas w swoim łóźku;)). Na stole poprzewracane kubeczki, rozlane winko a na talerzach resztki chipsów w zastygniętym wosku. Tego się nie da opisać, to trzeba by zobaczyć :) Ale szkód nie było.
Andrzejki okupiłyśmy lekkim kacem i przeziębieniem, które za pewne było skutkiem brodzenia w rzece, nocnych eskapad, tudzież wystawania na balkonie i wycia do księżyca. Trochę trzeba było się wykosztować na te wszystkie akcesoria a z Pitufiną umówiłysmy się, że nigdy się nie przyznamy ile zapłaciłyśmy za 20 cm czerwonej wstążki w jakiejś ekskluzywnej kwiaciarni ;) Ale wspomnienia z imprezy – bezcenne. Do dziś wspominamy tamte Andrzejki z sentymentem jako najlepsze w historii. Taki wieczór się już nie powtórzy. Ale za to wczoraj były u mnie Dorota i Evita i chociaż Andrzeja dopiero dzisiaj już wczoraj zajęłyśmy się wróżeniem i laniem wosku, lub jak to mi się powiedziało ”waniem losku” ;)