*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 14 sierpnia 2012

Jadą goście, jadą!

Wstępną listę gości - póki co w naszych głowach - opracowaliśmy już kilka godzin po zaręczynach, siedząc w jednym z grzybowskich pubów przy piwie. Dokładnie rok temu, na spotkaniu z naszymi rodzicami lista przybrała już konkretny kształt.

Jasne było dla nas, że zapraszamy najbliższą rodzinę - a ta dla nas oznacza rodziców, rodzeństwo, dziadków oraz rodzeństwo rodziców z dziećmi, które zresztą są już w większości dorosłe i mają swoje rodziny :) Dlatego trochę tego wyszło.
Z rodziny dalszej zdecydowaliśmy się zaprosić kuzynkę taty i jej córkę z rodziną - bo jakoś tak ich lubimy, mają stosunkowo niedaleko no i my też byliśmy na weselu córki - znaczy się mojej kuzynki. Poza tym zaprosiliśmy też mojego stryjka z żoną oraz jego dwie córki, a więc kuzynki mojej mamy, z mężami. Nie utrzymujemy z nimi bieżących kontaktów, mimo, że mieszkają prawie w Miasteczku. Niegdyś jednak spędzaliśmy ze sobą wakacje i wszystkie święta, pomyśleliśmy, że będzie to dobra okazja, żeby się wreszcie spotkać - zwłaszcza, że ze strony mamy zapraszaliśmy tylko mojego wujka i dziadka.
Zaprosiliśmy też sporo znajomych... Ostatecznie wyszło nam około 90 osób, więc to było zdecydowanie za dużo. Wykreśliłam dwie koleżanki. Na tym etapie pozostało nam powysyłać zaproszenia i czekać na potwierdzenie przybycia :)

W zasadzie z góry założyliśmy, że odmówi nam około piętnastu osób i wiele się nie pomyliliśmy :) Wiedzieliśmy, kto nie przyjedzie ze strony Franka i tu w zasadzie nam się wszystko potwierdziło. Jeśli chodzi o moją rodzinę, byłam przekonana, że nie przyjedzie kuzyn z żoną i kuzynka z rodziną, którzy mieszkają w Walii. Przede wszystkim jednak byłam pewna, że nie przybędą, bo w czerwcu byliśmy na weselu tegoż kuzyna - nie sądziłam, że w przeciągu trzech miesięcy dadzą radę przylecieć drugi raz do Polski. Cóż, potwierdza się, że dla chcącego nic trudnego :)
Za zaproszenie podziękowali nam dość niespodziewanie stryjek i jego rodzina - ale nie poczułam się urażona. To naprawdę były osoby, z którymi nie czuję się teraz mocno związana i choć absolutnie nie zapraszaliśmy ich "bo tak wypadało" (na pewno by się nie obrazili, gdyby zaproszenia nie dostali), to ostatecznie pomyślałam sobie, że dobrze się stało.
Nie będzie też jednego mojego kuzyna z rodziną - ale w zasadzie zapowiadało się na to od samego początku. Oni nie odwiedzają nawet brata, który mieszka parę kilometrów od nich, więc nie mogliśmy się spodziewać, że ruszą ponad 300km w Polskę :D

Przede wszystkim lista gości w tym ostatecznym kształcie wzbudza w nas wiele pozytywnych emocji! Przyznaję, ze trochę się bałam jak to będzie, martwiłam się, że sporo osób nam odmówi (zwłaszcza ze względu na czerwcowe wesele), a nie ukrywam, że chyba po części traktowałam to jako sprawdzian lojalności... Oczywiście są sytuacje, kiedy ktoś naprawdę nie może przyjechać, ale bałam się, że ktoś odmówi bez konkretnego powodu. A tu taka niespodzianka - potwierdzili nawet ci, których "spisaliśmy na straty". Tak naprawdę osoby, które będziemy gościć we wrześniu to wszyscy, którzy są nam najbliżsi i z którymi utrzymujemy w miarę regularny kontakt (wiadomo, z niektórymi widujemy się raz na pół roku, z innymi co tydzień, ale jednak relacje są dość bliskie).

A teraz goście w liczbach :)

Chociaż do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieli, czy przyjedzie jedna ciocia z rodziną (oni sami tego nie będą wiedzieli do ostatniej chwili), liczymy już wszystkich
i listę uznajemy za zamkniętą. Kilka osób przyjedzie bez dzieci lub bez osób towarzyszących i ostatecznie wychodzi nam łącznie z nami 68 osób oraz 5 osób z "obsługi" (zespół, fotograf itp), czyli 73 osoby. Jak dla nas wyszło wręcz idealnie!

Z mojej rodziny będzie 29 osób, z rodziny Franka 18, znajomych będzie 19 (o znajomych będzie osobna notka).
Przewidujemy czworo dzieci (z tego dwójka poniżej roczku, więc ich nie liczymy) i dwie nastolatki. Ciekawe jest to, że będzie tylko 20 osób powyżej czterdziestki. Cała reszta to ludzie w wieku 20-39, mamy więc nadzieje, że będą chęci na zabawę, bo to stosunkowo młode wesele :P
Oprócz moich rodziców, tylko pięć osób będzie z Miasteczka i okolic.
Tym bardziej cieszy, że wszyscy chcą przybyć! Dla mnie jednak o czymś to świadczy - przede wszystkim o tym, że te osoby chcą być z nami w tym dniu i że zależy im na nas.

Najbardziej obawialiśmy się, czy damy radę wszystkich przenocować - okazało się to jednak łatwiejsze niż się spodziewaliśmy i nie musimy nikogo umieszczać w domu. W restauracji, w której będzie wesele (5km od Miasteczka) jest osiem pokoi, które zmieszczą od 2 do 4 osób. Ja z Frankiem mamy pokój gratis :P. W pensjonacie obok wynajęliśmy cztery trzyosobowe pokoje. A całą moją przyjezdną rodzinę umieściliśmy w hoteliku w Miasteczku. Wszyscy się zmieścili a w razie czego będziemy mieli rezerwowe miejsca w domach.

Wiemy już mniej więcej kto gdzie będzie siedział. Pozostaje nam jeszcze obmyślenie kto z kim będzie jechał z kościoła do domu weselnego.

Generalnie muszę powiedzieć, że to "zarządzanie" gośćmi jest przyjemniejsze i łatwiejsze niż się spodziewałam :) Ale przede wszystkim patrzymy na tą listę i wiemy, że zaprosiliśmy właściwe osoby! Wszyscy bliscy, przy których będziemy sie czuć swobodnie, z którymi będziemy chcieli się bawić, z których obecności będziemy czerpać radość. Już nie mogę się doczekać!

niedziela, 12 sierpnia 2012

Sprawa najwyższej wagi :)

Mam trochę inaczej niż tak zwany "ogół społeczeństwa" :P, który podobno odkłada sobie tkankę tłuszczową w zimie a wiosną i latem gubi zbędne kilogramy i znowu jest młody i piękny :) Dla mnie najlepszy okres na chudnięcie to zima, za to kiedy nadchodzi wiosna, mogę być pewna, że przybędzie mi paru kilogramów. To trochę paradoksalne, bo przecież wiosną nareszcie mamy świeże warzywa i owoce, możemy pożegnać się więc ze smalcem, pasztetami, zupami z wkładką i tłustymi wędlinami na rzecz pysznych kanapek z sałatą i pomidorem, mizerii oraz fasolki szparagowej. To wszystko prawda. Tyle, że wiosną tyle jest tych pyszności, że jem bez umiaru :) Bo oczywiście, że fasolka szparagowa kaloryczna nie jest, ale przecież najlepiej smakuje z masłem i bułką tartą :) Od jedzenia truskawek człowiek pewnie nie przytyje, ale jak już sobie do nich dorzuci dwie łyżki śmietany kremówki, noo...
A ponieważ jeść naprawdę lubię, to sobie nie żałuję tych przysmaków :) Zajadam się też warzywami "niewskazanymi" - a więc zielonym groszkiem i bobem. Wspomniane kolorowe kanapeczki z sałatą, pomidorkiem, rzodkiewką i szczypiorkiem też nie zaszkodzą, wszak jedna kromka to zaledwie jakieś 100 kcal (nie używam żadnego smarowidła) - no, ale przecież trudno poprzestać na jednej :)
Później nadchodzi lato, a więc lody, kawy mrożone z bitą śmietaną i inne pyszne desery... A najgorzej jak się człowiek na wakacje wybierze. Dochodzą do tego gofry, fast foody i piwko :) No i arbuzy... pochłaniam je wręcz kilogramami :)
Więc się ani trochę nie dziwię, że w okresie od maja do września przybywa mi kilogramów a oponka rośnie :) A przecież na aerobik chodzę z taką samą częstotliwością - albo częściej. Do tego jeżdżę na rowerze i więcej spaceruję. Ale taka już moja uroda.

Na szczęście nadmiar kilogramów nigdy nie jest szczególnie dokuczliwy. A przynajmniej nie na tyle, żebym musiała z czegoś rezygnować. Wolę korzystać z sezonowych przysmaków a potem trochę zacisnąć pasa - dosłownie :) Zwracam uwagę na to co jem i na kilka tygodni wprowadzam moją sprawdzoną niskokaloryczną dietę. Zazwyczaj w ciągu miesiąca tracę nadwyżkę i gdy staję na wadze, odzyskuję czwóreczkę z przodu. Póki co jeszcze nie musiałam wymieniać garderoby :)

W tym roku jednak postanowiłam się poświęcić :) Co prawda wraz z początkiem wiosny sobie folgowałam, ale po powrocie z nad morza postanowiłam się nieco ograniczyć. Nie żeby sobie czegoś odmawiać, ale jeśli jadłam hot-doga, to nie tego samego dnia, co lody z bitą śmietaną :) Chciałam po prostu, żeby moje wymiary między pierwszą a drugą przymiarką sukni nie uległy zbyt dużym wahaniom. Cóż, nie wzięłam pod uwagę jednego... Tak bardzo bałam się, że przytyję, że w ciągu trzech tygodni schudłam trzy kilogramy - i zapewniam, że nie stosowałam głodówki. Mimo wszystko, nie sądziłam, że to będzie miało aż taki wpływ na moje ciało - byłam przekonana, że jak to zwykle bywa, pozbyłam się tylko trochę wody z organizmu. A jednak suknia okazała się nieco za duża. Krawcowa była trochę zaskoczona, ale jej się nie przyznałam, więc uznała, że pewnie po prostu ostatnim razem (bo już wtedy suknia była lekko za szeroka) za mało materiału zebrała. Biodra i talię zostawiłyśmy w spokoju, bo będzie można to w razie czego regulować wiązaniem, a tylko w biuście jeszcze suknia będzie zwężona.

W sumie to jestem zadowolona, bo zniknęła moja letnia oponka :) Tylko Franek stęka, że nie lubi jak jestem taka chuda (bez przesady! on chyba chudego nie widział!) i mówi, że jestem "chuda glista".
Przestraszyłam się jednak wczoraj, że jak tak dalej pójdzie to za miesiąc suknia znowu będzie za szeroka a moje obojczyki zbyt wystające (to mi się dzieje zawsze przy 47kg). Zaraz po przymiarce wybrałyśmy się więc z Alą na obiad i deser. Ona z pierwszego zrezygnowała i zaczęła od razu od lodów. Ja zamówiłam sobie sałatkę z kurczakiem i bekonem. Pyszna była! Ale porcja ogromniasta, ledwo ją zmęczyłam i na lody już miejsca nie wystarczyło :( (pocieszyłam się dziś Big Milkiem w czekoladzie) Najadłam się tak bardzo, że do końca dnia już nic nie tknęłam tylko litrami piłam herbatę (zawsze jak się objem, piję herbatę, zazwyczaj czerwoną, bo mam wrażenie, że mnie przepłukuje :P). To by było na tyle jeśli chodzi o pilnowanie obojczyków :)

Jest jednak jedna rzecz, z której w tym roku zrezygnowałam (nie bez bólu :P)... Normalnie o tej porze roku objadam się przecież słonecznikiem! Nad morzem "zdzióbałam" chyba cztery, a potem sobie zabroniłam. Twarda jestem i nie ruszają mnie piękne słoneczniki, które uśmiechają się do mnie z warzywniaków. Chociaż jak sobie pomyślę, że następna okazja dopiero za rok, to ślinka mi cieknie. Ale cóż, człowiek raz tylko bierze ślub, więc jak człowiek chce być na nim piękny, to musi poznać smak wyrzeczenia ;D To się chociaż tego jednego wyrzekę.
Bo już pal licho, że to sam tłuszcz - mogłabym przecież zrezygnować z obiadu :)) Ale przede wszystkim słonecznik oznacza katastrofę dla moich paznokci, które robią się czarne, a od ciągłego szorowania rozdwajają się i łamią. Muszę więc cierpieć do ślubu :) Chociaż Franek powiedział, że może jak będzie miał jakiś wolny dzień to się wybierze na targ i jakiś jeden ładny słonecznik dla mnie wybierze (chyba naprawdę się boi moich żeber i chce mnie utuczyć :P).
Noo, jeden to chyba moim paznokciom aż tak bardzo nie zaszkodzi... :)