*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 10 września 2012

Ostatnia (?) babska impreza :)

Generalnie nie przepadam za opisywaniem jakichś wydarzeń, czy spotkań. A to dlatego, że nigdy nie da się oddać atmosfery takiej sytuacji, w której uczestniczyłam, nie da się dokładnie odtworzyć dialogów, opisywanie, że najpierw było to, a potem tamto a jeszcze później to, trochę mnie męczy. Ale z drugiej strony, warto relacjonować takie fajne wydarzenia, nawet mimo tego, że wspomnienie o nich często jest w naszej głowie ciągle żywe i piękne, to przyjemnie jest się podzielić z tym innymi - i z samą sobą :) To i tak nie to samo, ale taki zapis po jakimś czasie pozwala obudzić te wspomnienia, które się jednak często trochę zacierają.

Dlatego jednak ulegam pokusie opisania mojego wieczoru panieńskiego, po którym został ślad już jedynie w postaci Franka, kilku upominków i masy zdjęć :)
Jak już wspominałam, wszystko odbywało się za moimi plecami. To znaczy - ponieważ dziewczyny się wzajemnie nie do końca znały, to moim obowiązkiem było przekazanie Karoli numerów telefonów no i udostępnienie mieszkania na początek imprezy. Reszta działa się poza mną. Przed godziną 19 moja siostra zeszła do sklepu, żeby kupić mi breezera (zdziwiłam się, że się tak zaofiarowała, ale nie protestowałam). A po chwili usłyszałam jakieś trąbki i wrzaski. Zwróciłam na to uwagę i nawet przeszło mi przez myśl, że chyba jakiś mecz dzisiaj... Ale potem usłyszałam swoje imię. Wyjrzałam przez okno i ujrzałam maszerujące dziewczyny w różu, z trąbkami i całym mnóstwem innych akcesoriów :) Narobiły hałasu na pół osiedla, a klatka schodowa wręcz się zatrzęsła, zanim się wdrapały na to moje trzecie piętro :)

Weszły i od razu włożyły mi koronę, którą miałyście okazję zobaczyć na jednym ze zdjęć tydzień temu ;) Czasu było niewiele, bo miałyśmy rezerwację stolika na mieście, dlatego od razu zabrałyśmy się do rzeczy. Na stół wjechała wódeczka i popitka a także jedzenie - znaczy się chipsy i orzeszki :) Włączyłam muzykę i wzniosłyśmy toast. Myślałam, że tak sobie posiedzimy trochę i popijemy, rozkręcając się przed imprezą główną, ale okazało się, że bardzo się myliłam i impreza główna już się zaczęła :) Dziewczyny przyniosły kosz z prezentami, ale otworzyć każdy z nich mogłam dopiero po wykonaniu zadania! Niektóre były naprawdę pestką - tak jak przeczytanie mojego nowego nazwiska od tyłu albo pomachanie stanikiem z balkonu, czy też wykrzyczenie całemy światu, że wychodzę za mąż. Ale były też takie z zupełnie innej kategorii. Musiałam na przykład zadzwonić do przyszłej teściowej i bez słowa wstępu przeczytać jakiś wierszyk, który zobaczyłam dopiero w momencie, gdy przyszło mi go czytać. Wierszyk nie należał do zbyt grzecznych i gdyby nie to, że znam moją przyszłą teściową już trochę, to na pewno bym się nie zdobyła na ten telefon. Podobnie jak nie przeczytałabym go mojej mamie. Ale teściowa tylko zaczęła się śmiać, a że była akurat na spotkaniu z koleżankami, włączyła tryb głośnomówiący i kazała przeczytać jeszcze raz. A potem życzyła nam miłej zabawy :) Musiałam też pocałować jakiegoś obcego faceta (na szczęście Juska znalazła kandydata z klasą, więc to też było bezbolesne :)) Tak naprawdę najgłupszym i najgorszym dla mnie zadaniem było zadzwonienie pod przypadkowy numer telefonu i wzdychanie do niego, jakbym pracowała pod jakimś 0700... Nie zaliczyły mi dziewczyny tego zadania za pierwszym razem, ale potem mi odpuściły. A zadanie z bananem (pokaż jak obsługujesz swojego przyszłego męża) zaliczyły tylko dlatego, że nigdy w życiu nie spodziewały się, że ja tego banana... po prostu zjem! Nie o to im chodziło, ale zatkało je z wrażenia, więc prezent dostałam :) O nie nie, nie ze mną takie numery :) To są zabawy zupełnie nie w moim stylu :) One doskonale o tym wiedzą, ale myślały, że dam się sprowokować. Trochę dałam, ale bez przesady :) Intencje jednak rozumiem, więc robiłam co mogłam :D i ogólnie naprawdę mi się podobało.

Upominki były różne - od patelni, poprzez szczotkę do kibelka, aż po gadżety z sex shopu. Ale i tak moją faworytką jest ta różowa bielizna, którą od razu na siebie włożyłam (co mogłyście również podziwiać na zdjęciach) i która ubierała mnie już do końca wieczoru :) A wieczór miał swoją kontynuację w klubie przy poznańskim rynku. Tam czekał na nas zarezerwowany stolik i chłodziła sie kolejna flaszeczka. Zanim zabrałyśmy się za jego opróżnianie, zobaczyłam lekką konsternację na twarzy Karoli i Juski. Czegoś zapomniały (niby że aparatu) - Juska wzięła ode mnie klucze i pojechała. W tym czasie Dorotka wyznawała mi swoją miłość (pisałam już, że uwielbiam, kiedy ona się napije? :))) a do Karoli przyjechał jej facet z bukietem róż i na kolanach przepraszał ją za jakąś kłótnię, którą mieli wcześniej. Nie nudziłam się więc przed powrotem Juski, która przyprowadziła ze sobą - no Franka przecież :) Tyle tylko, że nie pozwoliła mu się ubrać, więc Franek był goluteńki :) I robił prawdziwą furorę! Ruszyłyśmy wraz z nim na parkiet i wzbudzał ogólne zainteresowanie. Co ciekawe - największe wśród facetów :) DJ kilka razy komentował obecność Franka (imiennie, bo pczywiście dziewczyny zadbały o to, żeby było wiadomo o kogo chodzi :)), a ja ciągle musiałam go szukać :P To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, daliśmy sobie po prostu pełną swobodę :) W pewnym momencie było dla mnie uciążliwe tańczenie tylko z Frankiem, więc puszczałam go w tłum, ale zawsze się potem znajdował - a to tańczył z jakąś dziewczyną ("przepraszam, mogę odebrać mojego narzeczonego?" "Oczywiście, nie odbijam cudzych narzeczonych :)"), a to akurat podpierał ścianę, to znowu zalegał w jakieś loży na górze ("Przepraszam, nie wiecie, gdzie jest Franek?" "Franek ostatnio leżał przy barze" - i faktycznie leżał). Chłopaki wręcz wyrywali mi go z rąk, dziewczyny były bardziej subtelnie i przychodziły z pytaniem, czy mogą sobie pożyczyć Franka :) Czasami to ja podchodziłam do jakiejś grupki i pytałam, czy mogą się zaopiekować Frankiem, a oni chętnie się nim zajmowali :D

Bawiłam sie świetnie, szalałyśmy z dziewczynami na parkiecie, choć później powoli zaczęły się wykruszać. Spotkałam też fantastycznego chłopaka - Wojtka, który zapewnił mi i mojej siostrze świetną zabawę, a przede wszystkim zagwarantował ochronę przed namolnymi adoratorami :)) Ja nie wiem, co z tymi facetami jest, myślą chyba, że jak dziewczyny przychodzą same na imprezę to tylko czekają, aż któryś je poderwie :) A do tego zero samokrytycyzmu, niektórzy to naprawdę straszne buraki. Oczywiście, fajnie jest być w takiej sytuacji adorowanym, ale człowiek musi być z klasą. Jednak ja w ogóle nie miałam nastroju na żadne romanse (no przecież to mój panieński :P) i chciałam się po prostu pobawić! Wspomniany Wojtek wiedział, że jestem przyszłą panną młodą i nie zniechęciło go to. Tańczyliśmy dalej. Wróciłam potem do stolika i powiedziałam do siostry: "fajny ten Wojtek", na co ona" wiem, dlatego pozwoliłam ci z nim tańczyć" :P Rzecz w tym, że koleś tak jak my przyszedł potańczyć, a nie poderwać :) Spotykaliśmy się tak jeszcze kilka razy na parkiecie- tańczył to ze mną, to z moją siostrą, czasami nawet z nami obiema :P I jak tak w pewnym momencie bujaliśmy się w rytm muzyki, ktoś mnie klepnął po plecach. Odwracam się i kogóż widzę??? Franka we własnej osobie! I to tym razem nie tego nadmuchanego. No żesz! Wiedziałam, że nie wytrzymają i przylezą nam na imprezę!!!

Na początku byłam trochę zła, bo myślałam, że mam już po zabawie, ale okazało się, że Franek poszedł grzecznie do naszego stolika i tam sobie siedział z Karolą i Mietkową, a potem z moją siostrą, podczas gdy ja tańcowałam. Przyznać muszę, że w ogóle mi nie przeszkadzał i wieczoru panieńskiego absolutnie mi nie zepsuł. Nie był zazdrosny (jak to później tłumaczył, przecież wiedział, że i tak za dwa tygodnie to z nim stanę przy ołtarzu :)), potańczył ze mną trochę a najbardziej przydał się na koniec, bo zawsze to bezpieczniej wracać po nocy (no, nad ranem :P) do domu z facetem.
A w ogóle to muszę go usprawiedliwić - to nie był jego pomysł. Rok temu na panieńskim Mietkowej, Mietek nie wytrzymał i przyszedł. Wtedy było po imprezie - pojechali do domu. (a ściślej oni mieli po imprezie, bo my bawiłyśmy sie dalej :P) Tym razem to znowu Mietek, który bawił się na kawalerskim Franka, nie wytrzymał i przyjechał do żony. Zresztą ona nie lepsza, bo prawie całą imprezę wisiała na telefonie i z nim rozmawiała:) Przyszedł też znowu facet Karoli, no to Franek trochę nie miał wyjścia i wszedł z nimi. Ale jestem z niego dumna, bo wiedział, jak się zachować :) A swoją drogą - jak dobrze, że my sobie nie założyliśmy takich smyczy! O nie, nie dla mnie taki związek (bo jeśli im to odpowiada, to ok). Nie chodzi o jakąś totalną wolność i rozpustę, ale o swobodę, odrobinę oddechu, a przede wszystkim wzajemne zaufanie! I świetnie sprawdziło się to na tej imprezie.

Ale tak czy inaczej, to, że to faceci przyszli do nas świadczy tylko o jednym - że nasza impreza była lepsza :P Skoro ostatecznie skończyli u nas, no to jak to inaczej wytłumaczyć? :))) A najdłużej i tak zostałam ja z siostrą i Franek z Frankiem :) Do domu dojechaliśmy jakoś po piątej, ale Franek nie zgodził się, żeby Franek spał z nami, więc niestety Franek musiał spać pod drzwiami. Ale chyba nie ma nam za złe.
Impreza naprawdę była udana! Dziewczyny naprawdę się postarały i na pewno zapamiętam ten wieczór na długo! Fajnie było tak znaleźć się w centrum uwagi, przyjemnie było błyszczeć na parkiecie :)

Powygłupiałyśmy się, popiłyśmy (dopiero przy sprzątaniu zobaczyłam, że obaliłyśmy w domu trzy flaszki! - dwie półlitrówki i jedną siódemkę, a potem w klubie jeszcze dwie połówki! - na nas sześć to całkiem niezły wyczyn). Było mnóstwo śmiechów i pisków. Było po prostu... babsko :P A tak powinno być na panieńskim :) Pewnie jeszcze nie raz się spotkamy na babskiej imprezie, ale takiej jak ta, to już nie będzie.

sobota, 8 września 2012

Jeszcze tydzień!

Miała być dzisiaj notka o panieńskim wreszcie, ale padam na pyszczek i nie dam rady. Wstaliśmy dzisiaj o 3:30, bo na 7:45 byłam umówiona z koleżanką w Miasteczku na powtórkę z oczyszczania twarzy. Franek kończył wczoraj pracę o 20:00 więc mieliśmy do wyboru wyjazd po 21:00 albo rano. Mnie było wszystko jedno, a Franek wolał rano - przecież przyzwyczajony jest do pobudek o tej godzinie i jazdy nad ranem :)
Myślałam, że będę spała, ale jakoś mi nie szło. Tak naprawdę przysnęłam dopiero po 6:00 na ostatnich 40 km trasy. I w związku z tym cały dzień chodzę dzisiaj jakaś nieprzytomna - nawet nie to, że śpiąca, ale cały czas mam piasek pod oczami i ciężko myślę.

A dzień był intensywny, bo zaraz po kosmetyczce byłam umówiona u fryzjera. Miałam próbne czesanie i... kurczę no, podoba mi się! Fryzjerka zrobiła mi tę fryzurę dosłownie w 5 minut (bo chodziło tylko o ogólny zarys, nie chciałyśmy się za bardzo do tego przykładać, bo drugi raz na pewno by tak nie wyszło) a ja byłam zachwycona, bo dokładnie o coś takiego mi chodziło! Jeden szczegół tylko musiałam poprawić, ale ogólnie naprawdę jestem pozytywnie zaskoczona, bo rzadko mi się podobają fryzury od fryzjera :) Bałam się, że będzie katastrofa w dzień ślubu, ale jeśli uda jej się zrobić mniej więcej to samo, to będzie super!

Resztę dnia spędziłam na pucowaniu mojego panieńskiego pokoju :) I na walczeniu z mamą, która kazała wywalić mi wszystkie śmieci, które wcale śmieciami nie są a po prostu pamiątkami sentymentalnymi z moich nastoletnich czasów :P Poszłyśmy na kompromis - wyrzuciłam wszystkie numery Cogito od roku 2000, ale zostawiłam sobie Filipinki z lat 90tych :D (no dobra, Filipinkę też kiedyś wyrzucę, ale chciałam sobie ją jeszcze raz przejrzeć, a dziś nie było czasu).

Później ćwiczyliśmy z Frankiem taniec, ale tym razem w wersji bardziej generalnej - założyłam sukienkę mojej siostry ze studniówki a we włosy wpięłam welon. Jak się okazało, to były istotne szczegóły, bo po tylu próbach bez tych akcesoriów Franek początkowo przydeptywał mi suknię i ściągał welon :P Ale szybko wyrobił sobie prawidłowe odruchy i jest oki. A próba najbardziej podobała się naszemu psu, który przeszkodził w kilku strategicznych momentach, plącząc się nam pod nogami :)
Mieliśmy też do załatwienia pewną sprawę w okolicy "naszej" restauracji. Przejeżdżaliśmy obok i wiedzieliśmy inne wesele. Jakie to ekscytujące wiedzieć, że już za tydzień, to my będziemy na tym miejscu! Niesamowite. Za tydzień o tej porze to już będzie po torcie ;)))
I dowiedziałam się dziś, że przyjedzie moja kuzynka, której miałam być niepewna do ostatniej chwili. A to oznacza, że będą wszyscy - cała nasza "kuzyńska" ekipa sprzed dwudziestu lat. Oprócz tego kuzyna, który odmówił na samym początku, ale tak właśnie powinno być, bo on się nigdy z nami nie trzymał :P

A na koniec mam dla Was niespodziankę! Franek mocno się opierał, ale ostatecznie pozwolił na zamieszczenie swojego wizerunku na moim blogu. Uwaga, uwaga, oto i on! Poznajcie Franka:



:D :D