*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 6 września 2013

Babski weekend część druga i trzecia z rodzynkiem :) +dopisek

No to doczłapaliśmy się do weekendu po tym okropnym, pełnym stresu tygodniu! A propos weekendu, został mi jeszcze jeden babski do opisania, więc stwierdziłam, że dzisiaj jest dobra okazja, żeby po krótce opowiedzieć, co też porabiałyśmy miesiąc temu  z Dorotą.
Przyjechała znowu w piątkowy wieczór i obowiązkowo zaopatrzyłyśmy się w browarki - tym razem na wszelki wypadek wzięłyśmy więcej, żeby frankowych zapasów nie podkradać. I dobrze zrobiłyśmy, bo poszły wszystkie, o ile dobrze pamiętam - po cztery na głowę. Ale nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam, bo może było więcej :)

Na dworze, po upalnym dniu szalała burza. A my siedziałyśmy przy małej lapce, obserwowałyśmy błyskawice, słuchałyśmy szumu deszczu i gadałyśmy. Wydawałoby się, że przy ostatniej okazji wyczerpałyśmy już wszystkie ważne i mniej ważne tematy, ale okazuje się, że znalazły się inne równie ważne ;) Zmogło nas w okolicach północy i położyłyśmy się, ale już po ciemku, w łóżku zebrało nam się jeszcze na pogaduchy i tak przegadałyśmy jeszcze jakiś czas.
W sobotę obudziłyśmy się o dziwo bardzo wypoczęte i rześkie! Ale od rana było zimno i padało, co niezbyt dobrze wpłynęło na naszą witalność. Przebimbałyśmy połowę dnia :) Włączyłyśmy sobie jakiś głupi film, potem coś tam skubnęłyśmy do jedzenia, obejrzałyśmy odcinek Rodzinki.pl, skubnęłyśmy coś do jedzenia, a potem leżałyśmy na kanapie i przysnęło nam się na jakieś pół godzinki. Kiedy obudziłyśmy się, oczywiście skubnęłyśmy coś do jedzenia i z zadowoleniem stwierdziłyśmy, że oto nadeszła szesnasta i trzeba się zbierać!

Na 19 miałyśmy wykupione bilety do teatru! Wybierałyśmy się na spektakl Mayday 2 - w liceum byłyśmy na jedynce i bardzo nam się podobało, jak tylko zobaczyłyśmy, że warszawskie teatry grają ten spektakl umówiłyśmy się, że idziemy! A po teatrze wybierałyśmy się na imprezę, więc trzeba było poświęcić więcej czasu na przygotowania.

Spektakl nas nie zawiódł! Świetny był, uśmiałyśmy się do łez :) I ten klimat teatralny... Żaden film nie będzie tak dobry jak spektakl na żywo. Skończyło się przed 22. Popędziłyśmy więc do centrum, żeby zdążyć wejść do klubu jeszcze zanim zaczną kasować kobiety za wstęp. Udało się, wypiłyśmy po piwku i zaczęłyśmy wywijać. Po północy rozdawali darmowy poncz - Dorocie nie smakował, więc została przy piwie, ale ja wypiłam jakieś pięć kieliszków :P
To, do pary z absztyfikantem Doroty, który się znalazł w klubie sprawiło, że nasz plan powrotu ostatnim nocnym autobusem o 2:40 legł w gruzach (zwyczajnie się spóźniłyśmy :P). Bawiłyśmy się więc do białego rana - Dorota z Absztyfikantem a ja z Tancerzem. Nie pamiętam niestety nawet jak miał na imię (ja niedobra!) - wystarczyło mi, że tańczył po prostu wspaniale, a ja bardzo lubię tańczyć w parze, a nie tylko kiwać się do rytmu, więc dobraliśmy się świetnie - w dodatku wystarczył mu taniec, nie zniechęcił się, gdy uprzedziłam go, że jestem mężatką i nie próbował mnie podrywać. Obie wyszłyśmy z imprezy usatysfakcjonowane i ubawione. W łóżku wylądowałyśmy (same :P) po ósmej! Dawno się tak nie bawiłam. Ale stwierdzam, że potrzebne mi to było.

W niedzielę byłyśmy co prawda zmęczone (ale od niewyspania, nie picia, bo nawet moje pięć kieliszków wina do ósmej zdążyło wywietrzeć :)), ale zadowolone. Weekend spełnił nasze oczekiwania - trochę ukulturowienia się, trochę dobrej zabawy, trochę dobrego alkoholu.
To był też mój ostatni weekend bez Franka, bo w kolejny piątek już się wprowadził do Podwarszawia :) Dzisiaj Dorota przyjeżdża znów. Jest już prawie za drzwiami ;) Jutro rano przybywa Juska. A więc szykuje się kolejny babski weekend z rodzynkiem w postaci Franka. Dziewczyny się napaliły strasznie na imprezę, a ja przyznam, że trochę mam humor skwaszony i trochę nie mam na to ochoty... Ale może mi się do jutra poprawi :) Może pogaduchy trochę poprawią nam nastroje, a impreza to może właśnie coś, czego mi trzeba. Tylko nie wiem, czy Franek da się wyciągnąć - on nie lubi tańczyć w klubach. A ja wolałabym z nim iść - żeby potańczyć, pobawić się i nie musieć odganiać natrętnych facetów :P Miałabym własnego bodyguarda.

To miłego weekendu Wam życzę i odezwę się zapewne, jak dziewczyny pojadą. Wtedy też odpowiem na komentarze pod poprzednią notką, teraz już muszę kończyć, bo kochana Dorotka właśnie zadzwoniła, że będzie lada moment :)

***
Później. Dużo później:
I dylemat teraz mam - bo z kim ja mam dzisiaj spać? :D:D

środa, 4 września 2013

Nieudana ucieczka do tamtych dni

Śnił mi się dzisiaj ślub. Mój i Franka. To znaczy, to nie był ten ślub, który faktycznie się odbył, ale śniło mi się, że właśnie się do niego przygotowywaliśmy. Wszystko było inaczej niż w rzeczywistości, można więc powiedzieć, że to był taki przedślubny sen po ślubie.

Zapewne spowodowane było to tym, że ostatnio bardzo dużo o tym myślę i sporo na temat naszego ślubu, wesela i zbliżającej się wielkimi krokami rocznicy rozmawiamy.
W miniony weekend minął właśnie dokładnie rok od jednej z najlepszych imprez na jakich w życiu byłam - mojego wieczoru panieńskiego. Przypominam sobie ten wesoły, całkowicie beztroski wieczór, kiedy mogłam być w centrum uwagi. Pamiętam niemal każdy szczegół. I wiem, że to się nigdy nie powtórzy, co wywołuje u mnie żal...

I w ogóle myślę o tamtym czasie - tak od połowy sierpnia, kiedy ślub i wesele miały być już nie w jakimś tam odległym czasie tylko lada moment. Ten ostatni miesiąc miał być czasem najbardziej intensywnych przygotowań. I był, ale cały czas było spokojnie. Powoli, dzień po dniu załatwiałam sprawy, które jeszcze mi pozostały. Bez pośpiechu. Nie bałam się, że nie zdążę - nie było w ogóle takiej opcji. To był piękny czas, kiedy obok codziennego życia pojawiły się te typowo ślubno-weselne szczegóły. Kiedy można było myśleć, że to już za chwilę i zastanawiać się, jak blisko mojej wymarzonej wizji będzie ten dzień w rzeczywistości. Niby wszystko było tak, jak co dzień, a jednak wiedziałam, że oczekujemy... Nie tylko my zresztą, wszystkie osoby z najbliższego nam otoczenia już żyły myślą o naszym dniu.
Trudno powiedzieć, dlaczego ten czas był taki piękny. Wiele się nasłuchałam/naczytałam o zżerającym stresie i nerwach, które psują wszystko. Ja czekałam, aż przyjdą i... nie doczekałam się. Teraz, gdy mam to wszystko już za sobą, zastanawiam się, skąd to się bierze?
Bo przecież my też chcieliśmy, żeby wszystko wyszło, też chcieliśmy, aby ten dzień był piękny. Też załatwialiśmy orkiestrę, fotografa, fryzjera i kwiaty. Ale nie było ani jednego dnia - podkreślam ani jednego - kiedy bylibyśmy naprawdę zdenerwowani z powodu jakiejś ślubnej sprawy. Mogliśmy się w pełni tymi przygotowaniami delektować - a jednocześnie one biegły sobie spokojnie jakby obok naszego "normalnego" życia. Życie nie zakłócało nam przygotowań, i na odwrót. 
Czułam się wtedy naprawdę szczęśliwa. I przede wszystkim pewna. Kiedyś - dawno - miałam obawy, że nigdy nie będę pewna. Okazało się jednak, że nie miałam żadnych wątpliwości. I cieszyłam się, że nasza uroczystość będzie taka, jak chcemy. Bo mieliśmy wszystko, o czym marzyliśmy (no, może trenu moja suknia tylko nie miała, bo jej nie pasował :P ale szybko okazało się że to marzenie można zmodyfikować ;)), a jednocześnie nie przeżywaliśmy jakichś wielkich dylematów z tym związanych. Nie oglądaliśmy tysiąca sal, nie słuchaliśmy miliona płyt demo ani nie chodziliśmy od kwiaciarni, do kwiaciarni :) Po prostu braliśmy, co było i byliśmy z tego zadowoleni. Jak się później okazało - to było bardzo słuszne podejście, bo dla wielu osób, które wypowiadały się zupełnie bezinteresownie i nie pod wpływem emocji, to było jedno z najlepszych wesel (lub najlepsze) na jakich byli. Może właśnie ten luz nam w tym pomógł?

W ogóle jak sobie o tym myślę, to mam wrażenie, że nam się wszystko samo załatwiało ;) Wszystko było jakby mimochodem i przy okazji - a jednocześnie przecież przemyślane i trafione. Sama nie wiem po prostu skąd się bierze tyle szumu wokół organizacji ślubu i wesela :P
Ja zdecydowanie bardziej pamiętam te wszystkie przyjemne emocje związane z oczekiwaniem, ekscytacją, niedowierzaniem, że to już. I tą naszą radość, która pojawiała się cały czas w rozmowach, że za chwilę sami się przekonamy jak to będzie. 
To był błogi czas słodkiego oczekiwania - tak, to są chyba słowa, które najlepiej obrazują nastrój, w którym wtedy się znajdowaliśmy i atmosferę, która nas otaczała. Bardzo chciałabym cofnąć się w czasie dokładnie o rok.. Nawet już przeżyję to, że już po panieńskim ;) Bardzo chciałabym przeżywać to wszystko jeszcze raz (zwłaszcza, że ja nie byłam niecierpliwa, nie myślałam, że tak bardzo chcę, żeby to było już!:)), delektować się tym, odczuwać to szczęście i spokój.
Uciekam teraz do tych wspomnień, ale niestety w takim trudnym czasie jaki teraz mamy nawet ta ucieczka nie pomaga. Aż trudno mi uwierzyć, jak bardzo inaczej czuję się teraz, zwłaszcza dziś, kiedy nachodzą mnie czarne myśli i szczególne zwątpienie.