*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 29 grudnia 2013

Konsternujący kalendarz

Prezenty - fajna sprawa! Lubię je dawać i lubię je dostawać.Już kilka razy na ten temat pisałam, ale dzisiaj chciałam napisać jeszcze parę słów :)
Zawsze bardzo starannie szukam podarunku dla innej osoby - biorę pod uwagę jej zainteresowania, zastanawiam się nad tym, co lubi lub czego potrzebuje. Bardzo zależy mi, żeby prezent nie był przypadkowy - staram się zwracać uwagę na to, co mówi dana osoba lub co jej się podoba i zapamiętuję to - później przydaje mi się to, kiedy nadchodzi okazja do zakupu prezentu. Cieszę się, gdy udaje mi się prezentem zaskoczyć, ale nie silę się celowo na oryginalność. Wychodzę z założenia, że praktyczny prezent często jest dobrym rozwiązaniem, kiedy pomysłu brak - nawet jeśli miałby być mało oryginalny.
Jeśli chodzi o prezenty, które dostaję - cieszy mnie prawie wszystko. Chyba po prostu mam takie szczęście, że osoby, od których otrzymuję podarki dość dobrze mnie znają. A druga kwestia -  że naprawdę potrafię w każdej rzeczy odnaleźć coś fajnego. Lubię praktyczne prezenty, bo zawsze można zrobić z nich pożytek - niezależnie od tego, czy chodzi o zestaw codziennych kosmetyków, czy o mikser ;) (chyba, że to już trzeci, ale na taki prezent raczej nie zdobywa się nikt, kto nie jest pewny, czy już takiego sprzętu nie mam;)). Lubię drobiazgi, uwielbiam książki! Najbardziej lubię prezenty - niespodzianki. Te też nie muszą być oryginalne, ale przyznaję, że fajnie jest też dostać coś, czego się zupełnie nie spodziewam.
Właściwie oboje z Frankiem mamy w tej kwestii bardzo podobne podejście. Z każdego prezentu potrafimy się ucieszyć, ze wszystkiego umiemy zrobić pożytek - nawet jeśli wcześniej mogło się nam wydawać, że coś jest niepotrzebne. Doceniamy też bardzo chęci osoby, która nas obdarowuje. Nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy byli z prezentu niezadowoleni. Nigdy nie zdarzyło się, abyśmy nie potrafili go jakoś wykorzystać. Nigdy żaden prezent nie był nietrafiony. Aż do teraz. Chyba... :)
Rzeczywiście po raz pierwszy dostaliśmy prezent, który wprawił nas w lekką konsternację, chociaż sama nie wiem, czy to dobre słowo, żeby opisać naszą reakcję. Spojrzeliśmy po prostu na siebie dyskretnie a następnego dnia dopiero prezent skomentowaliśmy - poczułam wtedy ulgę, że Franek również nie uważa, że właśnie dostaliśmy najlepszy prezent pod słońcem :P Otóż, brat i bratowa Franka dali nam w prezencie kalendarz ze zdjęciami swojej córki. Uważam, że to świetny prezent, ale na przykład dla dziadków (którzy zresztą takowy dostali w ubiegłym roku ;)) lub dla osób, którym dziecko jest szczególnie bliskie i które są z nim jakoś szczególnie emocjonalnie związane. Owszem, to jest Franka chrześniaczka, ale u nas w rodzinach "instytucja" chrzestnego nigdy nie była szczególnie istotna na co dzień i nie przywiązujemy wagi do tego, kto jest czyim chrzestnym lub jakie relacje ma się z nim relacje. Franek jest więc dla Magdy przede wszystkim wujkiem a nie chrzestnym. Z bratem i bratową widujemy się umiarkowanie często - wiadomo, że jest to utrudnione z racji tego, że nie mieszkamy w tym samym mieście, ale jeszcze przed naszą przeprowadzką wcale nie było to częściej. Widzimy się zawsze na większych uroczystościach rodzinnych lub spotykamy się na niedzielnym obiedzie u teściów - od czasu do czasu odwiedzimy się nawzajem. Relacje Franka z bratem są po prostu dobre - braterskie, ale nie kumpelskie, tak chyba najlepiej to określić. 
Chrześniaczkę lubimy widywać, zawsze wtedy się z nią bawimy i poświęcamy jej sporo uwagi, ale na co dzień nie tęsknimy za nią specjalnie. Choć to bratanica Franka, nie jest dla nas dzieckiem, z którym jesteśmy związani jakoś bardzo emocjonalnie - to po prostu dziecko naszych bliskich, więc się nią interesujemy i jest dla nas na tyle ważna, ale nie więcej - nie do tego stopnia, żebyśmy byli w niej zakochani tak, jak jej rodzice.
Tak naprawdę trudno wyjaśnić nasze odczucia w stosunku do tego prezentu, ale chyba właśnie trochę o to chodzi - nie chcemy, aby ktoś nas zmuszał, żebyśmy byli zauroczeni jego dzieckiem a taki właśnie odebraliśmy przekaz (oczywiście ma to związek z szeregiem innych sytuacji, których byliśmy świadkami oraz jak bardzo - w porównaniu do innych rodziców - brat i bratowa są zapatrzeni w swoje dziecko). Poza tym trochę brakuje nam zaangażowania i zastanowienia się nad tym, dla kogo jest to prezent, tego indywidualnego podejścia, o którym pisałam wcześniej. I jest to o tyle dziwne w przypadku tych właśnie osób, że zawsze trafiali w punkt ze swoimi prezentami dla nas. Przez chwilę nawet przemknęło mi przez myśl - zanim rozpakowaliśmy prezent do końca - że może są to zdjęcia Magdy z nami. Ale nie... 
Chyba największy problem polega na tym, że ni w ząb nie potrafimy odczytać intencji, jakie mieli brat i bratowa - my na pewno nie dalibyśmy takiego prezentu na święta nikomu, kto nie jest bezpośrednio zaangażowany emocjonalnie w relacje z naszym dzieckiem.
Nie chciałabym być źle zrozumiana - tak naprawdę nie musielibyśmy dostać nic i nie poczulibyśmy się ani trochę urażeni. Prawda jest taka, że brak jakiegokolwiek prezentu może trochę by nas zdziwił (bo to byłoby coś nowego) ale nie zasmucił ani nie zezłościł. A tymczasem taki prezent chyba trochę nas poirytował. Bo doskonale rozumiemy zauroczenie rodziców własnym dzieckiem, jest ono dla nas czymś naturalnym, ale nie podoba nam się przesada i nie lubimy podejścia, jakie niestety mają brat i bratowa - to znaczy, że wydaje im się, że ich dziecko jest pępkiem świata. Żeby było jasne - całego świata i dla wszystkich. Przyznam, że denerwują mnie rodzice, którzy niejako zmuszają otoczenie do zachwytów nad ich latoroślą (moim zdaniem fajne dziecko i tak obroni się samo :P) - Franek podziela moj pogląd w tej kwestii. Szczególnie, że przecież nie wszyscy dzieci lubią po prostu! My akurat należymy do grupy osób neutralno-pozytywnej :D To znaczy - nie nielubimy dzieci, ale raczej nie zwracamy na nie uwagi (chyba, że jest niegrzeczne lub głośne - wtedy nas wkurza) a już na pewno się nim nie zachwycamy. Wyjątkiem są dzieci "występujące" w rodzinie lub wśród bliskich znajomych - takimi dziećmi się interesujemy, naprawdę lubimy się nimi zajmować lub z nimi bawić, zależy nam na tym, żeby wiedziały kim jesteśmy i żebyśmy byli fajnym wujkiem i ciocią, ale w dalszym ciągu się nimi nie zachwycamy (wyjątkiem jest córeczka mojej koleżanki, którą zachwycam się ja, ale to naprawdę wyjątkowa sytuacja do opisania przy innej okazji - ale i tak nie chciałabym dostać kalendarza z jej zdjęciami w prezencie :)). No cóż - taki z nas typ, pewnie tylko nasze własne dziecko będzie w stanie nas jakoś specjalnie poruszyć...
Naprawdę lubimy Chrześniaczkę. To fajne dziecko jest. Chętnie bym się nią zajmowała częściej i z większym zaangażowaniem (gdyby tylko jej rodzice nas do niej bardziej dopuścili :)), ale mimo wszystkich ciepłych uczuć jakie mam w stosunku do niej zwyczajnie nie mam ochoty wieszać jej zdjęć na ścianie swojego mieszkania.

Cała ta sytuacja wywołała we mnie tak dziwne uczucia, że aż musiałam się tu wypisać :) 
Ale skoro już przy temacie dzieci jesteśmy, to się dzisiaj dowiedziałam, że mam do nich podejcie i że do mnie lgną - tak przynajmniej stwierdziła moja teściowa na kolejnym spotkaniu rodzinnym. Rzeczywiście ostatnio zamiast siedzieć z innymi przy stole, w drugim pokoju rysowałam z Magdą, a dzisiaj trzyletnia córeczka kuzyna Franka od razu pokazała mi wszystkie swoje zabawki i opowiedziała ich historię. Ale nie dajcie się zwieść, ja po prostu lubię się bawić, a moja infantylna natura sprawia, że dzieci widzą we mnie równego :D

piątek, 27 grudnia 2013

Łyse myśli

Kolejny przystanek - Poznań. Czyli, jak to określiła moja mama, wracamy do Warszawy na około. 
Przyjechaliśmy wczoraj na obiad. Fajnie, że akurat Dorota skorzystała z okazji i się z nami zabrała, to trochę pogadałyśmy. Jutro też jestem umówiona z nią i Juską na wieczór.
Ale dzisiaj mi trochę łyso. 
Żal mi, że już po świętach. Zawsze jest tak samo - tyle oczekiwania, a potem chwila i czar naprawdę pryska. Te święta były trochę inne niż zawsze. Choćby dlatego, że bez Rokiego :( Wspominaliśmy, jak się cieszył na prezenty pod choinką, jak nas wołał, żebyśmy już odeszli od stołu... Wiem o czym piszę! On naprawdę już w momencie, gdy zawiązywaliśmy mu jego "krawat" (czyli kokardkę) wiedział, że jest Wigilia i wiedział, że pod choinką znajdzie coś dla siebie. Kiedy za długo siedzieliśmy przy stole, zaczynał szczekać i biegł do pokoju. Nie przestawał, dopóki nie wstaliśmy i nie usiedliśmy przy choince. A potem wywęszył zawsze paczuszkę dla siebie i próbował ją otworzyć łapką...Czasami naprawdę bardzo go brak.
Ale mimo wszystko, święta były naprawdę miłe, szkoda, że krótkie.
Dzisiaj od rana byłam "w pracy". Mimo, że teoretycznie ten najgorętszy okres już minął, cały czas coś się dzieje i spokoju jeszcze nie mamy. Czekam z utęsknieniem na czas, kiedy będę mogła się trochę w pracy ponudzić :) Ale póki co, cieszę się, że nie muszę być w pracy fizycznie a jednocześnie mogę robić swoje. Czas minął mi jednak błyskawicznie. Nie wiem, czy mogłabym tak pracować zawsze - potrzebuję jednak mieć wyraźnie oddzieloną sferę prywatną od zawodowej - to jest fajne udogodnienie, ale dobrze to ktoś wymyślił, że do pracy się chodzi :D
Wracając do tego, że mi łyso. Lekki dołek mnie złapał. Sama nie wiem dlaczego. W dodatku wieczorem dowiedziałam się, że nie uda się w te święta spotkać z hiszpańską Anią :( Miałyśmy w planie się zobaczyć, ale okazało się, że nagle coś jej wypadło i już jutro rano wyjeżdża. Szkoda. Coś nam się ostatnio nie składa. Najlepiej byłoby, gdybyśmy się z Frankiem po prostu wybrali do Hiszpanii (wybieramy się już dwa lata), ale w naszej sytuacji nawet to teraz jest mało realne. Trudno :( Nie zobaczę się z dziewczynami jeszcze przez kolejne pół roku.
Ale cieszy mnie przynajmniej perspektywa jutrzejszego spotkania z Juską i Dorotą. Przyznam, że strasznie dziwna jest świadomość, że one są tuż obok - dokładnie dwa bloki dalej. Odwykłam od tego :)