*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 13 maja 2014

Czterodniowe bezrobocie z happyendem

Od czwartku Franek był bezrobotny. 
Na szczęście stan ten trwał tylko cztery dni, bo oto dziś podpisał umowę o pracę na pełny etat na trzy miesiące okresu próbnego w Nie-Zielonej Firmie! (zdecydowałam się jednak spontanicznie na tę nazwę :P) I tak - to jest właśnie ta firma, na którą liczyliśmy od samego początku, czyli odpowiednik poznańskiej Zielonej Firmy!

Franek już rok temu był tam, żeby się zorientować, jak wygląda rekrutacja itp, a papiery złożył z początkiem grudnia, ale kazali mu czekać. No i się doczekał :) A miał szczęście, bo inni kandydaci czekali ponad rok, a do niego zadzwonili już po czterech miesiącach. Zadzwonili do niego 9 kwietnia, a więc wtedy, gdy Franek był w Poznaniu i pomagał w przygotowaniach do pogrzebu babci. Musiał więc odmówić uczestnictwa w drugim etapie procesu rekrutacyjnego, który miał się odbyć dwa dni później. Ale zaproponowali mu inny termin kilka dni później. Nie wiedział na czym ma polegać ten drugi etap, a okazało się, że to był po prostu egzamin teoretyczny dla kategorii D. Nie udało się niestety Frankowi go przejść (i nikomu innemu z jego grupy), bo nie miał styczności z nowym rodzajem tych testów (w końcu zdawał egzamin już kilka lat temu) i zabrakło mu 3 punktów (jedno pytanie, na 32 można źle odpowiedzieć na 2-4, w zależności od ich wagi). Ale zakupił potem te testy w internecie i mieliśmy popołudniami rozrywkę, rozwiązując je. Ja za pierwszym razem zdobyłam ledwo połowę wymaganych punktów, a przecież prawko mam już ponad 10 lat - (okazuje się, że opanowanie techniki zdawania tego rodzaju testów stanowi przynajmniej połowę sukcesu), za to później już wymiatałam i wiem nawet, co oznaczają poszczególne kontrolki w autobusie :P

Wkrótce zadzwonili do niego, żeby znowu przyszedł na test - teraz już wiedział, czego się spodziewać i wyobraźcie sobie, że o mały włos nie oblał przez problemy techniczne! Bo zawiesił mu się komputer, a każde pytanie wygląda tak, ze wyświetla filmik i do niego pytanie i jak się tego filmiku nie zobaczy, to trzeba strzelać. Ale na szczęście się udało i został zaproszony na coś w rodzaju egzaminu z jazdy (swoją drogą to bardzo ciekawe, że ludzi, którzy jednak mają zdany egzamin państwowy na prawo jazdy kat. D i posiadają dowód na to już od paru lat oraz pracują w zawodzie i tak testują, w Poznaniu tego nie było :)) - ale z tym nie miał żadnych problemów.
Kazali mu iść na rozmowę do kadr a tam dostał skierowanie na badania i obietnicę przyjęcia na szkolenie, jeśli  badania wyjdą pozytywnie. Zbiegło się to z długim weekendem, więc trochę musieliśmy na te badania i wyniki czekać, ale ostatecznie się udało - Franek dostał zdolność (to wcale nie takie oczywiste, bo nie wszyscy przeszli te badania). Poszedł z tym wszystkim do kierownictwa i tam dostał resztę papierów i polecenie zjawienia się dziś o godzinie 8 u dyspozytora. Ale umowy nadal nie było, więc dopiero dziś możemy odetchnąć, bo już wiemy, że to pewne :))

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego się tak stresowaliśmy, skoro wszystko wygląda tak gładko... A bo widzicie, po pierwsze - przez cały ten czas trwania procesu rekrutacji Frankowi ani razu nie powiedziano, że na pewno będzie przyjęty jeśli tylko spełni warunki takie jak zdanie egazminów i pozytywne wyniki badań! Więc nie wiedział, czy jak przez to wszystko przejdzie, to już go przyjmą, i czy uczestnictwo w szkoleniu gwarantuje mu już zatrudnienie (teraz okazało się, że tak, bo szkolenie zaczyna jutro, ale np. w poprzedniej firmie dopiero po odbyciu szkolenia zatrudniano ludzi). Tak naprawdę cały czas byliśmy niepewni - bo niby wszystko zmierzało ku dobremu, ale zabrakło tego potwierdzenia, że "tak, na pewno" - widocznie w tej branży tak już mają, że przyjmują to za pewnik :) I stresują tym ludzi :P A w dodatku wczoraj zaginął nam ten jeden dokument, który Franek miał dostarczyć, ale okazało się, że skan wystarczył. Uff :) Niepotrzebnie się stresowaliśmy. Ale wiecie co? Gdybym miała gwarancję, że wszystko się poukłada pod warunkiem, że będę się wystarczająco mocno stresować to mogę podwoić ilość tego stresu! Jakoś bym to przeżyła wiedząc, że gra jest warta świeczki...

Po drugie - przez chwilę Franek trzymał dwie sroki za ogon i naprawdę trudno mu było je utrzymać. Ponieważ nie był pewny, czy tutaj coś wyjdzie, nie przyznał się w poprzedniej pracy, że stara się o posadę w innym miejscu. Musiał więc jakoś lawirować pomiędzy tymi dwoma miejscami pracy - w tym momencie przydała się umowa zlecenie tam, bo nie musiał przyjmować każdego dnia pracy. Ale pamiętacie nasz stres tydzień temu? Chodziło o to, że w czasie weekendu majowego Franek czekał na telefon z już byłej pracy, czy ma coś wpisane do grafiku na poniedziałek. Nie doczekał się, więc wróciliśmy do Podwarszawia dopiero w poniedziałek rano. I chwilę później zadzwonił do Franka planista, żeby go poinformować, że na ten miesiąc rozpisali mu grafik i... za dwie godziny ma się stawić do pracy! Franek był zmuszony odmówić i naprawdę się zmartwiliśmy, bo nie wyglądało to dobrze. Byliśmy w ogóle źli na całą sytuację, bo w innych okolicznościach bardzo cieszylibyśmy się, że wreszcie Franek "zasłużył" na grafik a nie tylko na kursy z doskoku, ale w przypadku, kiedy miał do załatwienia tyle spraw w Nie-Zielonej Firmie, nie mógł tego pogodzić (chodzi między innymi o przepisy dotyczące czasu pracy kierowcy). Ale dlaczego nie zadzwonili do niego wcześniej? Skąd niby miał wiedzieć, że ma przyjść do pracy, skoro nikt go o tym nie poinformował? (wcześniej za każdym musiał czekać na telefon) Pamiętacie, jak wtedy zdenerwowała mnie ta cała sytuacja... Dzisiaj może nie wygląda to wszystko tak źle, ale wtedy naprawdę byliśmy zmartwieni - bolało, że Franek musiał odmówić przyjścia do pracy, bo to dobrze nie wyglądało, a przecież nie wiedzieliśmy jeszcze jak będzie z nową pracą... Ale na szczęście następnego dnia Franek najpierw załatwił sprawy w nowej pracy, a później pojechał do byłej (wiem, że to skomplikowane :P) i okazało się, że udało się to nieporozumienie wyjaśnić. Choć dzisiaj to już nie jest istotne, bo w czwartek właśnie Franek rozwiązał umowę w poprzedniej pracy (Nie-Zielona Firma kazała mu to zrobić przed podpisaniem umowy u nich; no, chyba, że z tego powodu w ramach "zemsty" postanowią nałożyć na Franka karę za to, że nie zgłosił nieobecności w pracy przynajmniej 12 h przed...)

To, że Franek dostał pracę w tym miejscu, które od początku nam się marzyło - na cały etat i z perspektywą dalszego zatrudnienia po okresie próbnym (trudno traktować to inaczej, skoro umowę ma do końca lipca, a na październik zaplanowali mu urlop!), z całym zapleczem socjalnym (- jednak co firma państwowa, to państwowa...) i darmowymi biletami komunikacji miejskiej (to był dla mnie paradoks, że Franek jako kierowca autobusu, po skończeniu służby, wracając tym samym autobusem do domu musiał kasować bilet!) jest dla nas wspaniałą wiadomością! Na to właśnie czekaliśmy! I skakalibyśmy dzisiaj z radości, a później upili do nieprzytomności :P gdyby nie to, że ta najważniejsza sprawa jest nadal nierozwiązana. Cały cas nie wiemy, czy mamy tutaj przyszłość... Czy moja praca będzie nadal stabilna - bo od tego wszystko zależy... 
Więc pomimo całej tej radości nie możemy powiedzieć, że teraz już wszystko się poukłada, bo jeszcze wszystko się może zdarzyć. Ale byłoby cudnie, gdyby i u mnie wszystko poszło dobrze...  
Więc na razie uczciliśmy ten mały sukces tylko jedną butelką wina i mamy nadzieję, że to wszystko (to szczęście na drugim egzaminie teoretycznym, to znalezienie dokumentu i w ogóle zdobycie tej pracy, która była naszym celem od początku) jest wreszcie początkiem dobrej passy dla nas. Bardzo tego potrzebujemy... Bo jeśli nie to... to nie wiem co, po prostu sobie tego załamania nawet wyobrazić nie potrafię.. Lepiej więc pozostanę chwilowo w tym stanie lekkiego upojenia...

poniedziałek, 12 maja 2014

Kumulacja

Rzeczywistość chyba zaczyna mnie przerastać -  a konkretnie ta przytłaczająca ilość stresu, z którym ostatnimi czasy przyszło nam się zmierzyć. Zaczynam się zastanawiać, jaka dawka jest śmiertelna, bo chwilami mam wrażenie, że jestem u kresu wytrzymałości - że to jest po prostu nie do przeżycia! A wtedy spada na nas jeszcze jedna stresująca sprawa i okazuje się, że jednak może być gorzej. Zdumiewające, ile człowiek musi znosić.

Od czwartku żyję w stanie permanentnego stresu. Tak, wiem, coś się właśnie w czwartek miało wyjaśnić i poniekąd tak było, ale nie do końca i na ostatecznie rozstrzygnięcie musimy czekać do jutra. W zasadzie staraliśmy się być dobrej myśli, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że nie ma powodów do niepokoju, ale dziś rano okazało się, że nie mamy jednego dokumentu, który jest  potrzebny :( Nie mamy pojęcia, co się z nim mogło stać, bo raczej mamy porządek w papierach, przeszukaliśmy wszystko i po prostu nie ma. Zresztą nie dziwi mnie to, bo w ostatnich miesiącach tyle razy robiłam porządek w naszych szpargałach, że gdyby był, to na pewno bym, się na niego natknęła. Franek dzwonił do mamy, ale powiedziała, że w Poznaniu też nie ma, jeszcze ja zadzwonię do swoich rodziców popołudniu, ale tylko tak dla formalności, bo to po prostu niemożliwe, żeby znalazło się w Miasteczku - dopiero co tam byliśmy, rzuciłoby sie nam w oczy, że jakimś cudem leży tam tego rodzaju papier. :( 
Okazuje się więc, że nawet pozornie sprawa pewna może stanąć pod znakiem zapytania i nie wiem, co wtedy będzie.

W dodatku chyba sobie wykrakałam ten czwartek, bo właśnie wtedy dowiedziałam się jeszcze o tym, że prawdopodobnie zaczyna się coś dziać w innej kwestii, która wisi nad nami od prawie roku. Być może ten tydzień będzie rozstrzygający - a być może nie, bo wszystko owiane jest tajemnicą i to jest chyba najgorsze, że sama nie wiem, czego się spodziewać - i czy czegoś w ogóle, a w takiej sytuacji można sobie wyobrazić dosłownie każdy scenariusz.
Racjonalny argument w postaci tego, że nie mam absolutnie żadnego wpływu na to, co się wydarzy, nie pomaga, choć oczywiście próbuję sobie go wtłoczyć do głowy kilka razy dziennie. Oboje z Frankiem chodzimy jak struci, bo mamy świadomość, że być może właśnie ważą się nasze losy, a my nie możemy kompletnie nic zrobić (chyba poza modleniem się). Niepewność jest straszna, wydawało mi się, że to najgorsze, co może być. Ale w obecnej sytuacji już wcale nie jestem taka pewna - prawda jest taka, że teraz najgorsze byłoby, gdyby sie okazało, że wieści są złe. To przerażające, bo to już by było za wiele, nie wiem, jak bym sobie z tym poradziła. Staram się o tym nie myśleć, bo to i tak nie ma sensu, ale myśli o tym, że w ogóle być może coś się dzieje już nie umiem odpędzić.

Miałam ochotę odwołać miniony weekend, żeby tylko czas szybciej mijał. W czwartek popołudniu byłam w takim stanie, że tylko siedziałam i gapiłam się bezrefleksyjnie w telewizor (nie pytajcie, co "oglądałam") - dosłownie sparaliżowana stresem. Nie wyobrażałam sobie tak funkcjonować przez kolejne kilka dni. Ale na szczęście w weekend jakoś daliśmy radę ruszyć się na miasto i całe dnie spędziliśmy poza domem. Nie twierdzę, że zapomnieliśmy, ale przynajmniej trochę przyjemności udało nam się zaczerpnąć.
<UWAGA! Dokładnie w tym momencie zadzwonił Franek, żeby powiedzieć, że znalazł się ten dokument! Teść znalazł w swoich papierach! Przynajmniej trochę mi ulżyło. Niech to będzie dobry znak! I niech wystarczy skan, bo oryginał dotrze najwcześniej pojutrze..>

No to macie notkę pisaną na żywo :) Odrobinę poprawił mi się nastrój. Co nie oznacza oczywiście, że cały stres wyparował, ale przynajmniej nie mam poczucia, że los nam ciągle rzuca kłody pod nogi. Ta kumulacja stresów, która na nas teraz spadła jest naprawdę nie do zniesienia. Żeby tak jeszcze człowiek wiedział, że może być dobrej myśli.. Ale nie wie, bo wszystko się może zdarzyć.
Echh, nie wiem, jak to wytrzymam. 

Na pewno jak już wszystko będzie jasne, to się o tym dowiecie- przecież zawsze prędzej czy później tak jest. Ale nie piszę wprost, bo skupiam się bardziej na tym, co czuję i jak mi niewygodnie z tymi uczuciami. Poza tym, jak już wspomniałam wyżej, nawet dla mnie wiele spraw jest niejasnych, więc zapewniam Was, że absolutnie nie chodzi mi o żadną gradację napięcia. Po prostu nie mam ochoty rozpisywać się na temat czegoś, co być może za moment okaże się już nieaktualne i będę musiała wszystko odkręcać. Dopóki nie będe mogła napisać - wóz albo przewóz, nie chce mi się zagłębiać w temat jeszcze i tutaj, bo wystarczy, że "przedawkowujemy" go cały czas z Frankiem w głowach i w rozmowach między sobą...