*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 24 maja 2015

Dzień Idealny. I inne.

Wikuś zrobił nam pobudkę o piątej - wierzgał wesoło nóżkami, gadał po swojemu, widać było, że nie chce mu się już spać. Na szczęście udało się go jeszcze około szóstej na jakąś godzinkę ululać. Wstaliśmy o siódmej. Ubrałam siebie, potem jego. Następnie Wiking wylądował w łóżeczku gdzie oglądał sobie karuzelę, a ja usadowiłam się obok z książką i jadłam śniadanie. Po mniej więcej godzinie Wikuś zasygnalizował zmęczenie, więc szybko, łapiąc ten moment wpakowałam go do wózka i bujając go, czytałam książkę (wykorzystuję każdy moment na czytanie :)). Długo to nie trwało - po pięciu minutach spał i obudził się za  1,5 godziny. Nakarmiłam go i przez jakiś czas siedział na bujaczku albo leżał na macie. Miałam parę rzeczy do zrobienia, więc kiedy zaczął marudzić, zawiązałam go w chustę i na przykład wieszałam pranie. Po krótkim czasie znowu usnął, nie rozwiązywałam go, żeby się nie obudził, więc nosiłam go tak przez dwie godziny. To znaczy nie tylko nosiłam, bo również siedziałam przy komputerze, a on sobie spał przywiązany do mnie :)
Później przyszedł czas na "gry i zabawy". Wikuś leżał na macie edukacyjnej i na puzzlach piankowych i przez naprawdę długi czas zajmował się sam sobą - godzinę, może trochę dłużej. Ja w tym czasie siedziałam obok i szydełkowałam oglądając seriale w internecie. Franek robił drugie danie (zupę przygotowałam wcześniej). Jeszcze trochę pozabawialiśmy synka i we trójkę wyszliśmy na spacer. Podczas gdy Wiking spał, my poszliśmy na lody. Spacerowaliśmy około godziny i wróciliśmy, a wtedy dziecko nam się obudziło.  Ale Wikuś był w całkiem dobrym humorze, siedział na bujaczku i oglądał z tatą jakiś film animowany :P A potem bawili się razem na macie piankowej, Franek poczytał mu bajeczki, powygłupiał się z nim i tak zleciał czas do kąpieli. Przed kąpielą, jak zwykle masażyk od mamusi i całuski od tatusia :P a potem jedzenie i do łóżeczka! Jeszcze chwila usypiania - pozytywka, jakaś krótka bajeczka, buzi w czółko i spać. Posiedziałam jeszcze chwilę przy Wikusiu aż zasnął i od 20:00 mieliśmy z Frankiem chwilę dla siebie.

Albo:
Obudziłam się krótko przed siódmą, ze zdziwieniem stwierdziwszy, że Wiking dopiero się budzi. Poleżeliśmy sobie razem jeszcze do ósmej, "rozmawiając" trochę i wygłupiając się. Później, jak zwykle mycie, ubieranie i śniadanie. A potem "czas wolny" - Wikuś bawił się przez godzinę najpierw w łóżeczku, potem kolejną godzinę w wózku. Nie chciało mu się wcale spać, ale nie zmuszałam go, bo leżał sobie spokojnie, chwytał swoje zabawki, gadał i śmiał się sam do siebie. Ja tylko od czasu do czasu pomachałam mu jakąś zabawką, porozmawiałam z nim lub się pouśmiechałam, ale ogólnie mogłam zająć się swoimi sprawami. Dopiero niedługo przed południem zmęczył się na tyle, żeby udać się na krótką drzemkę. Po niej znowu był czas na zabawę - tym razem na macie. Później wyszliśmy na spacer, po którym Wiking spał jeszcze około godziny. Popołudnie spędziliśmy już we trójkę, na zmianę z Frankiem zabawialiśmy małego, żeby nie zasnął przed kąpielą. Ponieważ tego dnia w ogóle spał niewiele, to oczka zamykały mu się już przy jedzeniu, a kiedy skończył odłożyłam go do łóżeczka i na chwilę wyszłam z pokoju po pieluszkę. Kiedy wróciłam Wiking już spał - nawet smoczek nie był mu potrzebny :))

To są właśnie dwa przykładowe Dni Idealne, które się nam od czasu do czasu przydarzają. Oczywiście są jeszcze inne warianty. Generalnie te dni wcale nie różnią się jakoś bardzo od innych, ale po prostu wszystko ładnie układa nam się czasowo i idzie bardzo sprawnie, niemal jak w zegarku :) Mały nie jest szczególnie marudny, zasypia, kiedy jest zmęczony, a kiedy nie jest, bawi się sam lub z nami, poza tym daje się zagadać i gdy z jakiegoś powodu zaczyna stękać, to łatwo udaje nam się jego uwagę od  tego powodu odciągnąć :) Nie dzieje się wtedy nic nadzwyczajnego i nawet trudno mi powiedzieć, dlaczego określam je mianem idealnych. Chodzi naprawdę o niuanse. Bo nie oznacza to, że na przykład Wiking przez cały dzień ani razu nie zapłacze albo, że nie zaliczamy żadnej wpadki jakiegokolwiek rodzaju. Dzień Idealny charakteryzuje się przede wszystkim tym,  że pod jego koniec oboje z Frankiem stwierdzamy, że jakby zawsze było tak jak dzisiaj, jakby Wikuś był zawsze taki jak dzisiaj, jakby zawsze się tak wszystko układało, to byłoby idealnie :)
Oprócz Dnia Idealnego występują jeszcze:
Dzień Dobry - to Dzień Idealny, podczas którego niestety jakąś wpadkę zaliczamy my (na przykład przegapimy moment, kiedy Wiking się czegoś domaga - nie położymy go w porę spać albo spóźnimy się z karmieniem i synek uderza w dziki wrzask), kiedy Wikinga dopada jakiś zły humor i nagle zaczyna bardzo marudzić, nie daje się w żaden sposób uspokoić i nic go nie bawi albo kiedy ma jakiś atak bólu. Ogólnie te dni są bardzo dobre, ale wolelibyśmy, żeby dany incydent się nie powtórzył :)
Dzień-Za-Dniem - tych dni jest najwięcej. To taki dzień, jak co dzień. Raczej dobry. Wszystko idzie nam mniej więcej zgodnie z planem, trzymamy się jako takiej rutyny. Od czasu do czasu zdarza się jakieś marudzenie albo nawet histeria, ale dość sprawnie jesteśmy w stanie to opanować. Jestem w stanie zazwyczaj zająć się swoimi sprawami, ale sporo czasu muszę też poświęcić dziecku - co jest jednak raczej zrozumiałe i naturalne :) Taki dzień mija zazwyczaj niezauważony i nie poświęcamy mu większej uwagi :) Czasami dopada mnie w takim dniu poczucie bezcelowości i znudzenia. Jeśli to uczucie jest szczególnie intensywne i przechodzi we frustrację, mamy już do czynienia innym dniem. Jest to mianowicie:
Dzień Słaby - może być słaby, bo dopadły mnie wspomniane przed momentem uczucia albo dlatego, że Wiking ma jakiś zły humor, albo po prostu się jakoś nie zgrywamy. W takie dni niektóre zwyczajne rzeczy mnie denerwują. Albo denerwują Wikinga. Bywa, że kiepsko nam się wszystko układa - np. Wiking nie może długo zasnąć albo jedzenie mu nie idzie, albo jest nieodkładalny, nie chce się bawić, nic go nie interesuje itp, itd. A czasami sporo histeryzuje, nawet w sytuacjach, które nie są histeriogenne.
Dzień-Skończ-Się - no taki dzień już chyba komentarza za bardzo nie wymaga :) Od czasu do czasu nam się zdarza, ale na całe szczęście niezbyt często  Nic wtedy nie idzie, wszystko jest do góry nogami, dużo ryczę, Wiking też. Ogólnie wszyscy jesteśmy nerwowi i marzymy o tym, żeby ten dzień się już nie powtórzył.

Życzyłabym sobie jak najwięcej Dni Idealnych, ale nie pogardzę sporą ilością Dni Dobrych, bo zbyt dużo tych Idealnych groziłoby ich spowszednieniem i stałyby się tymi Dniami-Za-Dniem :) Ale jeśli już o nich mowa, to i tak nie narzekam, że jest ich najwięcej, bo jak już wspomniałam, są raczej dobre :)

Nie no, zwariowałam, żeby na taki głupiutki temat taką notkę wysmarować :P

piątek, 22 maja 2015

Dzień po Dniu Idealnym

Dziś jest jeden z tych dni. Tych trudniejszych. Tych dni po Dniu Idealnym. Ale nie jest to gorszy dzień Wikinga, tylko mój. Coś się takiego dzieje w mojej głowie, że budzę się rano i stwierdzam, że jest mi jakoś źle, że nie mam na nic ochoty, że jestem wyjątkowo zmęczona i chciałabym świętego spokoju. Problem w tym, że matka raczej sobie nie może pozwolić na ten święty spokój, ani na to, żeby powiedzieć do synka - nie chce mi się, ululaj się/nakarm się/zajmij się sobą sam.
Takie dni objawiają się tym, że mam w sobie nieco mniej cierpliwości. I nie chodzi o to, że się wściekam na tego małego Stworka i że irytuje mnie jego zachowanie, tylko czynności, które normalnie nie sprawiałyby mi żadnego problemu, dziś są dla mnie bardziej uciążliwe. No bo na przykład - kiedy wstaliśmy, ubrałam siebie i Wikinga, potem położyłam go do łóżeczka, gdzie sobie przez jakiś czas dokazywał. Później trochę zaczął marudzić, co zazwyczaj oznacza, że jest już zmęczony i trzeba pomóc mu zasnąć (np. siedząc obok, podając smoczka albo pieluszkę do rączek, bujając wózkiem itp), a czasami, że chce, żeby poświęcić mu trochę uwagi (pogadać do niego, pomachać grzechotką...) - normalnie robię po prostu to, co do mnie należy, nie zastanawiając się nad tym szczególnie. A dzisiaj, kiedy nie zasnął po pięciu minutach, poczułam się tak zwyczajnie zmęczona, jakbym opadła z sił. Chciałam po prostu zjeść w spokoju śniadanie (nigdy nie jem z doskoku, nie znoszę tego, więc dopóki nie wiem, że będę miała te 5-10 minut dla siebie, bo np. Wikuś ogląda swoje zabawki, to się za jedzenie nie zabieram), usiąść na tyłku i przeczytać do końca rozdział w książce. Czasami tak po prostu mam. I kiedy dociera do mnie, że nie mam w tej chwili możliwości spełnienia swojej zachcianki, narasta we mnie lekka frustracja.
Na szczęście dziś nie zdążyła, bo tak się fajnie złożyło, że dzisiejszy dzień Franek ma wolny. Poszedł rano po pieczywo, zrobił mi śniadanie i kazał je zjeść, a sam przejął wózek z Wikingiem. Podczas gdy jadłam, piłam herbatę i czytałam, on jadł, przemawiając do Wikinga i zabierając się za odkurzanie (Franek nie potrzebuje świętego spokoju, żeby zjeść, potrafi jeść na stojąco, "idąco" i w warunkach polowych). Później, kiedy ja poszłam do łazienki, gdzie spędziłam dokładnie 35 minut nakładając maseczkę błotną, robiąc sobie peeling, pozbywając się zbędnego owłosienia i nadal podczytując między jednym a drugim zabiegiem (czytam teraz Przyjaciółki Dorothy Koomson i się wkręciłam), Franek uczył Wikinga jak się odkurza, zmywa i sprząta. Kiedy wyszłam, mały akurat miał dość i postanowił się zdrzemnąć. Zasnął w ciągu pięciu minut i dzięki temu mogłam w spokoju wysuszyć włosy, odciągnąć pokarm, poczytać i jeszcze napisać tę notkę (choć na ten moment oczywiście jeszcze nie wiem, czy będzie mi dane ją skończyć za pierwszym podejściem :)).
Franek mnie na razie uratował. Chociaż oczywiście to jeszcze wczesna godzina, więc nie wiem, jak się sytuacja rozwinie, ale już nie jest najgorzej :)

Dlaczego napisałam, że to dzień po Dniu Idealnym? Raz na jakiś czas zdarza się, że cały dzień układa się świetnie, Wikuś jest w dobrym humorze, wszystko idzie nam sprawnie i bez wpadek. Nie to, że ten dzień jest dobry, on jest po prostu idealny. Mimo, że doskonale wiem, że każdy z dni jest inny, łudzę się, że ten kolejny będzie tak samo idealny (chociaż wiem, że nie będzie, ale nadal się po cichu łudzę). Nie jest, ale stwierdzam, że przecież zawsze może się zdarzyć dzień gorszy i nie psuje mi to w żaden sposób nastroju. A potem następuje pojutrze po Dniu Idealnym albo dopiero popojutrze i wtedy właśnie bywa, że czuję się jak dętka, z której uszło powietrze, bo wiem, że Dzień Idealny się nie powtórzy ani dziś ani pewnie jutro. 
Cały figiel polega na tym, że Wiking niekoniecznie jest wtedy bardziej absorbujący, marudny, czy wymagający. Bywa, że jest w całkiem dobrym humorze  - na przykład dzisiaj, kiedy razem z Frankiem odkurzał i zmywał, to się cały czas śmiał w tym wózku. Do mnie zresztą też, kiedy wyszłam na chwilę z łazienki. (Chociaż po prawdzie to nie wiem, czy śmiał się do matki, czy z matki i jej sino-zielonej gęby, bo trochę mi na to drugie wyglądało :P). Nie histeryzuje, nie jęczy, jest dość układny. Stąd właśnie wiem, że to nie jest jego gorszy dzień tylko mój. Cóż, bywa i tak.
Dziś jest właśnie jeden z tych dni. Ale mam nadzieję, że nie muszę jeszcze spisywać go na straty. Fakt, że właśnie piszę ostatnie zdanie tej notki, a Wikuś nadal śpi, wezmę za dobrą monetę :)