*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 30 stycznia 2016

Przy sobocie.

Pisałam ostatnio, że nie wiem, czy będę jeździć w soboty z Wikingiem na zajęcia sama, bo dojazd komunikacją miejską jest trochę gorszy i nie wiem, jak Wikuś go zniesie. 
Nie byłabym sobą, gdybym odpuściła :) Oczywiście musiałam ten dojazd przetestować i pojechaliśmy. I teraz już wiem, że nawet pomimo tego, że może wychodzić nawet ponad godzinę w jedną stronę (bo to zależy od tego, czy połączenia nam się skomunikują) to będziemy jeździć :) Trochę się bałam, czy się Wiking nie będzie niecierpliwił siedząc tyle czasu w autobusach albo tramwajach, ale okazało się, że zachowuje się wzorowo :) Siedzi grzecznie, rozgląda się i obserwuje. Korciło go, żeby nacisnąć guzik służący niepełnosprawnym, ale pokręciłam głową, że nie i odpuścił. Za chwilę znowu wyciągnął rączkę i sam pokręcił głową, że nie wolno ;P Jak go jazda znużyła, to sobie przysnął. W każdym razie podróż przebiegła nam bez żadnych komplikacji. A ja sobie poczytałam :)
Na zajęciach Wiking był w doskonałym humorze i wszystkich zaczepiał. Inni rodzice dziwią się nawet, że on taki kontaktowy jest i nie boi się obcych. Ale po prostu towarzyskie dziecko mamy i kiedy wokół jest dużo ludzi, on jest w swoim żywiole.
Fakt, że przez taki wypad pół soboty mamy z głowy (wyszłam z domu po 10 i wróciłam po 15), ale muszę powiedzieć, że jest to dla mnie taka przyjemność (a jak jeszcze jest tak piękna pogoda jak dziś, to już w ogóle!), że wcale nie patrzę na to w tych kategoriach, bo po prostu odpoczywam w ten sposób. Przyznam, że nie sądziłam, że tak bardzo można cenić sobie czas spędzany poza domem z dzieckiem. Zawsze to lubiłam i cieszę się, że nawet teraz, kiedy pracuję, mam taką możliwość. Po prostu w domu jest trochę inaczej - zawsze jest coś do zrobienia albo coś nas rozprasza. A kiedy wychodzimy, to jest to czas tylko dla nas, może to dziwne, ale czuję wtedy, że więź między nami jest najsilniejsza - niezależnie od tego, czy jesteśmy tylko we dwoje, czy razem z Frankiem (wtedy jest jeszcze lepiej, bo całkiem rodzinnie).

A tak poza tym, to chciałam napisać, że mam już dość zimy i bardzo chciałabym, żeby już zostało tak, jak teraz :) Kiedy wraz z początkiem roku przyszła zima z silnymi mrozami, pomyślałam sobie - "no dobra, niech jej będzie, nie jest tak źle, raz w roku można przeżyć..." Myślałam tak sobie również, kiedy mróz trochę odpuścił, za to zrobiło się biało. Ale co za dużo to niezdrowo - tydzień mrozu i tydzień śniegu wystarczy :)  Trzeci zimowy tydzień działał mi więc już na nerwy. Podtrzymuję, że zima mogłaby dla mnie nie istnieć! I nikt mnie nie przekona, że byłoby nudno albo że zima może być fajna... Wiem, ze zimy w ostatnich latach to i tak nie zimy (i bardzo dobrze!), ale ja to bym chciała, żeby temperatura w ogóle nie spadała poniżej 10 stopni. 
Dzisiaj było tak pięknie! Właściwie wiosennie - ciepło i słonecznie. I świat od razu lepiej wygląda. Cieszyłabym się, gdyby już tak zostało, ale niestety słyszałam, że zima ma jeszcze wrócić w lutym :/ Poza tym od paru tygodni zauważyłam taką prawidłowość, że sobota jest piękna, a niedziela szara bura i ponura... Ciekawe jak będzie jutro, ale raczej spodziewam się podtrzymania tej tendencji...

czwartek, 28 stycznia 2016

O pracy przemyślenia.

Ostatnio przyszłam do pracy z myślą, że tego dnia pewnie będę się nudzić, bo wiedziałam, że cały dział ma być na szkoleniu. Szkolenie dotyczyło technik sprzedaży, więc oczywistością dla mnie było, że mnie nie dotyczy. Myliłam się jednak, bo okazało się, że też mam brać w nim udział. Kiedy przekonałam się, że to nie oznacza, że teraz będą kazali mi cokolwiek komuś sprzedawać (nigdy w życiu! obsługiwanie od czasu do czasu pojedynczych klientów w sklepie stacjonarnym, którzy wiedzieli po co przyszli, to jednak coś innego, a i tak tego nie lubiłam), to się nawet ucieszyłam. Fajnie, że nie zostałam pominięta, tylko potraktowano mnie jak pełnoprawnego członka zespołu, który też ma prawo się czegoś nauczyć.
To jest rzeczywiście w tej firmie fajne, że uczestniczę w tylu szkoleniach. Tak się złożyło, że trafiłam do działu, w którym nigdy bym siebie nie widziała, ale dzięki temu uczę się naprawdę wielu rzeczy. Jak tak dalej pójdzie to będę naprawdę bardzo wszechstronna za parę lat :P Nie dość, że studiowałam zupełnie coś innego, to jeszcze doświadczenie zawodowe mam co rusz z innej branży i zajmuję się za każdym razem czymś nowym...

Ale ogólnie na razie z tą pracą to jest tak, że nie umiem za wiele na jej temat powiedzieć :) Jest ok, ale czuję lekki niedosyt. Myślę, że wynika to głównie z tego, że jestem w tym wypadku niecierpliwa i chciałabym wszystko już/teraz/natychmiast…
Mam na myśli to, że jest mi dziwnie, że nie znam wszystkich procesów, które tu zachodzą, że jeszcze nie do końca zapoznałam się ze specyfiką nowego miejsca pracy no i że jest po prostu inaczej, niż w poprzedniej pracy - co jest przecież czymś oczywistym.

Moja rola tutaj chyba też jeszcze nie do końca określona. To znaczy jest, ale zbyt ogólnie. Nie mam na razie typowego zakresu obowiązków. Wykonuję zadania dorywczo - niektóre wejdą już do mojej rutyny na stałe, inne mają być takim badaniem gruntu przeze mnie. Niektórych rzeczy na razie nie mogę robić, bo czekam jeszcze na przyznanie kodów dostępu itd. 
W ogóle sprawa wygląda tak, że cały ten dział jest dość świeży. Nawet szefowa pracuje dopiero od listopada. Ma to oczywiście swoje dobre strony - większość osób jest nowa, więc wszyscy dopiero się poznajemy i wszyscy czujemy się podobnie (chociaż z tego co się zorientowałam, tylko ja zostałam przyjęta na skutek rekrutacji zewnętrznej, inne osoby były z polecenia albo z rekrutacji wewnątrz firmy, przyszły z innych oddziałów). Z drugiej strony, niestety w spadku po poprzednikach dostaliśmy totalny bałagan i trudno jest się w tym wszystkim odnaleźć. Mnie, jako skrupulatną perfekcjonistkę oczywiście to dobija.
Ale z drugiej strony przypominam sobie, jakie były moje początki w poprzedniej firmie… I dochodzę do wniosku, że bardzo podobne. Też początkowo czułam się zagubiona i zdezorientowana. Nikt nie umiał powiedzieć mi, czym właściwie się będę zajmowała (założenia oczywiście były - zresztą podobnie jak tutaj, ale w praktyce wdrożenie ich okazywało się trudniejsze), wszystko musiałam sobie układać sama stopniowo i trwało to dość długo. Po roku znałam już wszystkie tryby tej maszyny, po dwóch latach okazałam się na tyle niezastąpiona, że zaproponowano mi kierownictwo a po trzech wszyscy chcieli ze mną pracować, bo wiedzieli, że ja to „solidna firma”.
I właśnie brakuje mi tego trochę teraz. Brakuje mi tego, że znam wszystkie procesy, wiem co się dzieje z każdym jednym zamówieniem, bo każde przechodziło przez moje ręce na wcześniejszym lub późniejszym etapie. Denerwuje mnie, kiedy ktoś zadaje mi jakieś pytanie, a ja nie wiem, jak na nie odpowiedzieć i dopiero zastanawiam się, gdzie tą odpowiedź uzyskać. Przeszkadza mi to, że nie mogę się wykazać - nie jakąś wybujałą ambicją, niespotykaną kreatywnością albo przedsiębiorczością tylko swoją drobiazgowością, systematycznością i zorganizowaniem. To są rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka i długo trwa, zanim inni będą w stanie je zauważyć i docenić. Mam nadzieję, że będę miała czas na to, żeby jeszcze pokazać, na co mnie stać.

Na szczęście wygląda na to, że znowu trafiłam na fajną przełożoną. Już na rozmowie kwalifikacyjnej zrobiła na mnie dobre wrażenie, a teraz je podtrzymuję. Przede wszystkim podoba mi się jej podejście do ludzi, widać, że w każdym pracowniku widzi osobę z własną historią i życiem prywatnym a nie trybikiem w maszynie. Dla mnie, jako osoby, która choć angażuje się w swoją pracę w ponad 100%, ale jednocześnie dba o to, żeby mieć czas dla siebie i rodziny i nie przesiadywać po godzinach, kiedy nie jest to absolutnie konieczne, bardzo ważne było to, że na pierwszym oficjalnym spotkaniu pracowników powiedziała, że nie chce, żebyśmy wykonywali swoją pracę kosztem rodziny. To jednak wiele mówi o pracodawcy.  Poza tym widzę, że jest to typ człowieka, który lubię - z którym można pogadać szczerze o tym, co się podoba ale też o tym, co gryzie. Cieszy mnie to, bo ja lubię, kiedy mogę do kogoś iść i powiedzieć co myślę. Wczoraj nawet skorzystałam już z tej możliwości i odbyłam krótką pogawędkę sam na sam z szefową:)
Ludzie też się wydają w porządku, choć oczywiście dopiero za parę miesięcy będę mogła mówić, że mam na ich temat wyrobioną jakąś rzetelną opinię. 
Jak już wspominałam, pierwsze koty za płoty, poczucie wyobcowania minęło dość szybko i chociaż są jeszcze momenty, kiedy czuję się lekko nieswojo, to minęło już to pierwsze skrępowanie. Z drugiej jednak strony z lekką zazdrością spoglądam na te osoby, które pracują ze sobą już dłużej i choć są z różnych działów, spotykają się w kuchni na pogaduszkach albo wychodzą razem na obiad i widać, że się kolegują (choć oczywiście nie wiem, na ile bliskie są te znajomości). Ja dotychczas w pracy nigdy nie nawiązywałam bliższych relacji i tylko w pierwszej firmie u J. miałam koleżankę, z którą gadałyśmy o różnych sprawach (ale nie spotykałyśmy się nigdy po pracy) a z kolei w ostatniej firmie od czasu do czasu razem z Frankiem spotykaliśmy się z Kasią i jej mężem na gruncie prywatnym. Nigdy też mi tego nie brakowało, bo generalnie jestem wyznawczynią teorii, żeby w życiu mieć kilka różnych ważnych sfer, które zanadto się ze sobą nie mieszają. Ale nie powiem, miło byłoby złapać z kimś kontakt na tyle, żeby móc pogadać nie tylko o pogodzie i sprawach służbowych. Czas pokaże, czy to będzie możliwe, ale nie będę specjalnie o to zabiegać. Bylebym tylko nie była odludkiem, ale ta z kolei skrajność chyba raczej mi nie grozi :)

Tak to mniej więcej teraz wygląda. Nie mogę mówić o tym, że uwielbiam moją nową pracę, ani też, że jej nie lubię, bo mam za mało danych. Ale jestem tu dopiero trzy tygodnie, więc wiem, że po prostu muszę uzbroić się w cierpliwość, choć to bywa trudne :) W każdym razie widzę, że powoli zaczyna się wszystko rozkręcać i chyba lada moment rzeczywiście może być tak, ze nie będę miała w co ręce włożyć. Tylko na razie to wszystko jest chaotyczne i słabo zorganizowane, ale chyba od tego tu jestem, żeby to poukładać :)

W każdym razie, pomimo drobnych wątpliwości, zdecydowanie dostrzegam plusy mojej obecnej sytuacji. Przede wszystkim doceniam to, że mam pracę, która oferuje mi dużo możliwości rozwoju - choćby poprzez zdobywanie nowych doświadczeń i umiejętności. Poza tym przecież tego zawsze chciałam - spełnienia na gruncie prywatnym i zawodowym, żyć tak, aby po prostu łączyć jedno z drugim. I nawet mimo tego żalu, który odczuwam za czasem spędzonym w domu z Wikingiem, wiem, że tak jest lepiej dla nas wszystkich. No i jest jeszcze jeden ogromny plus - codzienne przynajmniej 40 minutowe (a zazwyczaj jest to godzina) sam na sam (i z resztą pasażerów komunikacji miejskiej, ale kto by się tym przejmował :P) z książką! Bo oczywiście skoro dojeżdżam kolejką i tramwajem, to obowiązkowo w torebce mam książkę. Jestem w stanie podczas dojazdów do i z pracy przeczytać przynajmniej 50 stron dziennie a to korzyść dla mnie ogromna :)

Zobaczymy, jak to się poukłada. Mam nadzieję, że wszystko będzie się rozwijało i pójdzie w dobrym kierunku, a za trzy (już właściwie dwa) miesiące moja umowa zostanie przedłużona. Najbardziej zależy mi na tym, żebym czuła, że to co robię ma sens, że jestem komuś potrzebna i moja praca jest szanowana i doceniana. I żebym się nie stresowała, bo to jest chyba najgorsze. Oczywiście, wynagrodzenie też jest istotne - dobrze, kiedy jest się docenionym również finansowo :) 
Na razie tyle mogę napisać w odpowiedzi na Wasze pytania „jak w pracy” i realizując własną potrzebę wygadania się na ten temat:)