*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Eh, wszystko biegiem…
Od wczoraj wszystko biegiem załatwiam a trochę tego jest. Bo ja chyba
za dużo rzeczy na raz bym chciała robić. Cóż, taka już jestem. A jutro
to już nie będzie bieg, tylko prawdziwy sprint. Idę do pracy. Powinnam
skończyć po 15, ale zrobię wszystko żeby wyjść około 13. Bo na 18:30
muszę już być gotowa, a mam zamiar zakręcić sobie włosy, zrobić makijaż i
takie tam wiadome sprawy. Wczoraj Franek nie mógł się zdecydować na
żadną z moich kreacji, więc odesłał mnie do swojej mamy. Najpierw
oglądała mnie moja mama, potem Franuś, potem mama Franusia. I nadal
jednoznaczności nie ma
To znaczy wybór został ograniczony już do dwóch kiecek. I chyba wezmę
obie i w zależności od temperatury panującej na sali ubiorę jedną albo
drugą. Podobno od przybytku głowa nie boli
A
tymczasem spotkałam się dziś z moją koleżanką, która przyjechała na
święta z Hiszpanii, gdzie studiuje. Przyjechała ze swoim chłopakiem,
Hiszpanem. Nie przepadam za Hiszpanami, (ale to już historia na inną
notkę :)) ale on zrobił na mnie od razu dobre wrażenie. Fajny jest.
Bałam się jak będzie wyglądało to spotkanie – pomyślałam, ze głupio
będzie jeśli my dwie Polki będziemy gadać po hiszpańsku o rzeczach, o
których normalnie baby rozmawiają w takich okolicznościach. Z drugiej
strony on nie rozumie po Polsku… Ale okazało się, że wszystko wyszło
dość naturalnie. Manolo dał nam chwilę na plotki, ale przez większość
czasu rozmawialiśmy we trójkę. Lolo mnie bardzo zaskoczył, bo
powiedział, ze kiedy mówię po hiszpańsku, nie słychać obcego akcentu
Nie licząc kursu, nie rozmawiałam w tym języku prawie od roku, więc jestem bardzo z siebie zadowolona
No i zaczęłyśmy sobie powoli planować jakiś wypadzik do Barcelony na parę dni… Ale na razie ciii…
Nie
wiem, czy uda mi się jeszcze jutro tu zajrzeć, więc już teraz życzę Wam
moje drogie wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Przede wszystkim
spełnienia marzeń i aby obfitował on w szczęśliwe wydarzenia. Żeby nie
było za różowo, życzę Wam jednak od czasu do czasu jakiegoś zmartwienia w
postaci złamanego paznokcia, czy braku pomysłu na obiad, aby łatwiej
Wam było docenić każdą piękną chwilę:) Niech rok 2009 oczywiście będzie
lepszy od minionego
Okazało
się, że powrót do rzeczywistości nie był aż tak traumatyczny jak się
tego obawiałam… I jest to głównie zasługa Franusia, który zrobił mi
niespodziankę – zamienił się z kimś i poszedł do pracy na dniówkę a nie
na nockę i o 18 był już w domu. To, że nie spędzę wieczoru sama
nastroiło mnie dość optymistycznie. W dodatku jechało mi się wczoraj
bardzo dobrze. Wbrew temu co mówili, że będą korki, wzmożony ruch i
takie tam, droga była prawie pusta. Jeszcze nigdy nie jechało mi się tak
dobrze – raz tylko trafiłam na jakąś zawalidrogę, która cały czas
jechała sześćdziesiątką a wyprzedzić się akurat nie dało :/ Ale tak poza
tym to pobiłam rekord
Jeszcze nigdy nie dojechałam tak szybko do Poznania, ba! Nawet mojemu
tacie ani wujkowi się nie udało zejść poniżej trzech godzin. A ja oto
pokonałam 200km w dwie godziny i pięćdziesiąt minut. I wcale nie
pędziłam.
Franuś
przyszedł na parking i pomógł mi ze wszystkimi tobołami. Zabraliśmy się
za jednym razem. Sama musiałabym obrócić przynajmniej ze trzy. A potem
pomógł mi się rozpakować. Zajęło nam to pół godziny. Sama robiłabym to
dwa dni
Wywaliłabym wszystko naraz a potem nie wiedziałabym co zrobić z tym
bałaganem. A resztę wieczoru spędziliśmy… grając w „Hamburgera”. To taka
gra planszowa – w czasie świąt razem z siostrą zeszłyśmy do piwnicy i
znalazłyśmy tam mnóstwo skarbów z naszego dzieciństwa. Między innymi
gry. Oj fajnie było się tak cofnąć. Świetnie się z Franusiem bawiliśmy
przy tym – jak dzieciaki
I śmiechu dużo było. Więc nie miałam w ogóle czasu się smucić. Chyba
pierwszy raz od czterech lat nie złapałam doła po przyjeździe z domu po
świętach. Syndrom przedszkolaka się nie pojawił. A najlepsze, że ten
nastrój utrzymuje mi się do dziś. I mimo, że mam mnóstwo papierkowej
roboty w pracy, jakoś mi wszystko dobrze idzie.
Jak
przyjechałam Franuś cały czas mi się przyglądał. Mówił, że tak dawno
mnie nie widział i zapomniał, że taka śliczna jestem. On mi też wydał
się jakiś taki przystojniejszy niż go zapamiętałam
Chyba jednak trochę się stęskniliśmy za sobą
Bo ze mną to jest tak, że zawsze tęsknię przez pierwsze dni. Potem się
przyzwyczajam i oswajam z myślą, że nie ma kogoś przy mnie. Nie tęsknię
coraz bardziej, tylko właśnie coraz mniej. Jeszcze tydzień w domu, a
dzwoniłabym do Franka tylko raz dziennie
Hihi. A tu przyjechałam i okazało się, że jednak się stęskniłam…
A
dziś po powrocie z pracy urządzam w domu pokaz mody – przywiozłam z
domu parę kiecek. Część moich, część mojej mamy – Franuś pomoże mi
zdecydować co mam ubrać na Sylwestra. Wybieramy się na imprezę. Trochę
bal, ale może nie do końca, bo raczej w gronie samych znajomych i nie aż
tak oficjalny. Jedzenie też każdy przynosi we własnym zakresie. Ale
jednak stroje wieczorowe obowiązują. Czeka mnie pracowita końcówka roku 