*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 10 września 2009

Stop kwękaniu. Na razie :)

Nie chcę tu znowu nadmiernie euforycznie się wyrażać, bo jak to zrobiłam szóstego sierpnia to mnie potem los pokarał za brak stoicyzmu :) Ale delikatnie chciałam wspomnieć, że nareszcie nastrój mam lepszy. Może wreszcie przestanę kwękać jak to ostatnio mi się zdarzało :) Nie powiem, że wszystko idzie jak po maśle i parę zmartwień jeszcze zostało, ale na razie czarne myśli mnie nie nawiedzają. A przede wszystkim nareszcie dogadaliśmy się z Frankiem. Wisiało nad nami parę tematów i nareszcie wczoraj sobie wszystko wyjaśniliśmy. Od razu lżej mi się zrobiło. I w ogóle nie wiem skąd ja miałam takie dziwne myśli, czy my na pewno powinniśmy być razem. Poza tym na razie przestałam się tak stresować magisterką, bo ostatnio idzie mi całkiem nieźle. Jak  tak dalej będzie to do końca tygodnia będę miała cały rozdział – dwa tygodnie wcześniej niż zakładałam.
Czy zdarzyło się Wam kiedyś lecieć na przykład na Syberię i pomylić samolot? I dajmy na to poubierani w takie zimowe kurtki i grube spodnie lądujecie w Afryce? Wychodzicie a tu się na Was patrzą jak na przybysza z innej planety? No dobra, baaardzo hipotetyczna sytuacja, mnie się nie zdarzyło :) Ale wczoraj się tak właśnie czułam. Wychodzę z biura – zmarznięta i nadal trzęsąca się z zimna. Idę sobie tak w podkoszulce, bluzce, sweterku i kurtce. Mija mnie jedna laska – w koszulce na ramiączkach, druga – w krótkiej sukience i sandałach, w końcu jakiś gość ubrany na letniaka. No normalnie czułam się jak Eskimos w rzeczonej wcześniej Afryce… Było mi zimno!! Mnie zawsze jest zimno a na dodatek wczoraj byłam totalnie przeziębiona. Nadal  jeszcze choruję, ale zdecydowanie jest lepiej niż wczoraj. Z czego się cieszę, bo chyba nie umiałabym się przyznać szefowi, że się rozchorowałam :)
Śmieszna sprawa – w piątek idę wreszcie na to badanie pola widzenia. No i od zeszłego tygodnia maltretuję szefa, żeby załatwił wreszcie z ZUSu legitymacje ubezpieczeniowe (mogliśmy je dostać jako firma dopiero po całej rewolucji marcowej). Poszłam mu nawet po wniosek, wypisałam  go, ale odebrać już musiał on sam. No i mu tak jęczałam – w zeszłą środę. Potem w czwartek. W piątek rano zadzwoniłam, żeby się znowu przypomnieć. W poniedziałek zapytałam słodkim głosem: „I co udało się załatwić książeczki?” R. klepnął się w czoło i powiedział, że zaraz pojedzie… Potem musiałam się jeszcze raz przypomnieć. I we wtorek R stawia przede mną cały stosik legitymacji. A ja w środę chora. Normalnie jakbym się tak rozłożyła totalnie, to bym się chyba ze wstydu gdzieś zakopała, bo  to by wyglądało jakbym z premedytacją czekała tylko na te książeczki, żeby się rozchorować i pójść na L4 :) Oczywiście śmieję się, bo on chyba wie, że nie mam takiej mocy żeby na zawołanie chorować a o oszustwo raczej mnie nie podejrzewa (chociaż kto tam wie :)). Ale czułabym się niefajnie. Śmieję się, że  niezły tupet bym miała :) Więc trochę mi ulżyło jak się dzisiaj obudziłam bez stanu podgorączkowego…
OGŁOSZENIE!
Nadal poszukuję kogoś z dostępem do biblioteki w Krakowie. Ale jeśli nie, to może chociaż ktoś ma dostęp do biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego? Tam jest druga książka, która zawiera parę przydatnych dla mnie rozdziałów…

środa, 9 września 2009

Dziwna jestem. Nie lubię się.

W poniedziałek umówiłam się z Dorotą, że zaraz po pracy do  niej przyjdę. Miałam zjeść u niej obiad i miałyśmy – jak za starych dobrych czasów obejrzeć Rozmowy w toku i pośmiać się z tych desperatów, bo wyjątkowo udany odcinek miał być. Tak właśnie się umówiłyśmy. A później miałam iść z Frankiem do kina, na film, na który długo czekaliśmy i też umówiliśmy się już jakiś czas temu…
Wczoraj:
15:10 – Franek do mnie dzwoni i mówi, że jego rodzice mają jakieś święto i z tej okazji zaprosili go na obiad do restauracji… Do kina nie pójdziemy. Zrobiło mi się przykro. Nie przez kino. Ale przez to, że zostałam pominięta. Wiem, nie należę do rodziny, ale bardzo często jestem tak traktowana. Jego rodzice zawsze brali mnie pod uwagę w różnego rodzaju wyjadach i imprezach. Nawet jeśli nie mogłam sie z nimi wybrać, zawsze pytali. Tym razem poczułam bardziej niż kiedykolwiek, że nie należę do rodziny… Głupie, ale naprawdę zrobiło mi się przykro.
15:30 – Dorota pyta czy na pewno zdążę. Odpowiadam, że tak. Że już wychodzę z pracy i na pewno będę punktualnie.
15:35 - dzwoni Franek. Pytam, czy już pojechali. Mówi, że nie, bo… czekają na mnie.
15:36 – mówię Frankowi, że się umówiłam z Dorotą i nie wiem, czy pojadę z nimi. Mam oddzwonić za 10 minut…
15:37 – piszę do Doroty wściekłego smsa, że właśnie pokrzyżowały mi się plany.
15:45 – mówię Frankowi, że już wyjeżdżam z pracy i za 15 minut będę gotowa…
Wiecie, ja sama siebie nie rozumiem. Naprawdę zrobiło mi się przykro jak pomyślałam, ze nie jestem zaproszona. Nie powiedziałam na ten temat nic Frankowi. To nie było tak, że on poprosił rodziców, żeby mnie też zabrali. Oni po prostu założyli, że ja pojadę, a Franek tego nie skumał i dlatego nie powiedział mi tego przy pierwszej rozmowie. Mnie najpierw zrobiło się przykro a potem jak się okazało, ze mam jechać, byłam zła, że pokrzyżowano mi plany… Ja nie wiem co ze mną jest nie tak. Sama nie potrafię zrozumieć o co mi chodzi i dlaczego mam w sobie tyle sprzecznych emocji.
Oczywiście dzień był bardzo udany, bo lubię spędzać czas z jego rodziną. Ale to  nie zmienia faktu, że nie przestaję dziwić się swojej reakcji. Wiem, jestem be. Możecie mnie krytykować.
A tak poza tym to nie wiem dlaczego, ale jestem chora :( Czuję się fatalnie. Ale co tu się dziwić jak łażę po tych blogach a tu co drugi przeziębiony. No to się zaraziłam :)