*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 27 października 2009

Czas.

Zaszalałam wczoraj i przełamałam rutynę :P  Zadzwoniłam w niedzielę wieczorem do R., żeby mu powiedzieć, że w poniedziałek przyjdę do pracy popołudniu dopiero. R. jak to R. problemów mi nie robił i jak powiedziałam, tak zrobiłam. W pracy mogłam się zjawić o 13.
Jednak niech sobie nikt nie myśli, że Margolka poleniuchować chciała, co to, to nie. Po prostu miałam parę spraw do załatwienia i nijak mi się to nie chciało ułożyć. Bo ja każdy dzień mam zaplanowany. Wieczorem sobie leżę w łóżku i obmyślam co mam na drugi dzień do zrobienia i sobie to układam w czasie. Wiecie, taką strategię opracowuję – gdzie pójść najpierw, ile czasu mi to zajmie i takie tam.
W poniedziałek wewnętrzny budzik obudził mnie o 5:32. Zaciskałam oczy na chama, żeby jeszcze się z godzinkę kimnąć, ale nie dało rady. Wstałam o 6:30 i zasiadłam do pisania pracy. Do ósmej miałam już wyrobioną normę poniedziałkową z zapasem na wtorek. Potem zdążyłam jeszcze posprzątać i trochę koło siebie pochodzić i po 9tej wyruszyłam na miasto. Znowu odwiedziłam bibliotekę uniwersytecką, zaniosłam spodnie do krawcowej, i kupiłam z Juską prezent urodzinowy dla Doroty. I wyrobiłam się do 10tej. Byłam w szoku, że tyle zdążyłam zrobić. Pojechałam więc wcześniej do pracy i tym sposobem nie musiałam tam siedzieć do 21:00 ale wyszłam o 19:00. Tylko w pracy było dziwnie trochę, bo jak się zbliżała już godzina zero, czyli 15:00 to nogi same się chciały do wyjścia kierować, a to dopiero połowa mojego dnia pracy minęła. Ciężko było wysiedzieć, nie powiem, dłużyło się. A potem wróciłam do domu i zaraz spać trzeba było się kłaść. Ale nie powiem, fajne było to, że już nic nie musiałam robić, bo wszystko rano odbębniłam.
Pomyślałam sobie, że fajnie tak od czasu do czasu zmienić bieg czasu w ciągu dnia, zrobić coś inaczej. Nie powiem, kiedy wyszłam z pracy, miałam wrażenie, że to był dłuuugi dzień, ale miałam też ogromną satysfakcję z tego , ile zdążyłam zrobić.
Czas jednak jest bardzo elastyczny.
Ale jeszcze mam taką jedną uwagę na temat tego cofania zegarków. Bo to podobno wynika z oszczędności. Że niby z oszczędności energii. Ale niech mi ktoś to wytłumaczy – przecież teraz robi się ciemno dużo szybciej, więc ludzie szybciej palą światło i prądu idzie więcej. Rano niby jest wcześniej jasno, ale to ludzi często nie urządza, bo ci co chodzą na dziewiątą do pracy to i tak tego światła nie używają, a ci, którzy chodzą na siódmą to tak czy siak muszą światło zapalić. Gdzie tu oszczędność w takim razie. I wcale sobie nie kpię. Mój mały rozumek tego po prostu nie ogarnia, a ponieważ lubię rozumieć, to jak Ktoś wie, o co chodzi, to proszę Ktosia o oświecenie mnie :)

niedziela, 25 października 2009

Dzień po...

Wczoraj rano mój wewnętrzny budzik kazał otworzyć mi jedno oko. Po sekundzie otworzyłam drugie i w panice szukałam telefonu, żeby sprawdzić, która godzina. Coś mi się zdawało, że już późna. Zastanawiałam się, dlaczego do jasnej ciasnej telefon nie leży tam, gdzie ZAWSZE go zostawiam – tuż przy łóżku i dlaczego do jasnej ciasnej tak mnie boli głowa.
Po chwili telefon się znalazł, zgodnie z moimi przypuszczeniami była 6:05 czyli najwyższa pora wstawać do pracy! Zerwałam się, zapaliłam lampkę (cały czas po głowie tłukła mi się myśl, dlaczego ta łepetyna taka ciężka??) i… zobaczyłam że zaplątałam się w ręcznik, który to przeważnie biorę sobie do łóżeczka kiedy więcej sobie wypiję – tak na wszelki wypadek, w razie gdyby się okazało, że żołądek nie wytrzymał dawki alkoholowej ;)) Dopiero wtedy sobie wszystko przypomniałam.
I dotarło do mnie, że jest sobota, więc nie muszę nigdzie iść. Ale przypomniałam sobie też, że napisałam jakąś notkę, tylko za nic nie mogłam skojarzyć, co ja za głupoty tam napisałam :) Szybko włączyłam kompa, bo pomyślałam sobie, że może nikt tego nie przeczytał, więc zdążę skasować. Ale przeczytałam i stwierdziłam, że strasznych rzeczy tam nie ma. Wyłączyłam komputra, wypiłam pół butelki wody i poszłam spać aż do… ósmej :)
Wstałam już w miarę rześka, wybyłam na miasto, zrobiłam porządne zakupy jedzeniowo-ciuchowe, załatwiłam parę rzeczy w dziekanacie, zaliczyłam bibliotekę uniwersytecką, ugotowałam zupę i napisałam dwie strony magisterki. A wieczorem pojechałam do znajomych. Tym razem raczyłam się herbatką, mimo, że do dyspozycji miałam cały barek :) Ale przesadzać nie lubię :)
Jakby wszyscy miewali takiego kaca jak ja wczoraj, to cały świat musiałby się leczyć z alkoholizmu chyba ;)