*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 29 sierpnia 2012

Przedstawiam Wam...

Jak już wspominałam, jedna trzecia naszych weselnych gości to znajomi. To stosunkowo duża grupa, bo często zaprasza się tylko najbliższych przyjaciół albo samą rodzinę. A my, jak już wiele razy wspominałam, przyjaciół nie mamy :) Mamy za to sporo bardzo dobrych i bliskich znajomych, na których możemy liczyć i nie wyobrażamy sobie przeżywać tak ważnego dnia bez nich.

Któż będzie? Ano oczywiście Dorota i Juska :P One były zaproszone na moje wesele jeszcze w czasach, kiedy nie znałam swojego przyszłego męża.
Będzie też moja koleżanka Asia z Miasteczka z mężem - znamy się w zasadzie od przedszkola, ale w podstawówce nie utrzymywałyśmy kontaktów. A później, jakby nigdy nic, zakolegowałyśmy się w szkole średniej - mimo, że nie chodziłyśmy nawet do tej samej klasy. Kiedy poszłam na studia była w zasadzie jedyną koleżanką, z którą się spotykałam w Miasteczku. Teraz jest jedną z dwóch.
Będą też moje koleżanki ze studiów - o Ani i Karolinie już wiecie :) Mimo, że "rozstałyśmy się" już pięć lat temu, cały czas utrzymujemy regularne kontakty, a łatwo byłoby je zerwać, wszak dzielą nas tysiące kilometrów. Pamiętam, jak dziewczyny w 2007 zrobiły mi urodzinowe przyjęcie-niespodziankę właśnie u Karoliny. Zbiegło się to z zakończeniem przez nas studiów pierwszego stopnia i wiedziałyśmy, że nasze drogi się rozchodzą. Obiecałyśmy sobie wtedy, że będziemy gośćmi na swoich weselach :) Pamiętam nawet jak Karolina powiedziała mi (bo ja jako jedyna miałam widoki na męża i jak widać się sprawdziło :P), że ona może nawet rosołu nie jeść, ale na moje wesele chce przyjechać. Kiedy wysyłałam im zaproszenie, napisałam, że będzie dla niej nawet rosół i to w dodatku z makaronem :)
W każdym razie na trzecim roku zostało nas niewiele w grupie, mówiłyśmy nawet (a wykładowcy czasami się przyłączali), że jesteśmy grupą VIPów. Było nas sześć, ale jedna zawsze chodziła swoimi ścieżkami. W piątkę złożyłyśmy sobie tę obietnicę pół żartem-pół serio... Jednej dziewczyny nie zaprosiłam. Ale to historia na inny raz. W każdym razie, nie ze względu na obietnicę, ale z powodu tego, że nadal są mi bliskie, zaprosiłam trzy koleżanki z czasów studenckich. Trzecią jest Ala.
Alaprzyjdzie z R. Kojarzycie? R. to mój były szef :) Dobrze się składa, że są razem, bo odkąd go znam, miałam wizję, że R. będzie na moim weselu :) I to tyle jeśli chodzi o moją stronę.

Ze strony Franka będzie pięciu kolegów "osiedlowych". Fajne chłopaki! Naprawdę bardzo ich lubię i wspominałam tu już o nich od czasu do czasu. Będzie też Robert - kolega z podstawówki, oraz Krzychu (to takie poznańskie:P u mnie byłby Krzysiek:)) z dziewczyną. Z Krzychem to nawet nie wiem, gdzie się Franek poznał, pewnie też na osiedlu :) Byliśmy parę lat temu razem na wakacjach, choć wtedy dziewczynę miał inną. My jak widać przetrwaliśmy :))
Będzie też Karola z facetem - Karola to koleżanka Franka z poprzedniej pracy, aczkolwiek kiedyś już na blogu o niej wspomniałam - kojarzycie może jak ponad rok temu Franek stwierdził, że ukradłam mu koleżankę? :) No to właśnie o nią chodziło :) Drugą koleżanką z poprzedniej pracy będzie Mietkowa, o której też kiedyś pisałam. Mietkowa będzie z Mietkiem - Mietek to kolega, którego poznałam dokładnie w tym samym dniu, gdy poznałam Franka. Był moim sąsiadem i frankowym kolegą. W zeszłym roku byliśmy na ich ślubie - Mietkowej i Mietka, nie Mietka i Franka :P
To tyle. Aaa nie, przepraszam, Daga jeszcze, choć ona to tak jest w połowie drogi między znajomymi a kuzynostwem :) Jest po prostu przyszywaną kuzynką Franka - córką jego chrzestnej. Ja poznałam ją dopiero niedawno, ale od razu znalazłyśmy wspólny język :)

Są to osoby, z którymi cały czas utrzymujemy kontakt, które są nam bliskie, które po prostu bardzo lubimy. Napisałam o gościach ze strony mojej i Franka, ale tak naprawdę od jakiegoś już czasu to są nasi wspólni znajomi. Byli z nami, gdy się poznawaliśmy, przeżywali wraz z nami nasze kryzysy. A teraz przyszedł czas, kiedy razem z nami będą mogli się bawić na naszym weselu.
Niesamowite jest to, jak oni się angażują! Czekają i wraz z nami odliczają dni do ślubu. Jeden z kolegów kiedy jakiś czas temu spotkał nas przypadkiem na ulicy z daleka śpiewał "jeszcze sześć tygodni, jeszcze sześć tygodni..." Inni dwaj zorganizowali transport do Miasteczka. Kolejni planują Frankowi wieczór kawalerski. Robert użyczy nam swojego samochodu (który niemal zastępuje mu dziewczynę, więc to naprawdę ważny gest :)) i będzie naszym kierowcą. R. będzie roznosił wódkę (to się podobno nazywa bycie starostą albo podczaszym :P)
Koleżanki nie są gorsze - Karola organizuje mi wieczór panieński. Ala oglądała ze mną suknie ślubne i chodziła na przymiarki. Karolina już zaoferowała się, że będzie dmuchać balony i przyklejać naklejki na wódkę :) Daga uczy nas tańczyć. Juska zajmuje się zaproszeniami i dekoracjami. No i jest świadkową :) Śmiejemy się, że jeszcze Dorota nie ma jak na razie żadnej fuchy, ale ona zapewne zadba o dobrą zabawę na weselu :)

Wspaniała jest ta świadomość, że oni wszyscy cieszą się na nasze wesele niemal tak samo jak my. Odliczają razem z nami. Pytają, w czym pomóc. Pomijam już to, że wszyscy przyjadą! Nikt nie szukał wymówek.
Kiedy dodam do tego jeszcze inne osoby zaangażowane w organizację naszego ślubu i wesela - jak rodzice, moja siostra (która będzie śpiewać na ślubie), mama Juski, kuzynostwo, które razem z nami odlicza i przyjeżdża nawet zza granicy, myślę sobie - jak to dobrze, że robimy to wesele. Jest dla kogo!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Znowu o wszystkim!

I znowu za nami weekend, w który nic się nie działo :)
A nuda zaczęła się już w pracy... Co to był za dzień! I to w dodatku piątek, kiedy zawsze jest nadzieja na wcześniejsze opuszczenie biura. Niestety, nie tym razem - nawet trzeba było zostać parę minut dłużej. To był dla nas naprawdę pechowy dzień - co tylko mogło się rozjeżdżać, to się rozjeżdżało.
Ale później było już lepiej. Wróciłam do domu, do uradowanego Franka. Franek zawsze jest uradowany, gdy kończy w piątek pracę o dziewiątej, a w perspektywie ma wolny weekend i jeszcze w poniedziałek na czternastą :) A jak Franek jest uradowany, to i mnie jest dobrze.

Piątkowy wieczór upłynął nam niezwykle towarzysko. Najpierw przyszła Daga i prawie płakała ze śmiechu, kiedy próbowaliśmy przećwiczyć figury taneczne, które nam zaproponowała :) My zresztą też. Ale teraz jest już dużo lepiej :D Później zjawił się Robert, kolega Franka, który będzie naszym weselnym kierowcą. A potem zjawili się jeszcze Franka kuzyni z żonami. Wesoło było i do późnej nocy graliśmy w planszówkę przyniesioną przez Roberta.
W sobotę od rana zrobiliśmy pucowanie mieszkania, a później wybyliśmy na miasto w celu załatwiania róznych spraw. Ale nie tylko, bo relaks w Chatce Babuni przy pierogach i piwie z sokiem imbirowym też był zaplanowany. Później zaliczyliśmy jeszcze :P Juskę i Dorotę oraz rodziców Franka. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Sobotni bilans wychodzi następująco:
- zakupy chemiczne zrobione
- muszka zakupiona
- bielizna zakupiona (Franek wniebowzięty, a ja pomyślałam sobie, że nawet dobrze, że zabrałam go na te zakupy :))
- klipsy również
- my objedzeni totalnie
- szczegóły weselne z Juską omówione
- boska czerwona sukienka, na którą miałam chrapkę już od dawna - zakupiona. I to nie za 120 zł, jak było podane, ale w przecenie za 49 :D Franek zachwycony. Ja jeszcze bardziej :)
- nowa trasa na Franowo - zaliczona
- informacje na temat potencjalnego miejsca, w które udamy się w podróż poślubną - zebrane
- byliśmy tak padnięci, że już odpuściliśmy sobie tańczenie :)

Niedziala była już mocno rodzinna. Wyelegantowani pojechaliśmy na drugi koniec Poznania do kościoła, gdzie Franek pełnił honory ojca chrzestnego swojej niedawno urodzonej bratanicy. Trochę obawialiśmy się tego dnia, bo swego czasu wokół całej sprawy zagęściła się trochę atmosfera (nie ze względu na same chrzciny, a z powodu innych kwestii), ale okazało się, że było całkiem przyjemnie i pozbyliśmy się teraz negatywnych emocji na dobre. A Franek na pytanie jak się czuje, jako ojciec chrzestny, dumnie odpowiadał: Jak Don Corleone! :D
Następny "spęd" już za niecałe trzy tygodnie, wiadomo gdzie i po co :)

A tak poza tym? Byle do przodu. Odliczamy już dni i stwierdzamy z ulgą, że naprawdę prawie wszystko mamy już załatwione do ślubu. Nawet ubrani już jesteśmy od stóp po czubek głowy. Taniec ćwiczymy, choć w tym tygodniu będzie mniej intensywnie, bo Franek chodzi na popołudniówki. Ale dzisiaj na przykład wstał o 7:30 i dwa tańce zaliczyliśmy zanim wyszłam z domu. Nie ma to jak wychodzić do pracy roztańczonym :P
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ogromny dylemat, jaki mamy. No Wyspy Kanaryjskie, czy Madera? Oto jest pytanie!
I oby zawsze mieć tylko takie problemy :)))