*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 26 lipca 2013

Koleżanki

Pierwsze słowa hiszpańskiej Karoliny, kiedy dowiedziała się, że przenoszę się do Warszawy brzmiały: "przynajmniej będziemy się częściej spotykać!" :) No tak, kiedy odwiedza swój dom rodzinny Poznań jej nie po drodze, Warszawa natomiast, jak najbardziej. I właśnie dzisiaj udało nam się spotkać :) Bo właśnie z Warszawy odjeżdżają autobusy do jej rodzinnego miasta.

Tak sobie na luzie rozmawiałyśmy, a kiedy mówiła coś na mój temat - w sensie, że coś robiłam, albo czegoś nie robiłam, miałam ochotę pytać: "skąd ty to wiesz???" chociaż przecież doskonale wiedziałam skąd :) Już kiedyś pisałam, ze na studiach było nas pięć, które trzymałyśmy się razem. Wtedy to koleżeństwo wydawało się czymś naturalnym - prawie wszystkie byłyśmy obce w nowym mieście, daleko od rodziny, można powiedzieć, że miałyśmy siebie. Ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo tamten czas pozwolił nam siebie poznać. Chodziłyśmy razem na zakupy (spożywcze, żeby nie było:P), razem się uczyłyśmy, chodziłyśmy na spacery, do kawiarni, jadłyśmy obiady, organizowałyśmy kolacje wigilijne. Tak sobie myślę, że chyba miałyśmy szczęście, że dobrałyśmy się tak, że darzyłyśmy siebie cały czas szczerą sympatią. Nie przypominam sobie żadnych złośliwości między nami, obmawiania po kątach, kłótni.
I chociaż w dużej mierze rozproszyłyśmy się w tym postudyjnym życiu, to do dziś trzymamy się razem. Z Karoliną widziałam się dziś. Z Olą w Poznaniu jestem umówiona na poniedziałek. Po powrocie z urlopu (a właśnie, bo od dziś mam urlop:)) spotykam się z Anią - w Warszawie. I tylko druga Ania mnie martwi, która odzywała się do mnie zawsze od razu, gdy przyleciała do Polski. Tym razem złożyła mi tylko życzenia urodzinowe a potem zamilkła, mimo, że próbowałam się z nią umówić. Ona bywa zarówno w Poznaniu, jak i w Warszawie, więc miałam aż podwójną szansę na spotkanie, ale nie mogę jej złapać ani przez telefon, ani na FB. Bardzo dziwne mi się to wydaje i niepokojące... Mogłabym pomyśleć, że się na mnie obraziła, tylko... o co? No i czy składałaby mi wtedy życzenia? Nie rozumiem...

A tymczasem okazało się, że w Warszawie mieszkają też dwie moje koleżanki - jedna z czasów studiów, druga, która mieszkała w Cordobie w tym samym czasie, co ja. Do tego jest tu jeszcze jedna znajoma, poznana, przez Karolinę. Ostatecznie może się okazać, że wcale taka samotna w tej Warszawie nie muszę być :)


Dopisek:
Ania wczoraj wieczorem wysłała smsa, że będzie dzwonić do mnie dziś. Czekam z  niecierpliwością. Niedługo wychodzę na autobus, który zawiezie mnie do Poznania, mam nadzieję że ona w tym czasie nie będzie jechała w przeciwnym kierunku... :)

czwartek, 25 lipca 2013

Świętowanie

Jak zawsze te kilka dni lipca, kiedy mam wiele okazji, żeby świętować, minęły błyskawicznie. Przez ostatnie dwa lata świętowaliśmy z Frankiem nad morzem, podczas krótkiego urlopu. Ale ten rok, jest zupełnie inny od wszystkich minionych, więc oczywiście musiał się różnić i w tej kwestii. Udało się jednak, że urodziny wypadły mi w niedzielę i nie dość, że odwiedzili mnie moi rodzice i siostra, to Franek miał wolną niedzielę oraz kolejne dwa dni, więc można powiedzieć, że świętowaliśmy w komplecie.
Achhh, wiem, że wspominam o tym co roku, ale naprawdę lubię dzień urodzin i nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że mija tak szybko? ;) Lubię przede wszystkim to radosne oczekiwanie  na odpowiedź na pytanie: "kto w tym roku o mnie pamiętał?" :) Jest kilka osób, od których życzenia dostaję zawsze - obojętnie w jakiej formie - telefonicznej, smsowej, mailowej, osobistej itp. - i przyznam szczerze, że jest to grupa osób mi najbliższych i najważniejszych, więc byłoby mi przykro, gdyby o mnie nie pamiętały. Zawsze się tego trochę boję. Ale i tym razem nikt mnie nie rozczarował :) Przez chwilę myślałam, że nie odezwie się jedna moja koleżanka, ale zrobiła to następnego dnia - a to jak najbardziej też się liczy, bo chodzi mi tylko o pamięć, a nawet jeśli komuś się zdarzy, że w tym konkretnym dniu zapomni lub z jakichś powodów nie może się odezwać, to ważne, że pomyśli o mnie za chwilę :)
Być może niektórym się wydaje, że słowa "liczy się pamięć" są wyświechtane i stosowane, bo tak wypada. Ale ja się z tym nie zgadzam. Są okazje, kiedy to się naprawdę sprawdza i fakt, że dostaję od kogoś kilka ciepłych słów ma dla mnie ogromne znaczenie, bo wiem, że ta osoba - choćby nawet na co dzień nie miała ze mną kontaktu, choćby nie była ze mną jakoś szczególnie związana - pomyślała o mnie, pamiętała o moim święcie i po prostu się wysiliła na te parę zdań :)
W niedzielę pierwsze życzenia otrzymałam już o 2 nad ranem od Juski :P A potem przez cały dzień odbierałam miłe telefony i smsy. Świętowanie się przedłużyło, bo dopiero następnego dnia włączyłam komputer i zobaczyłam jak wiele miłych słów czeka na mnie w sieci ;)
Cały weekend praktycznie spędziliśmy spacerując po Warszawie. Potem rodzice pojechali, a Franek o 19:30 (bo to o tej godzinie dokładnie się urodziłam) otworzył szampana i powiedział, że w ramach prezentu mogę sobie wybrać grę, w którą zagramy. Poszłam w klasykę - Chińczyk. Graliśmy trzy razy, wygrałam 2:1 :) Ale późnym wieczorem, jak zwykle w ten dzień, zrobiło mi się nieco żal, że już koniec tego dnia. Ku mojemu zdumieniu, Franek powiedział, że jemu też szkoda, że się już skończył. Spytałam, dlaczego, a on powiedział, że wie, jak ja lubię urodziny i przez to dla niego to też jest szczególny dzień. To się nazywa empatia :P 

Zaczęłam więc kolejny rok życia. I wcale mnie to nie boli ;) Prawdę mówiąc zawsze mam problem ze zrozumieniem, kiedy ktoś - zwłaszcza młodszy ode mnie, ubolewa nad tym, jaki to już stary jest, jak czas mu ucieka (no mnie też płynie szybko, ale nie mam poczucia, że go tracę), jak nie zdąży z tym i owym. Jest to dla mnie dość zabawne, ale z drugiej strony... cóż, chyba trochę takim osobom współczuję. To chyba nie są fajne odczucia, zwłaszcza w wieku dwudziestu kilku lat. Mnie tam jest dobrze i wyższa cyferka w metryce mi nie przeszkadza, dopóki mam poczucie, że wiem, co ze sobą robić.
Chciałam napisać, że uważam, że każdy ma tyle lat, na ile się czuje, ale w sumie to chyba trochę trudne czuć się na jakiś wiek ?:P Myślę, że chyba najlepiej, gdy człowiek po prostu robi swoje, czerpie z własnych doświadczeń, ale jednocześnie nie rozlicza się z każdego roku i nie rozpamiętuje go, a przede wszystkim niech sobie nie narzuca żadnej presji spowodowanej upływem lat :) 
Wracając jednak do tego zaczynania - ponieważ urodziłam się w połowie roku, może uda mi się odciąć od tamtej nieudanej połowy i odliczać od nowa. Mieć nowe nadzieje i oczekiwać dobrego. Niechby było tak, jak napisała Flo. w urodzinowym smsie: "niech druga połowa tego roku zrekompensuje tą pierwszą z nawiązką"...  Są ku temu widoki, choć jeszcze nie do końca jasne. Ale to już następnym razem :)