*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 26 kwietnia 2014

Sobotnie migawki

W Poznaniu bywamy ostatnimi czasy tak często (tym razem chrzciny), że w domu teściów zaczęłam się już praktycznie czuć jak u siebie ;) Co prawda kiedyś przecież się tym domem "opiekowaliśmy" podczas ich nieobecności, ale to jednak co innego, gdy byliśmy sami, a co innego, gdy teściowie cały czas po tym własnym mieszkaniu się kręcą. Na początku czułam się lekko nieswojo, bo jednak po tylu latach bywania tu jako gość, trudno było mi się przestawić, ale właściwie "nieswojość" przeszła mi stosunkowo szybko. Teraz jednak bez krępacji wchodzę sobie na przykład do kuchni kiedy chcę i po co chcę.

***
Zajrzeliśmy dzisiaj z Frankiem do naszego swego czasu ulubionego baru z domowymi obiadami* - danie dnia kosztuje tam 9,5 zł, ale my zawsze jadamy je bez zupy, więc kosztuje nas to 7. Najpierw jadałam tam za czasów studenckich, kiedy to nawet do głowy mi nie przyszło, że mogłabym coś sama dla siebie ugotować. Później zaglądaliśmy tam z Frankiem kiedy nie mieliśmy pomysłu lub czas na obiad. Bardzo mało jest takich miejsc. A właściwie to chyba jedyne takie,które znam,  gdzie można zjeść tanio i smacznie - bez poczucia, że to jednak "nie ten dom", bo jedzenie jest świeże a nie odgrzewane, tradycyjne a nie udziwnione i podawane również po domowemu a nie na plastikowych talerzykach z plastikowymi sztućcami :) Dziś na obiad był de volaille z serem.

***
Wiem, że się powtarzam, ale jednak wiosna do zdecydowanie najpiękniejsza pora roku i bardzo mnie cieszy, że w tym roku możemy się nią cieszyć już od ładnych kilku tygodniu. W ostatnich latach bywało, że kwiecień straszył nas jeszcze śniegiem, a tegoroczny zaskakuje żółtą barwą - mlecze i rzepak kojarzą mi się raczej z majem - oraz zapachem bzu. Podobno nawet kasztany zakwitły. Wygląda na to, że mamy maj w kwietniu :) Zważywszy na to, że kwiecień kojarzy mi się średnio a maj to mój ulubiony miesiąc, to chyba całkiem nieźle dla mnie.
A te przelotne, ciepłe deszcze są nawet urocze :) Ale doświadczyłam ich dopiero tu, bo choć podobno przelotne opady i burze nawiedzały w ostatnim tygodniu cały kraj, to jakoś szczęśliwie omijały Podwarszawie :)

***
Nie ma to jak zupełnie spontanicznie usiąść w kuchni u Juski i Doroty (wróciłam ze spaceru z Juską i wpadłam przywitać się z Dorotą, ale nie zaplanowałam sobie pożegnania, więc zeszły dwie godziny na tym powitaniu :)), zrobić sobie i meblom prysznic gazowaną wodą mineralną i po prostu gadać o wszystkim po trochu.Znamy się kawał czasu, za chwilę będzie 15 lat, a więc prawie połowę naszego życia. Czasami wystarczy jedno hasło i nie dość, że wszystkie w lot łapiemy o co chodzi, to jeszcze zgodnie kwiczymy ze śmiechu.

***
Całkiem przyjemna sobota. Szkoda, że już się kończy.

* z komentarzy wynika, że mogłyście zrozumieć, że chodzi o bar mleczny, więc na wszelki wypadek sprostuję, że choć w Poznaniu jest takowych sporo i niektóre są całkiem przyzwoite, to akurat to konkretne miejsce nie jest barem mlecznym - to nawet bardziej restauracja i mieści się w pasażu handlowym :)  A niech tam, niech będzie darmowa reklama: chodzi o restaurację Mc Tosiek w Pasażu Rondo na Starołęce ;)


środa, 23 kwietnia 2014

Poświątecznie i wiosennie

Święta, święta i po świętach, jak to się zawsze mówi, ale przyznać muszę, że udało mi się trochę zwolnić i ten uroczysty czas minął mi chyba wolniej niż wcześniejszy tydzień. 
Zupełnie niespodziewanie pojawiło się u mnie w pracy trochę komplikacji natury technicznej i miałam sporo do zrobienia. A zaczęło się już w piątek dwa tygodnie temu - kiedy to byłam w Poznaniu. Na czwartek wzięłam urlop, a co do piątku, umówiłam się, że będę pracować zdalnie. Jako że pojawiły się komplikacje z podpięciem mojego służbowego laptopa do internetu teściów, umówiłam się z Juską i Dorotą, że będę siedziała u nich. Dziewczyn nie było, ale zostawiły mi klucze i miałam się obsłużyć sama. 
Tak też zrobiłam. Wcześniejsze dni były bardzo spokojne - żeby nie powiedzieć, że nudne, więc wzięłam laptopa i książkę do czytania. Za to nie wzięłam nic do jedzenia, bo stwierdziłam, że zrobię to co najważniejsze do 12tej, potem zrobię sobię przerwę i wrócę o 15. A tu się wszystko rozhulało i siedziałam od rana aż do 18:30 z jedną tylko malutką przerwą - zrobiłam się taka głodna, że wyszłam od dziewczyn, poszłam do domu teściów po kawałek ciasta i wróciłam do pracy - co zajęło mi dokładnie 10 minut :)
Kolejny tydzień był równie pracowity aż do czwartku. Piątek w założeniu miał być wolny od 12. I tym razem pracowałam zdalnie. Wyjechaliśmy z Frankiem o 7 z Warszawy i już po 10 dojechaliśmy do Miasteczka, więc się rozłożyłam z moim komputerem, myśląc, że wszystko zrobię raz dwa, a tymczasem po dwunastej pojawiły się kolejne komplikacje i niestety znowu siedziałam do późnego popołudnia "w pracy". Cieszyłam się tylko, że jednak pojechałam rano do Miasteczka a nie, jak planowałam wcześniej dopiero po tej 12, bo chyba bym nie dojechała...
Ale grunt, że sytuacja została opanowana (i jak na razie tak zostało do dziś ;)). Mogłam zacząć świętować.

Przyznam, że tegoroczna Wielkanoc nadeszła dla mnie trochę niepostrzeżenie. Przez ten ostatni tydzień na wariackich papierach, ani się obejrzałam, a był Wielki Piątek. Wielkiego Czwartku, prawie nie odnotowałam :( Trochę zabrakło mi duchowego przygotowania w ostatnich dniach (dlatego właśnie uważam, że Wielki Czwartek, a zwłaszcza Wielki Piątek powinny być dniami wolnymi od pracy - zamiast np. Trzech Króli), na szczęście choć trochę nadrobiłam to w piątkowe popołudnie a wieczorem nareszcie miałam czas na chwilę skupienia i refleksji na czuwaniu w kościele.
Ale od soboty mieliśmy już w domu święta na całego. U nas w domu jest taka tradycja, że właściwie już od rana mamy święto, bo wszystko jest ugotowane i posprzątane wcześniej. Sobota to czas na pomalowanie jajek i przygotowanie koszyczków do święcenia. Później święcenie pokarmów i chwila modlitwy w kościele, a popołudnie to już czas dla rodziny.
Święta upłynęły więc nam w bardzo przyjemnej, rodzinnej atmosferze. Dużo, naprawdę dużo rozmawialiśmy. Pogoda sprzyjała, więc także sporo spacerowaliśmy - odświętnie ubrani, całą rodziną, spotykaliśmy w lesie inne ładnie ubrane całe rodziny :) Podoba mi się ten klimat. Oczywiście nie zabrakło też czasu na gry :) Sporo też pojedliśmy, jak to w święta bywa - w dodatku w te święta moja mama miała urodziny, więc mieliśmy więcej okazji do świętowania. Ale dzięki tym spacerom i sesjom aerobikowym, które urządzałam sobie z siostrą, przytyło się nam niewiele - myślę, że za chwilę już nie będzie śladu po tych dodatkowych gramach właściwie ;)

We wtorek rano wróciliśmy, a jechało się tak dobrze, że przyjechałam punktualnie na 10:00 do pracy :) Wracamy więc do poświątecznej rzeczywistości, a o minionych dniach przypomina nam jeszcze wałówka w lodówce, którą przywieźliśmy :)

Pogoda nadal jest cudna i mam nadzieję, że taka się utrzyma. Zaczyna się powoli najpiękniejszy moim zdaniem czas w przyrodzie, który potrwa przez najbliższe kilka miesięcy. Wtedy wszystko wygląda lepiej, mimo, że ostatnio znowu nam nie wyszło kilka rzeczy :( Chciałam częściowo o tym napisać, ale akurat byłam zapracowana, a teraz - dopóki jestem trochę pozbierana, nie chcę do tego wracać, za to chcę wierzyć, że jednak w końcu wyjdzie...