*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 17 lipca 2014

Bynajmniej nie o jedzeniu

Szykujemy wczoraj wieczorem spóźniony obiad. To znaczy Franek szykuje, a ja się kąpię. Przychodzi do łazienki i pyta się mnie:
F: Ile chcesz paluszków rybnych?
M: Hmm... normalnie zjadłabym trzy, ale jakoś teraz tak późno się zrobiło to nie mam ochoty.. Dwa!
Za chwilę wychodzę z łazienki i reaguję na wezwanie Franka, że mam sobie nakładać. Jakoś tak mi zapachniało i ładnie zawyglądało... Nałożyłam sobie trzy... Patrzę na Franka i czekam na jego reakcję:
F: Wiedziałem, że trzeba usmażyć jednego więcej. Zawsze tak jest.
Po chwili nakłada mi ziemniaki:
M: Ee, coś za mało, jeszcze mi nałóż..
F: Nie zjesz!
M: Zjem, jednak jestem głodna. Mogę trochę wziąć od ciebie? No nie żałuj miii...
F: Echh.. no dobra, tylko potem nie zdychaj, że się za bardzo najadłaś. Ty zawsze jesz oczami!
Po 10 minutach:
M: Franuuuś.... Weźmiesz ode mnie troszkę ziemniaczków, bo ja już nie mogę...?
F: (spoglądając na mój talerz) Wiesz, że to jest właśnie ta porcja, której ci "pożałowałem" ?

Ach, jak on mnie dobrze zna :) Wszak miał czas, żeby mnie poznać - dziś właśnie mija osiem lat od naszego pierwszego spotkania, a że czasu nie marnowaliśmy, to również od czasu naszego "bycia razem". I to o tym ma być dzisiejsza notka :)

Jutro zaczynamy kolejny, dziewiąty już wspólny rok. Tym samym zdałam sobie sprawę z tego, że w ubiegłym roku w mojej notce "Szczęśliwa siódemka, czy kryzys siódmego roku" zwyczajnie popełniłam błąd w obliczeniach :) Bo owszem, rocznica była siódma, ale rozpoczynający się wspólny rok, nad którym się zastanawiałam był już ósmy :) Jaki był?

Trudny. Oj, bardzo trudny, zwłaszcza na początku. W lipcu 2013 wydawało się, że wychodzimy na prostą, pojawiła się propozycja pracy dla Franka, wszystko zmierzało ku temu, że znowu będziemy razem. Ale później okazało się, że tak naprawdę czekają nas bardzo trudne miesiące. Ech, nawet nie chce mi się do tego wracać :(
To był też trudny rok dla nas jako małżeństwa. Może nie kryzysowy, ale bywały naprawdę trudne dni, kiedy nie potrafiliśmy sie porozumieć i odnaleźć. Franek był zmęczony swoją chorobą a później bezrobociem. Ja cały czas martwiłam się tym, co będzie. Trudno było nam dojrzeć jakieś perspektywy. Oboje byliśmy sfrustrowani i nie potrafiliśmy się wzajemnie pocieszyć. Za Franka mówić nie mogę, ale wiem, jak czułam się ja - potrzebowałam pocieszenia, przytulenia i słów, że jakoś się ułoży - ale potrzebowałam tego ciągle. A Frankowi się wydawało, że jak już raz to powiedział, to powinnam przestać się martwić i dlaczego ja znowu płaczę..?
Ale pomimo tych ciężkich czasów było też wiele dobrych dni między nami - na pewno więcej.  Nie zwątpiliśmy w siebie. Ja nie miałam pretensji do Franka, że nie ma pracy, on nie miał do mnie żalu, że to przeze mnie dla mnie zrezygnował z tej, którą tak lubił... A przecież mogło się tak zdarzyć. Być może mieliśmy przejściowe kłopoty ze zrozumieniem swoich wzajemnych potrzeb emocjonalnych, ale nie kłóciliśmy się wcale dużo i nasz związek funkcjonował całkiem harmonijnie.
Mam nadzieję, że to już za nami...Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie zmierzało w dobrym kierunku i najgorsze naprawdę za nami. To co było, znowu przetrwaliśmy. Pewnie wiele jeszcze prób nas czeka, ale przezwyciężając te przeciwności losu z ostatniego roku dołożyliśmy kolejną cegiełkę, aby wzmocnić tę budowlę, jaką jesteśmy MY.
Podsumowując - mimo, że nie siódmy :) - to był kryzysowy rok, ale tak życiowo, a nie dla naszego związku.

Świętować pewnie jakoś szczególnie nie będziemy, bo jak zawsze w lipcu mamy kumulację małych uroczystości i zazwyczaj wszystkie obchodzimy w dniu moich urodzin. Poza tym teraz waga tego dnia nieco się zmniejszyła, bo ważniejsza jest dla nas rocznica ślubu. Niemniej jednak osiem wspólnie przeżytych lat to jest coś i warto o nich pamiętać :) Warto, by ten dzień był niezwykły w swej zwyczajności choćby przez pamięć o tym, że tylko zbieg okoliczności sprawił, że się spotkaliśmy. A z drugiej strony może i tak miało być, skoro tak szybko stwierdziliśmy, że coś między nami jest. Myślę, że zostanę przy tym, że widocznie ten zbieg okoliczności miał się wydarzyć i mało brakowało, aby było inaczej, ale jednak te lata wyglądały właśnie tak, a nie inaczej.

Szkoda, że nie mogę cofnąć się w czasie i powiedzieć tamtej Margolce, która o tej porze właśnie jechała do pracy i odliczała godziny do wieczornego świętowania z okazji pomyślnego zakończenia sesji z Dorotą, że tego własnie wieczoru, nie ruszając sie z domu pozna swojego przyszłego męża, a za osiem lat będzie spodziewającą się dziecka szefową "działu" logistyki w warszawskiej firmie.
Ciekawe jaką miałaby minę :P

Na ten rok i kolejne życzę nam tylko jednego - oby tak dalej... "Tamto" niech nie wraca...

wtorek, 15 lipca 2014

Post kaloryczny*

 *jeśli ktoś liczy na przepis na tort z bitą śmietaną, to niestety nie ten kierunek, przepisów w ogóle nie będzie :)

No! To teraz już mogę mówić, że naprawdę jestem w ciąży :P Wczoraj rano miałam po raz pierwszy (i mam nadzieję ostatni) bliskie spotkanie trzeciego stopnia z muszlą klozetową. Może to tak na pożegnanie (według niektórych źródeł oczywiście) tego zupełnie bezobjawowego pierwszego trymestru ? :)
Tasiemcowi zdecydowanie nie posmakował arbuz, którego zjadłam wczoraj na drugie śniadanie. W sumie to bardzo dziwne, że mnie tak nagle dopadło i tak sobie myślę, czy przypadkiem ten arbuz po prostu nie stał za długo w lodówce, a mój żołądek jest teraz mniej tolerancyjny...?

A poza tym w weekend znowu stwierdziłam, że spadła mi waga. W ramach eksperymentu postanowiłam policzyć, ile zjadam kalorii. W sobotę przez cały dzień zjadłam: twarożek z jogurtem, rzodkiewką i pomidorem, resztkę zupy ogórkowej z piątku, rosół z makaronem, kopytka okraszone masełkiem i cebulką, surówkę, arbuza z sałatą, garść chipsów i dwa "michałki". Policzyłam wszystko dokładnie, dwa razy, zaokrąglając do góry. I wiecie, ile wyszło? 1460. Dorzuciłam więc jeszcze tosta z żółtym serem i pomidorem. I tak podobno za mało. Podobno, bo w końcu nie wiem, jakie mam zapotrzebowanie kaloryczne. Jak to zwykle bywa, różne źródła podają różnie. Ostatecznie przyjmuję, że przy moim wzroście, wadze, wieku, wykonywanej pracy i umiarkowanej aktywności fizycznej (ćwiczenia minimum trzy razy w tygodniu, codziennie rower lub marsz do pracy) powinno to być około 1800 kcal. W pierwszym trymestrze podobno dorzucać nic nie trzeba a później od 170 do nawet 500 kalorii.

W normalnych warunkach naprawdę trudno mi przejeść te 1800 - nawet jeśli pozwalam sobie na słodycze, czy dania powszechnie uznane za kaloryczne. W ogóle wydaje mi się, że mój organizm wcale tyle nie potrzebuje, o czym świadczyć może fakt, że nie chudnę przy normalnym odżywianiu się nawet jeśli intensywnie ćwiczę. Ogólnie to mam przechlapane przy odchudzaniu :P No bo ileż można sobie odmówić? Poniżej 1000 kcal dziennie to w ogóle nawet nie należy schodzić, a to jest wcale nie tak dużo więcej, niż jadam normalnie, więc długo trwa, zanim zrzucę ten kilogram lub dwa.

No, ale chwilowo wygląda na to, że nie muszę się o to martwić, bo Tasiemiec za mnie odwala brudną robotę :P To z jednej strony całkiem fajnie, że jem jak zwykle lub nawet więcej, a waga spada. Z drugiej mam nadzieję, że się za długo nie utrzyma, bo to chyba raczej nie jest dobre dla Dzieciorka. Na razie się jeszcze nie martwię, bo tydzień temu wyszło, że rośnie w sam raz, zobaczymy, jak wyjdzie w tym miesiącu, bo podobno w czwartym to już powinno coś być widoczne. Cóż, może ja jestem po prostu pusta w środku i Tasiemiec ma dużo miejsca? :))
Eksperyment kontynuuję i na przykład dzisiaj obliczyłam sobie, że do godziny 16 zjem 705 kalorii (tost z dżemem, kanapka, budyń, banan,  rosół z makaronem) a gdzie ja jeszcze znajdę drugie tyle?? Drugie danie mi tego nie załatwi, ani nawet lekka kolacja. 
Wszędzie jest napisane, że w ciąży odchudzanie jest absolutnie zabronione - tylko co ja mam zrobić, jak się wcale nie odchudzam i jem normalnie a nadal tych kalorii jest za mało? :) Przecież nie będę na siłę się opychać, choć to ma swoje pozytywne strony, bo na przykład mogę sobie pozwolić na kebaba albo pizzę bez obaw, że to puste kalorie. Coś czuję, że Tasiemiec będzie umiał je zagospodarować :))

Nie jem więcej niż zazwyczaj, bo po prostu nie mieszczę. Nie chodzę głodna, bo uczucie głodu, gdy się pojawia jest tak dojmujące, że nie mogę go zignorować i zaraz muszę coś przekąsić. Pod tym względem może i jem trochę więcej niż zwykle, ale ogólnie nadal jadam kilka posiłków dziennie tak co 2-3 godziny. Jak już wspomniałam, musiałam dorzucić jeszcze kolację. Wczoraj ze względu na zjedzony o 19tej obiad ją sobie odpuściłam i w nocy byłam głodna :/

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy straciłam 1,5 kg zajadając się lodami, kopytkami, drożdżowym ciastem i kiełbaską z grilla, więc ogólnie nie narzekam :) Zwłaszcza, że w ostatnim miesiącu musiałam zrezygnować z ćwiczeń ze względu na wskazania medyczne. Ale w końcu jednak mój metabolizm chyba musi zwolnić i zacznę przybierać na wadze, choć mam nadzieję, że nie będzie to więcej, niż należy i że zbędny tłuszczyk mi się nie odłoży :)

Ps. A swoją drogą może któregoś dnia się zdziwię, jak się nagle z brzuchem obudzę? :))