*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Inwentaryzacja

Dopiero co robiłam podsumowanie kolejnego minionego roku w naszym związku, więc chyba nie ma sensu podsumowywać mojego minionego roku, bo to wszak jeden i ten sam rok :) Ale inwentaryzację można zrobić na rok przed okrągłą rocznicą :) 
Stan na dziś:

Mam:
- 29 lat
- znośnego męża :P; no dobra, nie będę taka, lepiej napiszę, że mam męża, który potrafi być bardzo kochany
- rosnącego we mnie Tasiemca (a może Tasiemkę jednak:)), który jest cały czas dla mnie po pierwsze wielką zagadką a po drugie totalną abstrakcją... albo na odwrót
- najlepszą na świecie rodzinę
- Dorotę
-  kilka najlepszych koleżanek, z którymi zawsze mam o czym rozmawiać (i które pamiętają o moich urodzinach...)
-  kilkoro świetnych znajomych, z którymi mogę wspaniale spędzić czas
- fajną teściową; a jako że mąż znośny to i rodzinę męża mam znośną :)
- świetną pracę, którą uwielbiam
- czarne Renault Clio na spółę z Frankiem
- rower z podstawówki, który przeżywa drugą młodość po tym, jak rok temu ściągnęłam go do Podwarszawia :P
- na półce całe mnóstwo książek, które już przeczytałam albo właśnie czytam a nie na półce jeszcze większe mnóstwo tych, które chcę przeczytać :)
- zadowalająco zdrowe 50,6 kg ciała, które mieści w sobie chyba zdrowego ducha
- dużo chęci do działania
- ogromną potrzebę, żeby powrócić do ćwiczeń po przymusowej miesięcznej przerwie
- kilka celów na przyszłość, które niektórzy nazwaliby marzeniami, choć mi ta nazwa jakoś nie pasuje
- trochę lęków i zmartwień, które zupełnie nieproszone wkradają się w moje myśli i których chętnie bym się pozbyła
- za sobą bardzo udany weekend!
- nadzieję na to, że jednak teraz już będzie dobrze
- dużo wiary, która daje mi prawdziwą siłę i pozwala dostrzegać sens tam, gdzie go nie ma
- masę wdzięczności za to co mam

Nie mam:
- własnego kąta ani nawet widoków na niego 
- psa... 
- i pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, ale mam tak wiele, ze nie chcę się skupiać na tym, czego nie mam - zwłaszcza, że nie mam też nieskończonej ilości rzeczy, których wcale mieć bym nie chciała :))

Spis z natury w dniu moich dwudziestych dziewiątych urodzin przedstawia się według mnie satysfakcjonująco. Chyba mogę z godnością wkroczyć w ten trzydziesty rok życia, który będę świętować dopiero za dwanaście miesięcy :) 
Tak naprawdę świętowaliśmy w sobotę więc dzisiaj od rana nawet nie czułam tego, że nadszedł TEN dzień - dopóki nie zaczęły spływać życzenia...
Jest pewna grupka ważnych dla mnie osób i każdego roku mam w sobie taki niepokój, że można któraś z nich się tego dnia nie odezwie... Byłoby mi przykro, choć pewnie znalazłabym dla tych osób usprawiedliwienie... Ale nie muszę, bo już wiem, że żadna z nich mnie nie zawiodła - dosłownie przed pięcioma minutami dostałam smsa z życzeniami od ostatniej, na której słowo czekałam... :) 
Może to głupie, ale bardzo ważne jest dla mnie tych kilka ciepłych urodzinowych życzeń, tych parę słów i pamięć...Każda z osób, które o mnie pamiętają w tym dniu ładuje mi akumulator pozytywną energią :)
Zresztą, przecież mnie znacie, wiecie, jak jest... :)

I jak zawsze, jak co roku nadchodzi ten moment, kiedy żałuję, że to już koniec i na następny raz muszę czekać okrąglutki rok...

A na deser jeszcze tegoroczne łupy :D

piątek, 18 lipca 2014

Razowy terrorysta z kminkiem

Powoli udaje mi się wreszcie uporządkować moje linki. Przy okazji - zajrzyjcie na zakładkę "Malują ze mną" i jeśli Was tam nie ma, a powinnyście być, to proszę od razu mi to zgłosić :) A poza tym zapytanie - kto ma dostęp do bloga Nikki? Kto ma, niech da znać w komentarzu, proszę.

***
No i znowu będzie o jedzeniu :P Słowo daję, to nie było planowane :) Franek postanowił jakiś czas temu, że będziemy jeść razowe pieczywo. Jak dla mnie razowe pieczywo zazwyczaj jest bleee (naprawdę trudno trafić na smaczne :( ), ale wiem, że zdrowe, więc się godzę z tym reżimem i wcinam tego razowca już drugi tydzień. I w tym tygodniu, słowo daję, zaczął mi ten chleb już rosnąć w gardle. Na samą myśl, że dzisiaj do pracy znowu sobie będę musiała zrobić kanapkę z tego zdrowego, ale charakterystycznego w smaku (ach ten zakwas :)) chleba zrobiło mi się niewyraźnie i postanowiłam, że sobie ten jeden raz pofolguję! I po drodze kupię jakąś dobrą bułeczkę z ziarnem. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Weszłam do piekarni i upewniwszy się, że bułka nie zawiera kminku (tego to już nie znoszę! jak dobrze, że nie mieszkam w Krakowie, moja siostra mówi, że tam bardzo trudno dostać dobry chleb bez kminku!), wzięłam sobie taką ze słonecznikiem. Kiedy już za nią zapłaciłam, stwierdziłam, że podejrzanie ciężka jest.
Zgadnijcie co? RAZOWA! Nosz myślałam, że się rozpłaczę :P A podobno wszędzie sprzedają tylko oszukane, pofarbowane karmelem bułki "z ziarnem". :) Na pocieszenie kupiłam sobie jogurt pityny z  brzoskwinią i marakują w innym sklepie. A bułkę i tak zjadłam. No zdrowa w końcu, nie.... ?
I będę dzisiaj na kolanach błagać Franusia, żeby na ten tydzień odpuścił i żebyśmy kupili jakiś biały chleb! Najlepiej Baltonowski. Franek to taki terrorysta jedzeniowy czasami jest, zwłaszcza, jak mu się włączy tryb zdrowego odżywiania. A już szczególnie-zwłaszcza gdy włączy mu się tryb zdrowego odżywiania ciężarnej żony!  Ale może się nade mną ten raz zlituje :)

A propos kminku, przypomniała mi się taka sytuacja, gdy jechałam kiedyś za czasów licealnych pociągiem na kurs przygotowawczy do egazminów wstępnych na studia do Wrocławia. Za towarzystwo miałam jakichś znajomych ze szkoły - niespecjalnie bliskich, raczej takich "na cześć". Ale że się znaliśmy, to głupio było usiąść z kimś obcym obok. Chłopak częstował jakimiś ciastkami. Rano byłam, więc głodna chętnie skorzystałam. I okazało się, że to nie ciastka tylko takie suchary wojskowe! Takie właśnie obsypane kminkiem na każdym milimetrze. Ugryzłam i stanęło mi w gardle. Ale z grzeczności nie chciałam nic dać po sobie poznać. Tylko zaczęłam myśleć - co ja zrobię z tym sucharem! Przecież go nie zjem! A już na pewno nie wyrzucę na ich oczach! A tu jeszcze jakieś 70 km wspólnej podróży... Trzy pary oczu mnie "pilnowały", więc łatwo nie było, ale wreszcie skorzystałam z jakiegoś chwilowego rozkojarzenia towarzyszy podróży i schowałam suchara do kieszonki sweterka (jak dobrze, że miał kieszonki!). Uff, udało się :)

Pamiętacie, że uwielbiam słonecznik? Niniejszym ogłaszam, że w tym tygodniu otworzyłam sezon i zdziobałam już dwa :) Biedne moje paznokcie. I biedny Franek, który będzie się denerwował, że znowu naśmieciłam :P Ale w sumie na własne życzenie, bo taki niby terrorysta, ale wie, że tak lubię słoneczniki i przywiózł mi dzisiaj dwa ogromne :P

***
A tymczasem znowu weekend! :) Właśnie jedziemy na dworzec po moją siostrę, która przyjeżdża z Polskim Busem z Krakowa. A jutro z samego rana przyjeżdżają moi rodzice. Się cieszymy, bo lubimy, jak ktoś nas odwiedza :)
Miłego weekendu!