*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 8 września 2014

Smutna refleksja

Nie sądziłam, że nadejdzie taki dzień, kiedy stwierdzę, że nie chce mi się chodzić do pracy :( A jednak :( Wiecie, jaki miałam zawsze stosunek do swojego zajęcia- uwielbiałam to, co robię, bardzo chętnie wracałam do biura każdego dnia oraz po każdym urlopie. A teraz, w tym ostatnim miesiącu mojego zatrudnienia jest inaczej :(
Nie ma to oczywiście nic wspólnego z moją ciążą, bo nic się nie zmieniło i nadal czuję się bardzo dobrze i sprawnie. Ale po prostu straciłam motywację - dotychczas motywacją był dla mnie każdy kolejny dzień w pracy, każde kolejne zadanie, każde wyzwanie. Bywały okresy spokoju, ale przeplatały się one z czasem intensywnej pracy, kiedy nie wiedziałam w co ręce włożyć i bardzo to lubiłam! Odczuwałam satysfakcję, kiedy widziałam, jak wszystko sprawnie działa pod moim okiem, gdy udawało mi się rozwiązać jakiś problem, kiedy dostawałam sygnał o zadowolonym kliencie, albo słyszałam miłe słowo od pracodawcy bądź współpracowników i podwykonawców. Wiele razy zastanawiałam się na tym, jak to jest, że moja praca mi się nie nudzi i chodzę do niej ze szczerą radością, ale właściwie nie wiedziałam, na czym to polega. Po prostu to lubiłam i już.

Teraz nie chce mi się już chodzić do pracy, bo nie ma wyzwań, nie ma nowości, nie ma nawet rutyny. Nic się nie dzieje :( Ostatni tydzień sierpnia był bardzo pracowity, ubiegły tydzień tak do połowy jeszcze znośny. Ale później już zaczęłam się totalnie nudzić :( Zakończyliśmy aktywną działalność, więc skończyły się też wszelkie działania logistyczne. W ubiegłym tygodniu nadrabiałam jeszcze jakieś swoje mniej pilne zaległości, ale potem nawet i tutaj skończyło się pole do manewru. Przychodzimy do pracy, bo na razie jeszcze w teorii funkcjonujemy. Ale w praktyce nic się nie dzieje - przynajmniej w naszej działce. Jadę więc do pracy z myślą o tym, że przesiedzę prawie bezczynnie kilka godzin i towarzyszy mi niechęć. Do tego dochodzi jeszcze świadomość, że to już praca w okresie wypowiedzenia i za moment wszystko się skończy... To też nie motywuje, bo przecież zupełnie inaczej byłoby, gdybym wiedziała, że to chwilowe.
Ech, bardzo to dla mnie przykre :( Naprawdę nie spodziewałam się, że kiedykolwiek dojdzie do tego, że będe miała takie odczucia.

Zostały jeszcze trzy tygodnie... Nie wiem ile z tego jeszcze będzie wyglądało tak, że będę przychodziła normalnie do biura i sklepu - na pewno do końca tego tygodnia. Ale możliwe, że za chwilę sklep zostanie wyrejestrowany i nie będziemy już go otwierać. Poza tym do końca września wszystko musi być zakończone, wywiezione i zamknięte. A więc pewnie jeszcze we wrześniu nie będzie w biurze już mebli i żadnych sprzętów. Mamy jeszcze odświeżyć lokal, a że nic mi nie wiadomo na temat tego, żebym to ja osobiście miała machać pędzlem, to przypuszczam, że nawet nie będę tu przychodzić. Powiem Wam, że beznadziejny jest ten okres, kiedy wszystko dobiega końca. I choć w dużej mierze zgadzam się z moją szefową, że to poniekąd ciekawe doświadczenie: najpierw coś stworzyć a później zlikwidować. I w zasadzie ważna umiejętność: możemy powiedzieć, że udało nam się interes rozkręcić, później nawet go przenieść, jeszcze bardziej rozwinąć aż w końcu sprawnie pozamykać wszystkie sprawy. Niemniej jednak po prostu przykro patrzeć na to, że kończymy działalność, która miała duży potencjał. Szliśmy do przodu, odnosiliśmy sukcesy... Ale cóż, są pewne decyzje, których my tutaj, cały nasz zespół, zapewne nie pojmie.

niedziela, 7 września 2014

Niedziela

No i pojechała :( Jak zwykle żal, tak bardzo oboje z Frankiem lubimy te wizyty, bo wtedy jest tak codziennie i inaczej jednocześnie. Nie musimy przeorganizowywać naszych dni, możemy wszystko robić jak zawsze i zachowywać się jak zawsze, a jednocześnie obecność Doroty dodaje tej zwyczajności trochę kolorów. Fajnie tak, kiedy niczego nie trzeba udawać przy gościu :) Ona też żałuje, zwłaszcza, że właśnie skończyły się jej wakacje. Jak to podsumowała - zaczęła wakacje u nas i kończy je też u nas, spięłyśmy to klamrą...
Wczoraj byliśmy na tej imprezie urodzinowej u Kasi i było świetnie. Przyszliśmy jako pierwsi - co było raczej do przewidzenia, nawet Kasia powiedziała, że spodziewała się nas już za dziesięć :P Nie znoszę się spóźniać! Nie twierdzę, że nigdy mi się to nie zdarza, bo i owszem niestety i to częściej niż bym chciała, ale generalnie staram się bardzo tego unikać. Wolę być za wcześnie - choć wiadomo, że w przypadku takich spotkań to nawet nie wypada, dlatego kiedy przyjechaliśmy to najpierw zadzwoniłam upewnić się, jaki jest nr mieszkania, powiedziałam, że jeszcze idziemy do sklepu i zapytałam, czy na pewno jest już gotowa na gości :)) Była! Potem przyjechał Asystent ze swoją od-piętnastu-dni-żoną :P Po jakimś czasie zaczęli się też schodzić znajomi Kasi - tak jak przewidywała, niektórzy mocno pospóźniani :) Towarzystwo było bardzo różnorodne, ale przyznam, że było bardzo ciekawie! Obawiałam się trochę, jak to wypadnie, ale okazało się, ze było sympatycznie i chociaż utworzyły się dwie podgrupki, to nie odczuwało się jakiejś obcości i nienaturalności w tym podziale. Ogólnie to było ciekawe doświadczenie, bo zazwyczaj chodzę na imprezy gdzie znam większość towarzystwa i z częścią jestem mocno zżyta, a tu było zupełnie inaczej, ale i ja i Franek i nawet Dorota (która sama przyznaje, że generalnie ludzi nie lubi :P i nie jest skora do zawierania znajomości) czuliśmy się i bawiliśmy się dobrze, a Dorota stwierdziła, że wszyscy byli " naprawdę spoko" a to jest ogromny komplement z jej ust, wierzcie mi ;) Zresztą widziałam, że jej się podobało. Ale wyszliśmy wcześnie, bo już o 23 ze względu na dzisiejszą pracę Franka. Ciekawa jestem, czy towarzystwo poszło w końcu na miasto, bo chyba im się spodobało w domu i już zaczynali się nad tym zastanawiać :) Choć Dorota obstawia, że jednak tak...
W związku z wyjazdem Doroty, przygarniam Franka z powrotem do sypialnianego łoża ;) O ile nie lubiłam za bardzo z nikim spać, bo nie lubię za bardzo się przytulać (chociaż przy Franku się tego nauczyłam)- mama zawsze mówiła, że ona się do mnie przysuwała, a ja się odsuwałam :P, teraz już tak nie robię, ale i tak nie lubię kontaktu cielesnego z osobą, która śpi obok. O dziwo jednak, śpiąc z Dorotą, naprawdę się wysypiałam.

Niedziela u nas jest piękna. Jest dopiero trzynasta godzina, a ja już mam za sobą długą rozmowę na bardzo poważne rozmowy z Dorotą, odprowadzenie jej na pociąg, ogarnięcie całego mieszkania (no bo trochę się jednak zapuściło przez te parę dni) a także zrobienie Frankowi kanapek i dostarczenie mu ich na pętlę :P Frankowi dzisiaj nie zadzwonił budzik, ale jakimś cudem w porę się obudził i zdążył, ale nie naszykował sobie śniadania do pracy. Ponieważ jeździ niedaleko, postanowiłam, że przejadę się do niego na rowerze z kanapkami. Pogoda na rowerową przejażdżkę dzisiaj wymarzona! Do tego jest spokojnie, na ulicach mały ruch, a trasa jego linii przebiega dzisiaj w okolicy domków jednorodzinnych, więc jechało się bardzo przyjemnie. Tylko można tam zabłądzić, a ja zapomniałam mapy, ale miałam akurat takie szczęście, że wyjechałam tuż za autobusem linii 194, czyli tej Frankowej - i hejże za tym autobusem pedałuję! :P Przejechałam tak siedząc mu prawie na ogonie (gubił mnie, ale nadrabiałam kiedy musiał się zatrzymać) jakieś cztery przystanki aż dojechaliśmy do pętli. I okazało się, ze to właśnie za Frankiem jechałam :) A on się nawet nie zorientował! Dotrzymałam mu towarzystwa na pętli a potem wróciłam do domu. Czułam się świetnie po tej godzinnej wycieczce rowerowej! Mięśnie trochę popracowały, poczułam wiatr we włosach :) Ale odpuszczę sobie już zaplanowane na dzisiaj ćwiczenia w domu, bo co za dużo, to niezdrowo :) Myślę, że dzisiejszy trening fizyczny już zaliczyłam. Nie zmęczyłam się specjalnie - jeśli ćwiczę regularnie i jestem cały czas aktywna, to nie był to dla mnie duży wysiłek, ale jednak oczywiście cały czas kontroluję tę moją aktywność fizyczną i staram się robić mniej niż zrobiłabym normalnie. Ale moje samopoczucie teraz - bezcenne :) Do tego jeszcze bardzo cieszy mnie fakt, że przede mną jeszcze cała reszta dnia, a ja już praktycznie nic nie muszę, tylko się relaksować :) Fajnie jednak wstawać wcześnie (dziś 7:30)- nawet w niedzielę i nawet po imprezie ;)
Przyjemnej niedzieli życzę!