*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 3 grudnia 2014

Czym się zajmuje margolka?

Jak słusznie wiele z Was zauważyło, bardzo szybko zleciał ten czas. Niedawno dopiero oswajałam się z myślą o ciąży, kończył się I trymestr, później była setka, a teraz zostało już raptem czterdzieści parę dni. Przede wszystkim czekam do końca tego roku, kiedy to ciąża będzie donoszona. No i kiedy będę już mogła odetchnąć, że jednak załapiemy się już na rok 2015 :)
Jak zwykle - choć nie do końca wiem, dlaczego tak jest :) - cieszę się, że czas mija szybko. Choć z drugiej strony chwilami jestem zszokowana, że mamy już grudzień i oto zaczyna się mój trzeci miesiąc na bezrobociu. Wiecie przecież, jak bardzo się tego obawiałam. Na szczęście udaje mi się ten czas jakoś w pełni zagospodarowywać i nie mam poczucia, że go marnotrawię. Wręcz przeciwnie - wynalazłam sobie tyle zajęć, że nie wiem w co ręce włożyć. I jestem wręcz przerażona tym, że dni mi uciekają i coraz mniej jest przede mną tych, które mogę jeszcze poświęcić w pełni tylko sobie. Postawiłam sobie wysoką poprzeczkę i dużo chciałabym do tego momentu jeszcze zrealizować.
A czym właściwie się zajmuję na co dzień? Nie, nie, to nie są jakieś szczególnie ambitne czynności. Po prostu postanowiłam sobie nadrobić zaległości w niektórych sprawach, które w ostatnich miesiącach trochę zaniedbałam. Ułożyłam sobie swoisty "plan lekcji" na każdy dzień tygodnia. Niektóre punkty programu powtarzają się codziennie, inne co drugi dzień, a jeszcze inne na przykład raz w tygodniu.
Budzę się codziennie o szóstej. W zależności od dnia, wstaję od razu albo w ciągu 30-40 minut. Około siódmej zazwyczaj jestem już po porannej toalecie i zasiadam do śniadania robiąc przy okazji prasówkę - a raczej "blogówkę" ;)) Bo to czas dla mnie na zajrzenie do Was, odpowiedź na komentarze lub ewentualne maile. Potem ćwiczę, a następnie biorę się za porządki. Trzydzieści minut poświęcam na takie codzienne ogarnięcie tego, co się w ciągu doby nagromadziło - a to naczynia do pozmywania, a to jakieś ciuchy... A potem jeszcze godzinę na robienie porządku w jakimś konkretnym zakątku mieszkania. Ostatni raz robiłam taką segregację rok temu po przeprowadzce, ale po pierwsze nie dokończyłam, a po drugie trochę mi rzeczy przybyło od tamtej pory, a ja lubię wiedzieć gdzie co jest i lubię, kiedy każda rzecz ma swoje miejsce, więc chcę mieć dokładnie wszystko ułożone i posegregowane. Nie potrafię sprzątać cały dzień, bo szybko się niecierpliwię i skończyłoby się na tym, że rozgrzebałabym coś a potem wrzuciła z powrotem byle jak, zupełnie zniechęcona, więc rozkładam to sobie na kilka dni :) Podobnie jest ze sprzątaniem na dysku z mojego starego komputera. Mam tam mnóstwo rzeczy, które muszę przejrzeć i jeszcze więcej zdjęć, z którymi już dawno chciałam zrobić porządek.
Następnie jest czas mojego rozwoju duchowo-intelektualnego :P Czytam zaległe lektury, sięgam po obcojęzyczne czasopisma, uczę się słówek angielskich i hiszpańskich, przypominam sobie zagadnienia gramatyczne. I czytam na głos niektóre artykuły po angielsku, żeby mi się akcent nie zblazował :) Żebyście wiedziały, jak Tasiemiec na to reaguje! Serio! Jak wiecie, on i tak jest dość ruchliwy, ale w tych 11-15 raczej siedzi spokojnie, ale jak tylko zacznę po angielsku (ewentualnie po hiszpańsku czytać) to się wierci i nie wiem tylko, czy to dobrze, czy źle :P W tym czasie też zajmuję się naszymi finansami. W tej kwestii też mi się zrobiły małe zaległości i teraz porządkuję wszystkie paragony, podliczam, analizuję, porównuję. Trochę matematyki nie zaszkodzi :) W niektóre dni  z kolei włączam sobie jakąś relaksacyjną muzyczkę i sięgam po krzyżówki, które stały się od paru miesięcy dla mnie nie tylko formą rozrywki, ale także formą ożywienia umysłu i poszerzenia trochę zasobu słownictwa w naszym ojczystym języku. Za tymi panoramicznymi nie przepadam, ale kupuję sobie na przykład "Rewię rozrywki" i tam jest dużo krzyżówek i łamigłówek słownych w rozmaitych formach.
Poza tym ze względu na zbliżający się wielkimi krokami poród, dokształcam się trochę w tej kwestii - czytam materiały ze szkoły rodzenia, sprawdzam, co musimy dokupić z wyprawki (jak na razie zaliczyliśmy większość zakupów przy okazji dwóch wypadów, jeszcze tylko jeden - góra dwa i będziemy mieć to z głowy) i zastanawiam się, czego jeszcze nie wiem :)
Później zazwyczaj nadchodzi godzina, o której najczęściej Franek przychodzi do domu po pracy. Jemy obiad, rozmawiamy albo coś razem oglądamy. Mogłabym powiedzieć, że Franek rozwala mi plan dnia :P, ale tego nie powiem, bo właśnie na popołudnie już zwykle niczego nie planuję, wiedząc, że jak jestem z nim, to często jest tak, że zajmujemy się czymś innym. A jeśli nie, to wtedy wybieram sobie coś do roboty ze swojej listy.
Podobnie w weekendy - te dni też pozostawiam sobie bez planu i ewentualnie robię to, czego nie zdążyłam "zaliczyć" w tygodniu. Bo przecież różnie to bywa. Uwielbiam swoje plany i grafiki, ale nie jestem ich niewolnicą :) Potrafię czasami coś zmodyfikować albo odpuścić. Świat się wtedy nie wali.
Jedyne nad czym ubolewam to fakt, że niestety w tym wszystkim nie znajduję już czasu na jeszcze jedną z moich ulubionych rozrywek, mianowicie na robótki ręczne. No już nie daję rady. Ale może za jakiś czas uporam się przynajmniej z częścią zaległych spraw, to i za szydełko uda się chwycić.

Widzicie więc, że jednak się nie nudzę :) Bardzo mi na tym zależało i osiągnęłam swój cel. Nie chciałam też zdziadzieć i pilnowałam tego, żeby nie zakopać się gdzieś w domowych pieleszach w dresie i bez makijażu, ale pogoda niestety nie sprzyja wycieczkom. Kiedy mam okazję, to wychodzę i staram się przy okazji zrobić jakiś dłuższy spacer - na przykład zamiast gdzieś podjeżdżać autobusem, to idę na piechotę. Ale żeby tak specjalnie wychodzić to mi się nie chce... Jak urodzi się Tasiemiec i trochę się zaaklimatyzuje, to będę miała  już motywację. Na razie nic na siłę. Zwłaszcza, że tu nawet nie bardzo mam gdzie łazić - czasami tylko z Frankiem się na jakiś krótki spacer wybierzemy.

A jutro zostanę słomianą wdową. Na chwilę tylko, bo do piątkowego wieczora, ale trochę dziwnie mi pewnie będzie :) Franek musi się przejechać do poznańskiego urzędu - jedzie Polskim Busem jutro popołudniu i wróci pojutrze wieczorem. Jednak płakać nie będę, na pewno jakoś to przeżyję :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Zostało półtora miesiąca.

Miałam Wam napisać o tym, jak Tasiemiec się wreszcie ujawnił! No, najwyższy czas, w końcu to już prawie połowa ósmego miesiąca - jakieś 6-7 tygodni do końca, wypadałoby, żeby wreszcie ktoś zaczął widzieć tę moją ciążę :)
Już ostatnio pisałam, że mam wrażenie, że brzuch się stopniowo, ale zdecydowanie zaokrągla i po prostu nie da się go pomylić z żadnym innym niż ciążowy. Co prawda dwa tygodnie temu, kiedy szukałam w sklepie dla ciężarnych kurtki zimowej ekspedientka powiedziała mi, że "na początek taka kurtka wystarczy, bo być może zanim zima się skończy, to brzuch nie zdąży mi aż tak bardzo urosnąć" i oczy wyszły jej z orbit, kiedy powiedziałam, że na całą zimę to ja rzeczywiście ciążowej kurtki nie potrzebuję, bo już zdążę urodzić... A później spotkałam koleżankę i też się nie zorientowała. Ale wydaje mi się, że przez te dwa tygodnie jednak sporo się zmieniło i wreszcie w piątek miałam tego dowód!

Doczekałam się nareszcie, że po raz pierwszy osoba postronna dopatrzyła się mojej ciąży i nawet dzięki temu skorzystałam z przywileju ominięcia kolejki :P Nie, nie, absolutnie nie za sprawą współczekających - ci to zawsze są lub chcą być mało spostrzegawczy, bo przecież każdemu się spieszy :) 
Ale od początku: Jechałam w piątek rano na badania. W autobusie oczywiście musiałam odstać swoje, bo w zimowej kurtce (wcale nie dla ciężarnych, tylko tej samej, w której chodzę od dwóch lat - spokojnie się zapina) nie widać nic. Później weszłam do przychodni i zobaczyłam, że kolejka do rejestracji składa się już z około dziesięciu osób (normalnie prawie się nie czeka, ale to było tuż po otwarciu, a w dodatku chyba system im nawalił, bo każda osoba była bardzo długo obsługiwana). Rozebrałam się więc, przygotowałam dokumenty i siebie do tego, że tak sobie postoję jeszcze jakieś pół godziny minimum... Było chwilę po siódmej, i przychodnia zaczęła dopiero pracę, więc wszystko się powoli rozkręcało i po korytarzu kręciło się sporo personelu. W pewnym momencie tak po prostu podeszła do mnie jakaś pani ubrana w firmowe barwy, powiedziała "proszę ze mną" i zaprowadziła mnie do okienka dla klientów VIP, gdzie od razu zostałam obsłużona a potem skierowano mnie do gabinetu zabiegowego zupełnie bez kolejki :) Dzięki temu zdążyłam akurat na autobus, którym planowałam wrócić do domu i o ósmej byłam już z powrotem :)
Nie podejrzewam, żebym stała się nagle strategicznym klientem dla tej firmy, więc jednak tę łaskawość przypisuję temu, że ta jedna pani z personelu zwróciła na mnie uwagę i zauważyła moją ciążę :) Więc może jednak jest szansa na to, że pod sam koniec, jeszcze się przez chwilę będę cieszyć tego rodzaju "rozpoznawalnością" - choć szkoda, że jest zimno, bo i tak przez większość czasu jestem zakamuflowana:

 
To są najbardziej aktualne zdjęcia zrobione pod koniec 33go tygodnia. Przepraszam za jakość, ale coś mi się poprzestawiało w aparacie i wyszło fatalnie :/

Oczywiście wrzucam tradycyjnie zdjęcie w "weselnej" sukience

Tym razem to już  chyba jednak tego Tasiemca nie da się nie zauważyć - zwłaszcza na ostatnim zdjęciu. Wszystkie są robione tego samego dnia, więc niech Was nie zmyli to, że czasami widać, bardziej, a czasami mniej :) Tak naprawdę wiele jeszcze zależy od tego, jak się akurat ustawię. Co tylko potwierdza, że jak się odpowiednio "wypnę" :P to i brzuch sobie powiększę :) Nawet mnie to ostatnie zdjęcie zaskoczyło, bo w lustrze takiego nie mam :))
Poza tym wszystkim, o czym pisałam przedwczoraj, nadal prawie nic mi nie dolega. Swoją drogą pomiary cukru znowu mam idealne - tylko jak się okazuje, to nie jest mój jedyny problem :(Cały czas jem, głodna nie chodzę, ale widocznie moja glukoza jest zbyt ciężkostrawna :/Ale dzwoniłam dzisiaj na oddział i pani doktor, z którą się konsultowałam, powiedziała, żebym najpierw zrobiła jeszcze raz badanie moczu. Poza tym trochę mnie uspokoiła, bo powiedziała, że to niekoniecznie oznacza, że mój organizm jest cały czas niedożywiony - może to kwestia tamtego jednego dnia. Akurat kurczę nie pamiętam, co wtedy zjadłam przed snem - na pewno cztery koreczki śledziowe, ale nie pamiętam, czy z kromką pieczywa chrupkiego, czy zwykłego... Pani doktor zaproponowała mi, żebym zjadała jeszcze więcej na noc - na przykład dwie kromki zamiast jednej. To już w ogóle dla mnie straszne, bo ja już teraz często jem na siłę i zamykającymi się oczami :/ Ciekawa też jestem, jak to wpłynie na pomiar cukru, ale nie wiem, czy będę w stanie to sprawdzić, bo musiałabym jeszcze godzinę odczekać, zanim pójdę spać, a nie wiem, czy mi się to uda.

Chyba na razie przestałam chudnąć ;) Moja waga spadła jeszcze o pół kilograma, a potem wzrosła o 0,3kg i się zatrzymała. Od tygodnia jest niezmienna. Ale już się tym nie martwię, bo jak się znowu pomierzyłam, to wyszło, że moje obwody wszędzie się zmniejszyły w stosunku do tych z kwietnia - nogi, ramiona, szyja, nawet biust (miesiąc temu jeszcze był o cm większy), biodra zostały bez zmian. Oczywiście zwiększył mi się obwód w brzuchu i talii :) Ale to nieprawda, że w ciąży można zapomnieć o czymś takim jak talia (bo tak wszyscy mnie straszyli) - moja się zachowała. Nawet się zdziwiłam, że ubyło mi w niej o jeden centymetr w stosunku do poprzedniego miesiąca. Generalnie to się z tego wszystkiego ucieszyłam, bo to oznacza, że Tasiemiec ukradł mi trochę tłuszczyku :) Przynajmniej widzę, gdzie się podziały te kilogramy, których mi nie przybyło i przestałam się tak niepokoić.

Tylko mam trochę problem z ubraniami. Swetrów i bluzek nie muszę wymieniać, bo się we wszystko mieszczę bez problemu. Ale musiałam zmienić spodnie, bo z moich zostały mi tylko jedne (te ze zdjęcia), inne były na guziki i za bardzo mi się wpijały w ciało. W Orsayu kupiłam fajną spódnicę z wełny z dodatkiem lycry, więc idealną na ten czas. Spodni nie mogłam znaleźć na siebie w zwykłych sklepach, więc udałam się do tego z odzieżą ciążową. Powiem Wam, że ciuchy są tam moim zdaniem naprawdę piękne! Żadne tam szerokie worki, tylko naprawdę stylowa i elegancka garderoba. Choć ceny niestety też są "stylowe" - zwłaszcza jeśli chodzi o "górę", bo wydaje mi się, że za spodnie i spódnice w innych sklepach płaci się podobnie. 
Ale moim problemem jest to, że trudno znaleźć na mnie rozmiar! Niestety, wygląda na to, że producenci takiej odzieży wychodzą z założenia, że kobieta w ciąży robi się duża wszędzie i rozmiarówka jest mocno zawyżona. Normalnie nosiłam zazwyczaj rozmiar 36, czasami 38. Czyli tak S/M. A teraz tylko rozmiar XS od biedy na mnie pasuje i takie też spodnie sobie zakupiłam. Ale już rajstop dla siebie w żadnym wypadku znaleźć nie mogłam, bo wszystkie ciążowe dostępne w sklepach zaczynają się od rozmiaru M i niestety są za duże. Być może z takich bardziej luksusowych coś bym znalazła, ale nie będę przecież wydawać kilku dych za rajstopy, w których znając życie, bo jednym albo dwóch razach poleci mi oczko (sprawdzone wielokrotnie - im droższe rajstopy tym większy pech i szybciej są do wyrzucenia :P). Chodziłam po tych sklepach z mamą i tak się zastanawiałyśmy, że skoro ja mam problem, to co mają powiedzieć osoby, które mają taką budowę jak ona - jest jeszcze drobniejsza ode mnie i normalnie nosi rozmiar 34/36. No, mama w ciąży już raczej nie będzie, ale przecież jest wiele dziewczyn drobniejszych ode mnie i ciekawa jestem, jak one sobie radzą z garderobą.

A na koniec tylko jeszcze Wam napiszę, że przez weekend mi się zdecydowanie poprawiło. W piątek naprawdę byłam mocno sfrustrowana i zdołowana, ale od sobotniego poranka nastrój miałam coraz lepszy i potem przestałam o tym myśleć. Pozwoliłam sobie nawet na parę "grzeszków" jedzeniowych - zjadłam na przykład trochę galaretki z owocami na deser, a wracając z Miasteczka wstąpiłam nawet na hot doga w grahamce... Cukier - 91 (norma do 120) - kto wie, może gdybym jadała na śniadania hot dogi, to i glikemia byłaby doskonała, i organizm nie byłby głodujący... :)